Właśnie tego doświadczam. Pół godziny temu odwiozłem na dworzec mamę. I tym oto sposobem jestem już jedynym członkiem rodziny, który nie zdezerterował z mojego rodzinnego miasta.
Praktycznie dość średnio czuję się od prawie miesiąca, kiedy ślubna z dziećmi, nie bacząc na to, że nie będę miał obiadków, wzięli się i wynieśli „na wieś”. Uznali, że po urlopie spędzonym z „mężem i ojcem” należy teraz nieco odpocząć od tego ostatniego. Poniekąd zrozumiałe. Tez specjalnie się nie martwiłem, bo ja też mogłem odpocząć. No i , jak co roku, odpoczywałem. Tyle, że przez tydzień. Góra dwa. Poza tym, jak chciałem do kogo gębę otworzyć po pracy (kolegów na wakacjach profilaktycznie nie odwiedzam, żeby klamek nie całować)
to zawsze mogłem odwiedzić mamę. Swoją nieocenioną rolę matki, jak widać, mogą pełnić nawet po osiągnięciu przez potomków mocno zaawansowanego wieku.
Ale teraz i ona postanowiła opuścić rodzinne pielesze i jechać na wywczasy. Tez jej się w końcu należy.
No i siedzę sam....
Na swoim przykładzie stwierdzam jednoznacznie i bez cienia wątpliwości: CZŁOWIEK TO JEST BYDLĘ STADNE. A w zasadzie z mocnym wskazaniem na RODZINNE.
Przypomniała mi się bardzo mądra w swojej wymowie piosenka Przybory i Wasowskiego pt „Rodzina”...
Nie, żebym miał doła, ale....
Idę po piwo......



Komentarze
Pokaż komentarze (8)