Przyznaję się bez bicia. Byłem w Grecji po raz pierwszy. Inna ważna rzecz. Pobyt nie był zbyt długi. Ze dwa tygodnie tego było. Opinia nie musi więc być miarodajna. Jedno jest pewne. Będzie świeża i nie będzie wymuszona przez żadne wpływowe czy niewpływowe, polityczne, portalowe czy jakiekolwiek inne lobby co, jakby nie patrzeć, stanowi jednak jej ogromny walor.
Kilka spraw zauważyłem, o których niżej. Kolejność nie wiąże się w żadnym stopniu z jakimś ich hierarchizowaniem. Ot, w tej kolejności mi się nasunęło.
Jestem zaskoczony. Po pierwsze tym, ze ja, białas wyjątkowy (karnacja, żeby nie było), przeżyłem czterdziestopięciostopniowe upały nie chowając się prawie w ogóle przed słońcem. Polski krem 30-tka i „rozsądna polityka opaleniowa” pozwoliły na przeżycie w/w temperatur bez większych strat własnych. Tak mnie jak i rodzinie.
Drugie zaskoczenie. Są w Europie narody, dla których czystość (wszelkiego rodzaju) ma znacznie mniejsze znaczenie niż dla Polaków. W porównaniu z nami Grecy to straszliwe brudasy. Nie musimy mieć tutaj żadnych kompleksów. I tyle, żeby Grekom epitetów oszczędzić.
Rzecz trzecia. Tam chyba nie kradną. Zostawiasz coś na plaży czy przed hotelem, idziesz na obiad, wracasz. Patrzysz – leży w tym samym miejscu. U nas nie do pomyślenia.
Sprawa czwarta. Bezpańskie psy i bezpłciowe muchy. Psy chodzą po ulicach jak święte krowy. Nic i nikt ich nie rusza. Same też się słabo ruszają. O szczekaniu czy nawet warczeniu nie ma mowy. Jak usłyszysz szczekanie to znaczy, ze spotkane bydlę ma pana. Muchy to chyba jakie anemiczki. Wracając autobusem z wycieczki do słynnych skalnych klasztorów w Meteorze pól godziny obserwowałem jedną taką. Przez cały ten czas nie oderwała dupy od szyby, dacie wiarę? Nasze w tym czasie 100 razy siadły by Ci na nosie o innych rzeczach nie wspominając. O brzęczeniu też tylko pomarzyć. Komary jedynie tak samo pierońskie, ale na nie to akurat są sposoby.
Po piąte. Jak mi ktoś powie, że w naszym Bałtyku jest woda, w której się nie da pływać to go po prostu utopię. Owszem, ichnia woda dużo cieplejsza. Ale to jedyna jej zaleta. Słona jak jasna cholera. Jak już wchodzę do jakiegoś akwenu to lubię sobie długo popływać. Pływaliśmy z innym blogowiczem i, stwierdzam, trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby w tej soli dłuższy dystans pokonywać. Ale, podobno, taka woda pomaga na stare kości. Wobec powyższego jestem ukontentowany, bo tez coś z tego będę miał. Ten drugi nie, bo jest młody))).
Szóste. Plaże. Mają jakieś CE –certyfikaty, które niby mają o czymś świadczyć. Na przykład plaża na wyspie Skiatos to w ogóle ponoć jakaś najlepsza. Siedziałem tam parę godzin (zawieźli na wyspę promem), ale nie doszedłem do tego, dlaczego ta plaża jest uznana za trzecia na świecie, a plaża np. w Świnoujściu nie.
Siódme. Saloniki. Robią wrażenie. Taka wielka Gdynia. Albo lepiej: 5-6 Gdyń. A widok z cytadeli pozostawia niezatarte wspomnienia. A za murem cytadeli, nad reszta metropolii, miasto w mieście. Jak getto. A propos getta. Podobno drugą wojnę światową przeżyło w Salonikach 35 Żydów. Z ponad 100 tysięcy osób, która to ludność stanowiła 1/3 ilości mieszkańców miasta. Teraz oficjalnie Żydów w Salonikach niby dalej nie ma, ale teraz trzymają w rękach nie tylko Saloniki, ale i całą Grecję. Wiadomość od głęboko znającego się na rzeczy Greka.
Ósme. Żarcie. Tak jak u nas: jak trafisz. Można zjeść dobrze i tanio, można dobrze i drogo, drogo i źle albo źle i tanio. Ja miałem wykupioną tę ostatnią, jak się okazało, opcję. Nie mając na to żadnego wpływu. Drugi raz tego błędu nie popełnię.
Dziewiąte. Kwatery. Tu trafiłem dobrze. Przyzwoity standard za bardzo przyzwoitą cenę. I balkon na wschodnią i północną stronę, co ma, moim zdaniem, niebagatelne znaczenie w sytuacji, kiedy spędzasz tam czas sjesty.
Dziesiąte. Olimp. Codziennie patrzył na nas z góry. Raz spowity w chmury, innym razem odsłonięty i nagi, odbijający ostre promienie słoneczne. To też było dla mnie novum. Stać na plaży po kostki w wodzie będąc odwróconym do Morza Egejskiego plecami i patrzeć na znajdującą się o kilka kilometrów dalej, błyszczącą w słońcu siedzibę greckich bogów. Kiedyś niewyobrażalne, a dzisiaj staje się to udziałem dziesiątek, jeśli nie setek tysięcy Polaków.
Jedenaste. Podróż. Najsłabszy punkt tych wakacji. W jedną stronę 26 godzin jazdy. Autobus niby z klimą, ale co z tego. To nie na moje zdrowie. Obiecałem sobie, że gdybym tak kiedyś jeszcze miał tam pojechać to na pewno nie będzie to ciągła podróz autobusem. Albo z noclegiem, albo innym środkiem lokomocji. Howgh!
Dwunaste – ostatnie i najważniejsze. Zero radia, zero telewizji, zero kontaktu z polityką czy jakimś innym barachłem typu internet. Rewelacja! W kraju nie do pomyślenia. Maciek (mój syn) znalazł gdzieś, co prawda, w jakiejś zapomnianej uliczce w jakiejś urokliwej dziurze „Timesa” z poprzedniego dnia (sic!), ale profilaktycznie sprawdziliśmy tylko, że Kubica czwarty w GP Francji i odłożyliśmy gazetę na półkę. To się nazywa WYPOCZYNEK!
I za to lubię Grecję.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)