nerwica eklezjogenna nerwica eklezjogenna
229
BLOG

Dekonstrukcja symboliki krzyża - przełomowy happening dzieci kielnieńskich

nerwica eklezjogenna nerwica eklezjogenna Polityka Obserwuj notkę 9

 ...Znakowanie terenu w celu jego zawłaszczenia i następnie obrony znane jest wielu gatunkom.... (deda)


Tym razem akurat nie chodzi o ściąganie krzyża ze ściany, lecz z cokołu. Nie chodzi tym samym o ściąganie kosmetyczne czy estetyczne, a wyłącznie higieniczne. Nie, by robić artefaktowi na złość, tylko by w ogóle móc go zobaczyć we właściwych proporcjach, bo to co na cokole, dla dobra sprawy nigdy nie obywa się bez powiększania. Czyli również i wypaczającego ogląd zdeformowania. Zawsze dla dobra sprawy oczywiście.

Nie o żadne igrzyska więc tu idzie, a wyłącznie o zdrowie. Przejść przez to możemy w dużym stopniu dzięki kielnieńskim dzieciom, które pierwsze dokonały dekonstrukcji. I których rola zaczyna być obecnie w prawicowej awanturze nie tylko pomijana, lecz wręcz zamilczana, skoro w świetle faktów wychodzi, że dopuściły się czegoś, co ja nazywam dekonstrukcją, a co Bąkiewicz z Królową Pierza nazwaliby profanacją.

Kielnieńskie dzieci jednym happeningiem dokonały więcej, niż zrobiła obecna minister Nowacka przez kilkadziesiąt lat swojego życia jako zwolenniczka rozdziału państwa od Kościoła, w tym te dwa lata ministrowania. Znacząco przybliżyły Polakom czym de facto jest krzyż. Symbolika bowiem to nie jest coś, co zostało człowiekowi raz dane, a coś, co sam człowiek nieustająco i wspaniałomyślnie sobie daje. Zarówno mową jak i uczynkiem.

Czy można więc całą tę tandetnie teatralizowaną przez prawicę chryję nazwać historyczną lekcją religii? Raczej nie sposób inaczej. W podświadomości każdy fałsz tego imaginarium nieusuwalnie się usadzi. Nawet gdybyśmy przed samymi sobą chcieli udawać, że krzyż nie jest elementem zawłaszczania terenu i opresji, to faktów inaczej, niż tylko wypieraniem nie pokonamy. Religia to nie tylko deklaratywne dobro, ale i przecież konstytutywna niechęć do jakiejkolwiek "nie religii". Między niechęcią a wrogością granica jest płynna. Człowiek jest tylko człowiekiem, a religia bez człowieka nie istnieje. Coś mi tu może umyka?

Gdy więc na wierzch w tej awanturze wychodzą prawdziwe intencje i motywacje rzekomo "urażanych religijnie" dzieci, cała narracja o nieszanowaniu symbolu krzyża pada jak domek z kart. To krzyż okazuje się środkiem do dokuczenia, zdominowania, zniszczenia. Mówi się, że dzieci są okrutne. Owszem, bywają takie, bo tacy jako ludzie jesteśmy. Podkreślając bywanie okrutnymi przez dzieci podkreślamy tylko ich spontaniczność i szczerość. Jak i naiwność w ujawnianiu emocji i intencji.

Dzięki dzieciom z Kielna możemy zobaczyć, jak krużgankowo klerykalny faszysta robi sobie z użerającej się z małymi Bąkiewiczami nauczycielki katolicką laleczkę voodoo. Krzyż jest narzędziem i nieuchronnie taka też staje się jego kolejna prowokacyjnie wyzierająca zza niego symbolika. Symbolika konia trojańskiego. Symbolika środkowego palca. Triumfalistyczna, nieszczera i agresywna.

Na koniec trzeba chyba zadać ważne społecznie pytanie. Czy krzyż w ogóle ludzi łączy, czy bardziej niestety jednak dzieli? Jedyna uczciwa odpowiedź brzmi, że może zarówno łączyć jak i dzielić. Jeśli jest więc wciskany opornym na siłę do gardła, to wiadomo, że co najmniej dusi. Może więc i łączyć, żeby innych nim udusić.

Chwała więc spontaniczności kielnieńskich dzieci, że pokazuje ich rodzicom, jak i oczywiście religijnym mentorom dzieci, a w zasadzie wszystkim nam, jak swój krzyż profanują jego samozwańczy strażnicy. Chwała im politycznej świadomości i umiejętności ideologicznej żonglerki. Tak się produkuje fanatyków i fundamentalistów. 


------------------------------------------------------------------------------------------------


P.S. Szczególnego na S24 smaczku dodaje tej awanturze konsekwentne kasowanie mi wczoraj komentarza, w którym pytam pewnego tutejszego cwaniaczka, gdzie się podziały w jego komentarzu te "urażone religijnie" dzieci. I akurat w tej konkretnej administracyjnej interwencji jestem przekonany, że to nie żaden algorytm kilka razy usuwał zmieniany przeze mnie komentarz, który w ostaniej usuniętej wersji wyglądał dokładnie tak: No i gdzie się podziały te "urażone religijnie" dzieci?

Tak, to bardzo niewygodne pytanie. W zasadzie najważniejsze w sprawie. Kompromituje całą (a przecież wciąż jeszcze szytą) intrygę. Wpierw bowiem ponoć urażono jakieś dziecięce uczucia, a gdy wyszło, że uczuciami owymi (katolickimi...) to właśnie dzieci perfidnie terroryzują dorosłych i plugawią (konsekwentnie będę się trzymał, że dekonstruują) osobisty jakoby religijny symbol, wtedy ich "urażone uczucia", jak i one same zaczynają wyparowywać. W związku z czym uroczyście się teraz podzielę z tymi, którzy do tego momentu doczytali, iż "dokładnie tam" mam całe te "uczucia religijne" oraz cały ten ich krzyż. Jak i prowadzącego mnie na S24 cenzora. Dokładnie tam i dostatecznie głęboko.


Bóg to za mało

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Polityka