Tędy i owędy
Nie siedzę okrakiem na barykadzie!
83 obserwujących
2221 notek
2915k odsłon
  435   1

Jedzenie na pocieszenie

Anglosasi na jedzenie, które koi smutki, mają określenie "comfort food", co zawsze kojarzy mi się z potrawami ekskluzywnymi, drogimi, a nie z "jedzeniem na pocieszenie". Każdy naród, każda rodzina i każdy człowiek ma taki kanon - i choć istnieje spora część wspólna, to nie sposób abstrahować od upodobań indywidualnych. De gustibus non est disputandum, jak mawiali starożytni Indianie - nieprawdaż? ...

Mój dziadek ze strony ojca, właściciel masarni, najbardziej w świecie kochał ekstrawagancką kanapkę: kromka chałki posmarowana masłem, na to kromka kaszanki, na to wędlina. Wszystko to, oczywiście, własnej roboty - włącznie z pieczywem i masłem, co było domeną babci. Ten zestaw powtarzał też mój ojciec, choć lubił dorzucić na wierzch warzywo pod postacią chrzanu lub musztardy. Drugą ulubioną potrawą ojca był móżdżek na grzankach. Przepraszam - nic na to nie poradzę. Taka prawda!

Kulinarnym fetyszem mojej mamy były zupy. Mogła nie zjeść drugiego - zupy nie potrafiła sobie odmówić. Najbardziej lubiła koperkową (oczywiście z ogromną ilością kopru z własnego ogrodu; pachnącego tak, że można się było perfumować). To wiosną i latem - jesienią mama uwielbiała rosół z prośnianek (czyli gąsek), zwany przez nią kipiatokiem: mama pochodziła z zaboru rosyjskiego.

Moja młodsza siostra poszła również w zupy, ale upodobało sobie rosół. Od dzieciństwa czyhała dzielnie na ten moment, kiedy mięso straciło już surowiznę i można było nalać sobie wywaru do kubka ...

A ja jestem rodzinnym wyrodkiem. Pełnię szczęścia odczuwam wyłącznie w dwóch przypadkach, a jest to kartoflach i ikra śledzia. Kartoflak to inaczej babka ziemniaczana - potrawa prawdziwie biedna; tarte ziemniaki, tarta cebula, sól i pieprz. Oczywiście najbardziej ceniona jest wersja na bogato: ze smażonym boczkiem lub inną wędliną oraz jajkami, ale z czasów młodości (która nieszczęśliwie przypadła na czasy balcerowiczoskiej pierestrojki) pamiętam wersję bardzo ubożuchną: wyłącznie ze skwarkami ze słoniny - a trzeba Państwu wiedzieć, że onymi czasy słonina kosztowała mniej więcej tyle, co ziemniaki, i to bezpośrednio od rolnika ...

Pamiętam te niedzielne poranki, gdy rodzice wstawali chyba o czwartej rano, żeby zetrzeć ziemniaki i cebulę, a potem upiec tę masę w prodiżu, co trwało co najmniej dwie godziny. Jako dodatek była ... nie, wcale nie gulasz, sos grzybowy czy śmietana - po prostu świeżo (i doskonale!) zaparzona herbata. Sypana, w czajniczku!

Ikra śledziowa kiedyś była dostępna wyłącznie wówczas, gdy kupiło się całego śledzia z beczki - wersje były dwie, ikra i mlecz. Ojciec uznawał wyłącznie to drugie, a ja - to pierwsze. Mama i siostra w ogóle nie tykały tego dziwnego czegoś, więc konkurencja była żadna. Wyfiletowane wymoczone śledzie układało się w dużych słojach, przekładając je plastrami cebuli oraz listkami laurowymi i zielem angielski, dodając trochę octu i dużo oleju (do przykrycia wszystkiego). Mleczko i ikra szły na samą górę - tuż pod ostatnią warstwę cebuli. Wystarczało zapanować nad sobą do dnia następnego, by móc przenieść się do kulinarnego raju ....

A Państwo co uważają za "jedzenie na pocieszenie"? ....

Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości