Sezon 2003/2004 można zdecydowanie uznać za najsłabszy z tych, kiedy trenerem Małysza był Apoloniusz Tajner. „Zaledwie” 4 miejsca na podium PŚ 9 w tym żadnego zwycięstwa, częsta obecność poza pierwsza dziesiątką, w końcu wypadek w USA, po którym trzecią część sezonu w ogóle nie skakał, uzasadniają to twierdzenie.
Skutkiem powyższego sezon później Małyszowi i reszcie reprezentacji zmieniono trenera. Został nim Austriak Heinz Kuttin. Małysz znów stal się groźny. W połowie sezonu zaczął wygrywać. Niestety, wskutek trenerskich błędów, w najważniejszych chwilach sezonu forma uciekła. Sezon średnio udany , aktywa (pudła 4-2-3 i czwarte miejsce w PŚ) mimo, że nieliche to mniejsze, niż się spodziewano.
Zaczął się sezon 2005/2006 – sezon olimpijski. Czas, w którym większą niż dotąd role w życiu Małysza, zaczął odgrywać tytułowy bohater – Hofer Walter. Żeby być dokładnym – on mieszał już wcześniej, ale tak jakoś nie zwracaliśmy na to uwagi. A to zmienił proporcje miedzy wagą ciała i wzrostem na korzystne strasznie dla zawodników wysokich (Hannawald, Austriacy),którzy akurat byli w tym czasie najwiekszymi konkurentami Polaka, a to tolerował sztuczki swojego asystenta Tepesa Mirana przy startowaniu zawodników w róznych warunkach wietrznych i przez to wypaczał wiele konkursów. Póki Małysz był tak dobry, ze nawet tego typu zagrania nie przeszkadzały mu wygrywać, bo był o klasę lepszy od rywali, póty pół biedy. Ale w czasach Kuttina Małysz, m.in. dzięki trenerowi, już tak się nie wyróżniał i, skacząc w zdecydowanie gorszych od innych warunkach, nie był już w stanie z nimi wygrać. A Hofer i Tepes starali się już o to, by te warunki jednakowe nie były. Reszty dopełniał trener Kuttin. No i cały czas BMI było dobierane tak, by Malyszowi za dobrze nie było.
Początek sezonu 2005/2006 zdecydował o tym, że cały sezon nie był dla Polaka zbyt udany. Wiślak był w grudniu w dobrej formie. Nie była to forma sprzed lat trzech czy czterech, ale na podium PŚ starczać powinna. Tymczasem Małysz do Turnieju 4 Skoczni nie stanął na podium ni razu. Przynajmniej w połowie konkursów wina była po stronie, sterowanego przez Hofera, Tepesa. Warunki , w jakich puszczał Polaka łagodnie mówiąc odbiegały od normy. U zdenerwowanego taką sytuacją Małysza zaczęła zawodzić dodatkowo psychika. W trakcie T4S doszło nawet do tego, ze zawodnika wycofano a cyklu turniejów, żeby nie popadł w depresję z racji wyników. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Małysz jechał w tym sezonie tylko na talencie, bo prowadzony był przez cały sezon fatalnie, to trudno się dziwić, że tak sezon jak i najważniejsza impreza czterolecia mu nie wyszły. Tym bardziej, że w dalszym ciągu obowiązujący wspólczynnik BMI sprzyjał, dziwnym trafem, zawodnikom o budowie rodaków Hofera – Koflera i Morgensterna oraz zawodnikom w typie Ahonena. Przypadkiem obaj Austriacy zdobyli najwyższe trofea olimpijskie. Oczywiście nie tylko to, a może nawet na pewno nie to było głównym powodem porażek małysza, ale swój spory wpływ na wyniki miało.
