Tędy i owędy
Nie siedzę okrakiem na barykadzie!
80 obserwujących
2153 notki
2862k odsłony
  805   2

Francuski szef kuchni kontra ... francuski szef kuchni

Czy znajdzie się choć jedna osoba, która by nie słyszała o Julii Child? Ręka w górę! Amerykanka propagująca francuską sztukę kulinarną, autorka książek kucharskich, osobowość telewizyjna i bohaterka kultury masowej - wiadomo, każdy, kto się interesuje choć odrobinę kulinariami, doskonale zna postać tej kobiety o męskiej posturze i urodzie. A kto słyszał o M.F.K. Fisher? ... Tak myślałam; a ja wolę panią Fisher niż przesławną Julię.

Mary Fisher, z domu Kennedy (nie, z innych), kilkakrotnie zamężna i na ogół nieszczęśliwa w małżeństwach, matka dwóch córek, całe życie walczyła z depresją, w czym nie pomogła ciężka choroba i samobójcza śmierć drugiego męża, bogatego właściciela domu z winnicą we Francji, Dilwina Parisha.

M.F.K. Fisher napisała 26 książek kulinarnych, z czego na język polski, o ile mi wiadomo, wydano tylko "Alfabet smakosza". Fisher, podobnie jak jej sławniejsza następczyni, Child, popularyzowała w USA kulinarną sztukę Francji. Przepisy pani Marii, w przeciwieństwie do tych autorstwa pani Julii, cechują się skrajną prostotą. Fakt - miała kobieta pewne dziwactwa, gejzery słowotwórstwa, stany egzaltowanego wręcz uniesienia (a la Magda Gessler), ale z łatwością jej to wybaczam, ponieważ była to dama potrafiąca pisać naprawdę ciekawie. Lubię historię z przygotowywaniem młodego zielonego groszku łuskanego na pola i biegiem dostarczanego do garnka, choć na kilometr trąci przesadą, a nawet zakrawa o lekką histerię :) Za to ta kobieta, niewątpliwie bogata, wyrafinowana, bywalczyni najlepszych restauracji, nie wstydziła się przyznać do słabości wobec tłuszczu z pieczeni - słabości bardzo brytyjskiej, choć np. moja rodzina też jej zawsze ulegała. Ba - mało tego, ale pani Fisher nawet uważała, że taki tłuszcze może być przyczyną prawdziwego szczęścia! ...

Tym jednak, co mnie najbardziej w autorce ujęło, to jej nieukrywana admiracja dla barszczu czerwonego, który uważa za najlepszą zupę pod słońcem - a ja chętnie się z tym zgadzam (oczywiście, poza rosołem, pomidorową, ogórkową, fasolową, koperkową, grochową itd.). Mowę mi odjęło na dobrych 10 sekund, gdy się przekonałam, że Amerykanka zna pochodzenie czerwonej zupy, rozróżnia jej rodzaje, przyjaźnie omawia dodatki (łącznie z uszkami! przysięgam!!!), a także podaje dwa przepisy: na łatwą i trudniejszą wersję barszczu. A już szczytem jest, że ta Amerykanka urodzona w 1908 roku, nieżyjąca od 1992 r., słyszła i próbowała nawet barszczu na kiszonych burakach!

Fenomen! Gdyby tak Polacy się jeszcze nauczyli, że najlepszy jest barszcz czerwony na własnoręcznie zrobionym zakwasie buraczanym ...


Lubię to! Skomentuj32 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości