Animela Animela
1584
BLOG

Jeszcze o grubaskach pani premier i zdrowym jedzeniu w szkołach

Animela Animela Polityka Obserwuj notkę 59

Gdy mój syn, obecnie dorosły, chodził do szkoły, oczywiście spotykał się z innymi dziećmi - raz u nas, raz u nich. Wtedy właśnie, kilkanaście lat temu, dowiedziałam się, że niektórzy ludzie w ogóle nie gotują. Mało tego - nie mają nawet kuchni! Oznajmił mi to mój synek po pobycie u jednego ze swoich przyjaciół, syna małżeństwa radców prawnych. Państwo ci pomieszczenie kuchenne przerobili na zwykły pokój, likwidując nawet zlew i kuchenkę. Wszystkie posiałki jadali na mieście lubl, w ostateczności, zamawiali do domu. Synek, oczywiście, był zachwycony tą sytuacją - pizza, McDonald, cola!!! Syn tamtych państwa, naturalną koleją rzeczy, będąc u nas starał się dowiedzieć jak najwięcej o gotowaniu i chyba częściej można go było znaleźć w kuchni, niż w pokoju syna ... Interesowało go nawet, jak się gotuje ziemniaki! I o ile z początku starałam się epatować domowymi burgerami czy kebabem, to później robiłam - ku niezadowoleniu syna, który lubił imponować kolegom wymyślnymi potrawami mamy - nudne rosoły, pomidorowe, schabowe i mielone - właśnie pod kątem gościa.

Ja gotowanie mam we krwi, jak pewnie wiele innych osób w moim wieku. Rodzice gotowali - na codzień prosto, ale smacznie, od święta bardziej wymyślnie - więc nie tylko się przyglądałam, ale i pomagałam. Ba - bardzo wcześnie obie z siostrą musiałyśmy nauczyć się sztuki kulinarnej, bo wracałyśmy ze szkoły znacznie wcześniej, niż rodzice z pracy, więc siłą rzeczy na nas spadał obowiązek przygotowania obiadu: albo w całości, albo chociaż częściowo. Jak jednak ma się nauczyć gotowania dziecko, którego rodzice w ogóle nie gotują? ... A przecież takich osób przybywa ciągle!

Nigdy nie byłam w stanie pojąć, dlaczego nasze dzieci muszą się uczyć biologii, matematyki, fizyki na bardzo wysokim poziomie, natomiast tak ważna dziedzina życia, jak przygotowywanie posiłków, pozostaje poza sferą zainteresowania szkoły!

Kto, poza wąskim kręgiem specjalistów, po skończeniu szkoły potrafi całkować? Na jaką cholerę ta wiedza prawnikowi? A znów matematyk naprawdę niekoniecznie musi znać na pamięć procesy biochemiczne zachodzące podczas snu zimowego w żołądku niedźwiedzia ...

Od dziesiątków lat się mówi, że program szkolny jest przeładowany niepotrzebnie drobiazgowymi informacjami i że trzeba od tego odejść na korzyść myślenia. Mówi się i .. dokłada kolejne szczegółowe dane, jakich się wymaga od dziecka na każdym przedmiocie. Kiedyś policzyłam, że jeden, niezbyt długi, rozdział z podręcznika historii zawierał aż 26 dat - oczywiście, zupełnie nieistotnych. Jest to wiedza - użyję analogii do jedzenia - śmieciowa. Wykuć, zdać i zapomnieć. Co to ma wspólnego z wiedzą i kulturą ogólną? ... I jak rozpoznać świeżą rybę i świeże warzywa.

Marzy mi się, aby wreszcie jakiś minister edukacji rozważył, przygotował i zaczął szeroko konsultować - z rodzicami, nauczycielami, naukowcami - reformę szkolną w takim właśnie duchu, aby nauczanie znacznie uprościć, zwłaszcza w szkole podstawowej. Podstawowej, bo powinno się tam uczyć rzeczy zupełnie podstawowych: z matematyki: dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie, ale BEZBŁĘDNE. Plus jeszcze kilka działań, ale naprawdę prostych. Mniej wkuwania, mniej lekcji. To samo z innymi przedmiotami.

W zamian - wprowadzić przedmiot pod roboczym tytułem "Gotowanie". I zacząć od zupełnych podstaw, ale już u małych dzieci: przygotowanie jajecznicy, ugotowanie jajek na twardo czy ziemniaków. Potem, stopniowo, dodawać jakieś proste zupy: w rodzaju rosołu czy grochowej, sałatki, kanapki - ładne i urozmaicone.

Im starsze dzieci, tym bardziej urozmaicony i skomplikowany repertuar potraw.

Program powinien również obejmować zapoznanie dzieciaków z rodzajami mięsa (ale konkretnie, na przykładach!). Jakie zalety ma drób, a czym nas przywabia wołowina. I do czego nadaje się pierś kurczaka, a z czego lepiej zrobić mięso w sosie. I że wcale niekoniecznie trzeba kupować najdroższe rodzaje mięsa, ale że te tańsze wymagają z kolei dłuższej obróbki cieplnej.

I co to jest "szczypta", i po czym poznać, że woda wre. I że rosół gotuje się na minimalnym ogniu. I zaprowadzić dzieci do sklepów, by pokazać, jak wybierać najlepsze produkty.

Kiedyś dziewczęta taką wiedzę w sposób naturalny wynosiły z domu, ale również na pensjach dla panien były zajęcia z prowadzenia domu. Obecnie, oczywiście, również chłopcy powinni uczyć się gotować.

Dlaczego nikt do tej pory nie wpadł na pomysł, że sztuki kulinarnej trzeba się uczyć? ...

Oczywiście, trzeba byłoby zatrudnić osoby prowadzące takie zajęcia. I mam tu na myśli właśnie kucharzy, a nie dietetyków ... chociaż lekcje z takimi specjalistami też powinny mieć miejsce. Nie tak często, jak zajęcia z kucharzenia, ale jednak, powiedzmy: raz w miesiącu czy na kwartał - jak najbardziej. Ale nauka gotowania powinna być w szkole pełnoprawnym przedmiotem, i to obowiązkowym!

Trzeba byłoby również wyposażyć szkoły w pomieszczenia do gotowania. To kosztuje - wiem. Uważam jednak, że byłaby to świetna inwestycja, skutkująca w przyszłości znacznym zmniejszeniem liczby zachorowań zależnych od niewłaściwej diety.

Ciekawa, jak jest pod tym względem w innych krajach .... I czy doczekam się kiedyś realizacji tego pomysłu w Polsce!

Animela
O mnie Animela

Jestem człowiekiem - przynajmniej się staram.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (59)

Inne tematy w dziale Polityka