Rok temu polska kadra zmieniła, na szczęście, trenera. Fin Hannu Lepistoe dopasował Małysza do obowiazującego BMI. Okazało się, ze zamiast go wydłużać czy pogrubiać, narty można skrócić. Oprócz tego dokonał zmian w technice lotu, pozwolił (kosztem krótszych zgrupowań poza domem) na dłuższy kontakt w sezonie z rodziną. Efeekt: Małysz był cały czas w czołówce. Wracała forma sprzed lat. Był jednak jeszcze tepfer (to taka kompilacja na mój własny użytek, do której zastrzegam sobie prawa autorskie, mam nadzieję, że każdy wie, co oznacza) . Przez pół sezonu, widząc, że Małysz radzi sobie coraz lepiej, tepfer stosował sprawdzoną taktykę „walki wiatrem”. Tak się jakoś składało, ze kiedy skakał Małysz wiatr wiał zawsze najgorzej z możliwych. Gdy skakali najwięksi konkurenci i wiatr był podobny do Małyszowego, to się ich po prostu nie puszczało. Polak skakać musiał. W połowie sezonu nasz reprezentant osiągnął formę z roku 2001-go. Miał też szczęście. Wiatr przestał rządzić na skoczniach. Skoczkowie zaczęli rywalizować w miarę obiektywnych warunkach. I co? 9 zwycięstw w sezonie (przy czym końcówka zabójcza -po MŚ 6 zwycięstw na 7 startów, ten siódmy start nieudany z powodu skakania w fatalnych warunkach wietrznych), 4 trzecie miejsca, mistrzostwo świata i zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. Sezon –marzenie. Małysz odżył, stał się, również towarzysko, tym samym Małyszem sprzed 5-6-ciu lat, nabrał nowej motywacji.
Adam Małysz ma w tej chwili realne szanse na to, by zostać najlepszym skoczkiem w historii tej dyscypliny sportu. Teraz jest drugi. Do Matti Nykaenena, który prowadzi w klasyfikacji najwybitniejszych ze swoimi 46-cioma zwyciestwami w konkursach PŚ brakuje mu tylko i aż 8 wygranych. To, z punktu widzenia zwykłego śmiertelnika – dużo. Z punktu widzenia Małysza i Hannu Lepistoe mniej, niż zdobył w zeszłym sezonie. A przecież może jeszcze skakać i 3-4 lata. Ma ich bowiem dopiero 29. Sezon skończył się więc wspaniale. I z wielkimi nadziejami na przyszłość.
Mineły dwa miesiące. I co się okazuje? Imperium hoferowe kontratakuje.
No bo jakby to wyglądało, żeby na czele klasyfikacji wszechczasów znalazł się jakiś tam Polak? Nie możemy do tego dopuścić! Formę z zeszłego sezonu z pewnością zachowa. Pozostaje tylko mataczenie (skąd ja znam ten termin?) przy BMI. Znów pod Austriaków, Finów i innych . Byle przeciw Małyszowi.
Pod koniec tego tygodnia FIS, światowa federacja narciarska, ma zadecydować o wprowadzeniu jakże niekorzystnych dla Polaka zmian. Maja podnieść graniczna wartość BMI o pół punktu procentowego. Dla Małysza będzie to oznaczać, jeśli chce dalej skakać na nartach tej samej długości, konieczność przytycia o 3-4 kg. W innym przypadku narty trzeba będzie skrócić. Nie musze chyba pisać, że najgroźniejsi w zeszłym sezonie przeciwnicy Małysza zmian dokonywać nie będą musieli albo w ogóle albo w minimalnym stopniu.
Adam Małysz trzy lata dostosowywał swoje parametry i parametry sprzętowe do tego, żeby znów powrócic na sam szczyt. Kiedy mu się to udało i kiedy się na nim bezdyskusyjnie znalazł, czołowi narciarscy przedstawiciele ducha antysportu znów, swoimi pozataryfowymi metodami, próbują go bezpardonowo z piedestału zrzucić. Módlmy się, żeby w głosowaniu wewnątrz FIS-u, jakie ma odbyć się w tej sprawie być może już dzisiaj, zwyciężył duch czystej rywalizacji sportowej.
Problem polega na tym, ze FIS jest równie nieskorumpowany jak PZPN czy FIFA. Hofera natomiast można uznać za równego (rangą oczywiście, nic innego, jak się domyślacie nie miałem na myśli) Blatterowi czy Listkiewiczowi. Różnica jest jedna. Oni mają czasami ludzką twarz. Austriak, wzorem swojego „wielkiego krajana - wodza”, niestety jej nie ma.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)