Będzie o agresji. Będzie o nadużyciu gościnności mówiąc oględnie, w głowie mając raczej analogię do konia trojańskiego. O ‘życiu po życiu’ smoleńskiej prowokacji, której początek miał miejsce na Krakowskim Przedmieściu. O nachalnej propagandzie i o Ewie Stankiewicz, która z uśmieszkiem, a zarazem z fałszywie triumfującą bezradnością mogła twierdzić, że nie wie gdzie obecnie jest krzyż. Propagandzistka z boleściwą miną zaimprowizowała swój dramat, polegający na niewiedzy gdzie obecnie jest główny rekwizyt jej politycznej gry. Czytelnej i cynicznej gry, mającej na celu odwrócić uwagę od tragicznych skutków lekkomyślności byłego prezydenta i jego dworu. Już na wstępie swojego spiczu nierozważnie dała ponieść się emocjom i zaserwowała młodym bystrym ludziom propagandową sztuczkę – za którą, a i nie tylko za nią – w późniejszej części przyszło jej zapłacić. Stankiewicz publicznie obwieściła, że nie wie gdzie obecnie jest krzyż. Młody człowiek w pewnym momencie doinformował ją – co zbyła jedynie nerwowym tikiem i lekceważeniem.
Zarzucanie manipulacji Ewie Stankiewicz niewątpliwie wymagałoby starannego uzasadnienia , gdyby nie to, że Stankiewicz co rusz oskarżała się sama. Na konkretne świadectwa świadków szopki na Krakowskim, że obrońcy byli również agresywni, jej głównym argumentem było to, iż najpewniej byli to prowokatorzy. Co poparła swoim autorytetem Ewy Stankiewicz. Autorytet zaś podbudowywała osobistym 22 tygodniowym klęczeniem pod krzyżem. Gdy kilkukrotnie później użyła słowa ‘wdrukowywanie’, wgapiałem się w katolicką buzię pani reżyser, czy choć jeden mięsień drgnie na jej maryjnym obliczu. Naiwnie. Jest ikoną prawie doskonałą, choć mnie biel jej twarzy nie przywodzi na myśl czystości i niewinności.
Rzecz miała miejsce na ‘Przystanku Jezus’, a dokładniej na ‘Przystanku Woodstock’. Na od zera stworzonym przez Owsiaka święcie dla wszystkich otwartych i młodych duszą. Stworzonym nie przez anegdotycznego Jezusa, lecz przez człowieka z krwi i kości. Na festiwalu, na którym tylko dzięki tolerancji Jurka Owsiaka, w przerwach między urabianiem młodych duszyczek, w rytm muzyki dyskotekowej mogło sobie popląsać kilkudziesięciu księży katolickich.
Pochylając się nad katoprawicową manipulacją i agresją, nie zamierzam koncentrować się specjalnie na szeregowych funkcyjnych propagandzistach. Kilkudziesięciu młodych ludzi dopuszczonych nieopatrznie do głosu – przez jak się okazało nie takich znowu lisów – skoncentrowało się na nich wystarczająco skutecznie. Dwupłciowej parce z fanatyzmem w oczętach pokazali drzwi.
Gdy cofniemy się do początków soliterowania na Owsiaku przez katolicką sektę, zakamuflowaną dodatkowo pod bezczelnie ukradzioną Owsiakowi nazwą – ‘Przystanek Jezus’ – dostrzeżemy mechanizm łudząco podobny do zawładnięcia Krakowskim Przedmieściem. Przekaz anektujących Owsiakowi cząstkę jego dzieła był jasny: nie możemy z wami konkurować, postanowimy zaatakować was od środka. Nie potrzebowali zaproszenia. Nie zrażał czytelny sygnał, że nie są mile widziani. Nośność Owsiakowych haseł opartych na tolerancji, miłości i zabawie był na tyle mocnym imperatywem/zagrożeniem dla sekciarzy, by wypatrzyć, przypuścić atak i wbić swój odwłok chrześcijańskiej tolerancji. Z zazdrości próbować ukraść innym ich kawałek szczęścia. Owsiak jak pamiętamy odpuścił wtedy. Silniejszy może sobie na to pozwolić.
Pielgrzymowanie dwójki funkcjonariuszy prawicowego katobetonu ze swoim gniotem na ‘Przystanek Woodstock’ skończyło się ich kolejną kompromitacją. Zaowocowało bezlitosnym obnażeniem ich intencji. Wystarczyło, że młodzi katolicy pytali gdzie w tym wszystkim jest Jezus. Katolik Owsiak niechętnie wdaje się w mało konstruktywne spory. W pseudo spory inicjowane przez agresywny odłam katolickich odszczepieńców tym bardziej.
W myśl wyznawanej przez Owsiaka filozofii unikania konfliktów, na jego miejscu wybrałbym na następne festiwale inną miejscówę. Jako silniejszego stać go na to, a soliter najpewniej bez niego zdechnie.Tak by Pośpieszalscy i Stankiewiczowe nie usiłowali w świecie młodych wrażliwych ludzi udawać, że poszukują swojego zagubionego totemu.
Owsiak podjął się rzeczy prostej a zarazem dużej – zaufał młodzieży, zaufał ludziom i dał im duży kawałek siebie nie żądając w zamian nic oprócz poczucia swobody, ważności i szczęścia tych ludzi. Ktoś mu to próbuje popsuć. Ktoś próbuje popsuć nie tylko Owsiakowy festiwal. Filmem sprzedawanym w Empiku za 30 zł. Hitem, jak się reklamują autorzy.
Hasło 'Róbta Co Chceta' jakkolwiek słuszne i zbawienne, powinno pamiętać o 'akwizytorom wstęp wzbroniony'.
http://dobremedia.org/index.php?option=com_hwdvideoshare&task=viewvideo&Itemid=2&video_id=187


Komentarze
Pokaż komentarze (2)