Dzisiaj zajmiemy się naiwnym politykierstwem Tomasza Terlikowskiego. Ja z moją nerwicą zostałem urzeczony kolejną agitką ubraną w Faustyny, Benedykty, kolejki do grobów i całą resztę tego natchnionego pustosłowia.
Nerwice mają swoje źródła. Moim będzie dzisiaj zdanie: „Tamte wydarzenia, choć tak bolesne, dotkliwe, tragiczne – jednak dawały nadzieję.” Czym dla doktora filozofii i publicysty była ta nadzieja, mogliśmy się dowiedzieć, gdy próbował wsadzić pilotom w usta całkowicie zmyślone ‘ostatnie słowa’.
Z pozycji teologicznych może i miał prawo – bo ‘teologia’ to nauka(?), dziedzina w której można pod pozorem wewnętrznego przekonania pleść dowolne bzdury. Taka ‘demonologia’ ciesząca się z racji ogromnych wpływów nie tylko specjalnymi prawami, ale i możliwością bezkarnego i nieskrępowanego indoktrynowania ludzkich umysłów od momentu narodzin do śmierci.
Z pozycji publicysty katolickiego może też miał prawo – choć znając zdanie innych katolików parających się piórem, czujących ciężar odpowiedzialności za wiernych, swoją wiarę i własny kościół, na temat publicystyki T.Terlikowskiego, zmuszeni jesteśmy do konstatacji, że są publicyści katoliccy bardzie przejmujący się sprawami swojego kościoła, i są przejmujący się mniej. Można też mówić o większej świadomości jednych, a mniejszej drugich.
Pułapką powodującą gubienie z oczu prawdziwy interes kościoła, w sposób oczywisty wydaje się być zaangażowanie w politykę. Nie da się trzymać dwóch srok za ogon jednocześnie.
Publicysta zdecydowanie postawił na politykę. Postawił też, jak mało który katolik, na dość radykalną manifestację swojej religijności. W sporach etycznych, politycznych, ideowych czy jakichkolwiek innych, w których bierze udział, koronnym argumentem jest jego religijność i jej agresywna manifestacja. Potrafi zbojkotować podobną postawą każdy racjonalny argument.
Dziwi się następnie, że przypisywane są mu zachowania megalomańskie. Czy wnikliwy intelekt, stawiającego się odważnie na szpicy myśli katolickiej redaktora, powinien reagować jedynie zdziwieniem na ocenę jego postępowania, implikującego przecież posądzanie o megalomaństwo ?
Zdanie, nad którym nerwica eklezjogenna chciała się dzisiaj pochylić, również poprzez swój kontekst, poprzez niesprecyzowane i mętne nadzieje zmiany czegoś nieokreślonego i według większości społeczeństwa działającego normalnie, nosi znamiona megalomaństwa.
Co począć z wypowiedzią, z której tezą nie zgadza się zdecydowana większość społeczeństwa? Co począć ze zdaniem, zmierzającym do oskarżenia tej zdecydowanej większości o nie zdanie egzaminu ?!
Co począć z kryteriami jakimi się kieruje znany publicysta próbując wyrokować dlaczego ponad 80% społeczeństwa egzaminu nie zdało ?
To niestety, pozostaje dla nas nieodgadnione… Wiemy o publicyście wyłącznie to, że łączy agresywną politykę z napastliwym epatowaniem wiarą – miks zastępujący dyskusję i argumenty.
Społeczeństwo jest już zmęczone nie tylko samym tematem, ale i z zarzucaniem mu, że 'nie podołali' nadziei krzykliwego marginesu. Dzięki bogu 'nie podołali'...
Może dlatego publicyście pozostaje wyłącznie żal za nazywanie go megalomanem ?
Pozostaje mu wyłącznie żal, bo sam wpędził się w rodzaj dyskusji – „argumentów nie przyjmujemy”…
*Megalomania – mania wielkości; obłęd, polegający na przypisowaniu sobie wielkiego rozumu, wpływu, zdolności wykonywania dzieł wielkich.
- Słownik 25.000 Wyrazów Obcych Michała Arcta


Komentarze
Pokaż komentarze (11)