Skoro tak już sobie gawędzimy milutko i niespiesznie, w tonie zbliżonym do okolic Wersalu, to jakoś tak mi się przypomniała pewna postać, nieodłącznie związany z katastrofą smoleńską: polski akredytowany przy MAK, Pan Edmund K.
Przez wiele miesięcy brylował w mediach, kreował narrację, a nawet mianował prezydentów ("Faktem jest, że to ona mianowała biskupów" ;-D), po czym okazało się, że facet był chodzącym stojakiem na aparaturę szpiegowską, w dodatku nigdy niewyłączaną.
I tak jakoś niewyraźnie zrobiło się w kręgach zbliżonych ... Tak, jakby powiało chłodem z głębokich kazamatów ...
Potem ktoś - zdaje się, że Pan Cichocki - zapowiedział dokładne sprawdzenie, czy przypadkiem Pan Edmund K., poza funkcją oficjalną, nie nadwerężał sobie zdrowia, pracując dla zaprzyjaźnionego mocarstwa.
Dlatego, z ostrożności procesowej, wolę podawać tylko pierwszą literę nazwiska.
Ktoś wie, czy sprawie nadano bieg? Jest jakieś śledztwo, postępowanie? A czy w ogóle Pan K. żyje, czy nawiedził go "samobójca"?
A zdaje się, że sam Pan K. wspominał, że ma syna ... Aż strach pomyśleć, ale dzieci znanych rodziców ostatnio nerwowe jakieś takie ...


Komentarze
Pokaż komentarze (11)