Prezes Rzepliński w swej walce z demokratycznym werdyktem wyborców zapędził się do narożnika. Sytuacja w tej chwili jest prosta jak konstrukcja cepa, a przyszłość przewidywalna niczym zachowania hien roku. Prezes Rzepliński zwoła jakieś partyjne spotkanie, panie i panowie sobie podywagują (proszę nie poprawiać – w tym miejscu jest to wyraz użyty prawidłowo!) i orzekną niezgodność PiS-owskiej ustawy z zasadą demokratycznego państwa prawnego (słowo-wytrych w orzeczeniach TK). Orzeczenie to zostanie przesłane do publikacji w Dzienniku Ustaw, a premier Szydło spuści je w toalecie – i to samo będzie z (ewentualnymi) orzeczeniami TK. Nawet bowiem prezes Trybunału nie może procedować na podstawie ustawy nieaktualne, a już tym bardziej: na podstawie samej Konstytucji, z pominięciem ustawy.
Oczywiście, będą składane doniesienia do prokuratury, będą próby postawienia przez Trybunałem Stanu … i będzie to mieć efekt wyłącznie humorystyczny.
Prezes Rzepliński swoim politycznym zaangażowaniem zapędził się w tak zwany kozi róg: Teraz stoi oparty plecami o ścianę i szczerzy zęby – niczym, za przeproszeniem, szczur zagoniony do kąta. W dodatku, jak to ładnie ujął pan Janusz Wojciechowski, jeśli prezes przemocą nie dopuści do orzekania sędziów mianowanych przez prezydenta, to dopuści się przestępstwa z art. 224 § 2 Kodeksu karnego.
Sytuacja wydaje się patowa. Jeśli prezes się uprze, to faktycznie nastąpi paraliż prac Trybunału Konstytucyjnego. W dodatku upór może się odbić na pozostałych sędziach TK, albowiem, jak statuuje art. 195 ust. 2 Konstytucji „Sędziom Trybunału Konstytucyjnego zapewnia się warunki pracy i wynagrodzenie odpowiadające godności urzędu oraz zakresowi ich obowiązków.”. Jeśli wynikiem prac Trybunału będzie zero orzeczeń, to i wynagrodzenie trzeba będzie ustalić na tym poziomie …
Oczywiście, obecnie prezesowi niezmiernie ciężko byłoby się wycofać na „z góry upatrzone pozycje” – nie pozwoli mu na to ambicja własna oraz interesy tych, do kogo prezesowi bliżej (choć, jak twierdzi Konstytucja „Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w okresie zajmowania stanowiska nie mogą należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”). Zawsze jednak prezes Rzepliński może zrezygnować z funkcji, powołując się na zły stan zdrowia. Byłoby to iście salomonowe rozwiązanie, przywracające w Polsce spokój. Jeśli jednak prezes nie jest w stanie wznieść się poza swój własny interes, to w interesie jego współpracowników jest, aby go namówić do rezygnacji honorowej: z powodów rodzinnych albo zdrowotnych.
Inne rozwiązanie leży już po stronie Prawa i Sprawiedliwości, które mogłoby profesorowi załatwić jakąś świetnie płatną synekurę w Brukseli lub Strasburgu. To, oczywiście, jest jak najbardziej do zrobienia, ponieważ wszelkie gremia decyzyjne nie marzą o niczym innym, jak tylko o pokojowym rozwiązaniu kłopotliwego polskiego problemu. Oczywistym jest bowiem, że przeciągająca się wojna o Trybunał zrujnuje przede wszystkim reputację Unii Europejskiej, która państwu członkowskiemu może – że tak to ujmę językiem naszych zdegenerowanych „elit” spod znaku cmentarza i ośmiorniczek – skoczyć z rozbiegu … a im więcej prężenia muskułów, tym później trudniej wyjść z sytuacji z twarzą.
A jeśli ktoś na moją radę się skrzywi, że jak tak można, fi donc!, to ja tylko uprzejmie przypomnę o fecie za niemalże milion publicznych pieniędzy, jaką prezes Rzepliński postanowił wyprawić sobie i swym zagranicznym kolegom. Jest to w zasadzie otwarte i niczym nieskrępowane korumpowanie "niezależnych" sędziów z państw ościennych, którzy już pewnie o imprezie się dowiedzieli i wiedzą, że piękny weekend majowy będą mogli spędzić w prastarym grodzie piastowym, w luksusowych warunkach i za cudze pieniądze ... a to zawsze jest rzecz przyjemna.
Nawiasem mówiąc - gdyby pani premier Szydło lub panu prezydentowi Dudzie przyszło do głowy, że też mogą bezkarnie pokorumpować odpowiednie grona decyzyjne w UE, to zrobiliby podobną fetę, ale O KILKA TYGODNI WCZEŚNIEJ ... i na bogaciej, rzecz jasna ... to głosy przeciwko Polsce byłyby znacznie rzadsze i cichsze.
O - na przykład 7. kwietnia oddano pierwszy w Polsce odcinek metra. Myślę, że feta się należy jak psu zupa, bardziej niż jakaś rocznica zakichanego Trybunału, o którym kilka miesięcy temu większość Polaków nie miała pojęcia:). Albo jeszcze lepiej - 2 kwietnia 1997: uchwalenie Konstytucji. Prawda, jaka godna data? ...
Chochocho! 12 marca 1999 r. - przyjęcie Polski do NATO. wręcz nie wypada tego nie uczcić!
Albo - 1 kwietnia 2004: przyjęcie Polski do UE. Już to sobie wyobrażam: tydzień hucznego ucztowania, zaproszony sam Strażnik Unijnego Żyrandola! Bosko!
I jeśli Państwo myślą, że ja piszę żartobliwie, toście się tak w życiu nie pomylili. W taki sposób tylko można rozmawiać ze skorumpowanymi "elitami" naszej ukochanej Unii Europejskiej. Świetnie zdawał sobie z tego sprawę Tusk, robiąc z naszej prezydencji w UE najkosztowniejszą trampolinę do wspólnotowej kariery, jaką zna świat. Wie o tym również sędzia Rzepliński, organizując fetę poparcia własnej osoby30-lecia TK.



Komentarze
Pokaż komentarze (26)