Tędy i owędy
Nie siedzę okrakiem na barykadzie!
81 obserwujących
2171 notek
2876k odsłon
  411   1

Kasze nasze ...

Wychowałam się na wsi. Pięknej, mazowieckiej wsi, co prawda gminnej, ale jednak. Do podstawówki miałam kawałeczek - nawet chyba nie pięć minut. Nigdy nie musiałam się martwić rano, że o czymś zapomniałam - nawet podczas krótkiej przerwy zawsze zdążyłam pobiec do domu i z powrotem. Spokojnie mogłabym podczas dużej przerwy zjeść w domu posiłek, ale i tak rodzice wykupywali mi abonament stołówkowy. I nie dlatego, że nie chciało im się czy nie umieli gotować, bo było akurat dokładnie odwrotnie, ale posiłki w naszej szkolnej stołówce były najlepsze na świecie. A piszę to ja - córka fantastycznie gotujących rodziców, siostrzenica mistrzów i mistrzyń patelni, zewsząd otoczona nieprawdopodobnie dobrze gotującymi ludźmi.

Ale rodzice nie gotowali kaszy pęcak, ukochanej mojej, często podawanej właśnie w szkolnych i pracowniczych stołówkach. Tyle, że pęcak trzeba umieć przyrządzić.

Nie pamiętam już, który kucharz kiedyś powiedział, że pęcaku nie da się rozgotować. Według niego - nawet bardzo długie gotowanie nie sprawi, że pęcak będzie miękki. A to jest całkowita nieprawda. Owszem - inne kasze można gotować 20 minut, ale z pęcakiem tak się nie da.

Opowiem Państwu taką historyjkę, w której nie ma nawet grama przekłamania: zaprosiłam kilka lat temu na święta siostrę z rodziną. Przyszykowałam przepiórki konfitowane, do tego sos i - właśnie pęcak (dodam, bo to ogromnie ważne - moja siostra nie wyrodziła się oczywiście i gotuje zjawiskowo, a do tego szybko i zdrowo. Gotuje na pewno nie gorzej niż ja - raczej chyba lepiej). Wcale nie kaszę chciałam podać do tych przepiórek - przygotowałam pure ziemniaczane; ale z poprzedniego dnia zostało mi sporo ugotowanego pęcaku , który dla rodziny siostry podsmażyłam na skwarkach z dojrzewającej słoniny, a potem wstawiłam w przykrytym szczelnie naczyniu do piekarnika na godzinę. Czy uwierzą mi Państwo, jeśli napiszę, że wszystkie inne potrawy zeszły na drugi plan, a wszyscy zachwycali się prawie wyłącznie kaszą? ...

Akurat pęcak wymaga BARDZO długiej obróbki termicznej. Ja gotuję tradycyjne 20 minut, a potem - jak za czasów moich babć - okręcam garnek gazetami i ręcznikami i zostawiam na kilka godzin (podczas upałów nie gotuję pęcaku). Dopiero tak przygotowana kasza ujawnia pełnię swoich walorów smakowych.

W czasach PRL taką kaszę - naprawdę nieziemsko pyszną - podawano koniecznie z gulaszem przygotowanym z długo duszonej wieprzowiny - karkówki albo łopatki - z dodatkiem soli, pieprzu, kminku, niedużej ilości słodkiej mielonej papryki i koniecznie kiszonego ogórka pokrojonego w kostkę. No i lubczyku, rzecz jasna - chyba że ktoś nie miał dostępu (u nas we wsi prawie wszyscy mieli lubczyk), to dodawał Maggi.

Brzmi przaśnie, wiejsko, wstydliwie? ... Mogłabym się z tym zgodzić, gdyby nie fakt, że bardzo długo wyprażany pęczak z gulaszem wieprzowym - właśnie takim stołówkowym - miałam okazję jeść w restauracji dobrego hotelu na wyspie Brać na Chorwacji ... Tyle, że na Chorwacji do zestawu podano sałaty, a w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa był to ogórek kiszony albo korniszon, zawsze przekrojony wzdłuż na pół.


Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości