Po publikacji tekstu Gmyza o znalezieniu śladów materiałów wybuchowych na wraku tutki tak właśnie brzmiała narracja w prorządowych mediach: "To nieprawda, że znaleziono ślady trotylu i tego tam ... no .... nitrogliceryny ... Nie było tam ani kawałeczka materiału wybuchowego! No, ale jeśli jednak coś tam było, to z czasów drugiej wojny światowej. I z Afganistanu, o!".
Obecnie jesteśmy świadkami bardzo podobnego zabiegu: całkowite niemal rozczłonkowanie samolotu tłumaczono nam, żmudnie, pracowicie i z wyższością, faktem uderzenia w ziemię grzbietem. A samolot walnął grzbietem, bo go odwróciła "święta brzoza" (Kto jeszcze pamięta, jak Pan Prezydent Komorowski z nabożeństwem oddawał jej pokłony i głaskał z czułością?).
Onegdaj usłyszałam Głównego Rzecznika Rządu, jak beztrosko stwierdził, że przecież przyczyną katastrofy nie było uderzenie w brzozę, tylko "zejście poniżej wysokości decyzyjnej".
Więc co - Pan Edmund Klich niepotrzebnie nam tłumaczył via tvn, że "jak walnęło, to się urwało"? Niepotrzebnie Pan Prezydent kłaniał się kikutowi z taką wdzięcznością?!!!!
Okazuje się, że nasza tytka to wyjątkowo tchórzliwy samolot był. Nawet brzoza na niego nie była potrzebna - wystarczyło samo "zejście poniżej".
Jak widać, przyczyna katastrofy rzeczywiście była "arcyboleśnie prosta": tutka, przerażona faktem "złowrogiego zejścia poniżej wysokości decyzyjnej", wzięła się i ruzpukła ze strachu na pierdyliony kawałeczków ....
I pamiętaj, Jasiu - wężykiem, wężykiem!!!



Komentarze
Pokaż komentarze (4)