Nie pamiętam, na którym portalu przeczytałam ostatnio duszoszczypatielną notkę na temat kłód, jakie młodej, zdolnej, ambitnej młodzieży cisnęła reforma szkolna - a szkoda. To było prawdziwe arcydzieło, autentyczny wyciskacz łez, istny Harlequin (ktoś jeszcze pamięta? ...). Trudno - dziś wyjątkowo nie podam linku. Może ktoś tez został zauroczony tym tekstem i podrzuci linkę? ...
Otóż, jak się okazuje, istnieje pewna kategoria młodych ludzi, którzy cierpią na nieuleczalną chorobę zwaną "dyskalkulia": co oznacza, że nie sa w stanie przyswoić sobie nauk matematycznych. Jakże dobrze rozumiem te dzieci: sama cierpię na tę chorobę! Niestety, w moich młodych czasach - dzikich, jak się okazuje - dorośli nie traktowali niechęci do matmy jako choroby ... proszę to sobie wyobrazić! Jakaż tępota, jakież okrucieństwo! O takich jak ja mawiało się, że są albo głupi, albo leniwi, i, niestetyż, niestetyż, zmuszano nas do jeszcze bardziej intensywnego przyswajania matmy. Mój ojciec pod tym względem był prawdziwym sadystą i wieczorami oraz w dni świąteczne ćwiczyłam nie tylko zadania matematyczne, ale i ortografię, bo w pierwszej klasie, poza dyskalkulią, cierpiałam też na dysortografię, co mój srogi rodzic zwalczał okrutnie, każąc mi każdy błędnie napisany wyraz powtarzać w zeszycie po sto razy. Przynosiło to naprawdę zaskakujące rezultaty i okazało się, że nawet prawdziwy antytalent matematyczny jest w stanie zdać maturę z matematyki, nie wspominając już o fakcie, że jestem laureatką olimpiady polonistycznej: jak się okazuje, dyskalkulię i dysortografię DA SIĘ LECZYĆ! To chyba dobra nowina, prawda? ...
Niestety, dziś nie jest aż tak dobrze, bo ta straszna minister Zalewska podstępnie, wbrew obietnicom wyborczym, zlikwidowała gimnazja i teraz biedne dyskalkuleciątka mają w plecy. No bo nie dość, że liczyć "nie umiejo", choć, oczywiście, bardzo chcą (wspominałam już, że kiedyś było to oznaką braku zdolności do nauki matematyki? ...), to jeszcze muszą stawić czoła siłom dwóch połączonych roczników, co stawia ich na z góry przegranej pozycji. Bo w walce o najlepsze liceum liczy się każdy punkt, o który w obecnych warunkach tym trudniej!
Czytałam ten tekst i zastanawiałam się, czy autor sam jest idiotą, czy za idiotów uważa swoich czytelników. Po pierwsze - zbieg dwóch roczników obejmie nie tylko dyskalkulów, ale WSZYSTKICH uczniów. Po drugie - zawsze, ale to ZAWSZE, o przyjęciu lub nie do dobrej szkoły mógł zadecydować jeden punkt, i reforma szkolna ABSOLUTNIE NIC w tym nie zmieniła.
Ale po trzecie i najważniejsze: matematyka nie na darmo jest nazywana królową nauk. Nie można kogoś nazwać inteligentem, jeśli nie rozumie matematyki. Oczywiście - nie każdy musi zdać maturę: na tym zresztą polega jej wartość: na odsianiu dysortografów i dyskalkulów. Tym bardziej nie każdy musi studiować. Naprawdę nie każda fryzjerka, ekspedientka czy glazurnik muszą mieć skończone studia. Przywróćmy wreszcie określeniu "człowiek po studiach" odpowiednią rangę!
Natomiast nie widzę absolutnie ŻADNEGO POWODU, aby dziecko z dyskalkulią czy dysortografią robiło nieuczciwą konkurencję dziecku, które tych dysfunkcji nie wykazuje, a jest równie pracowite i ambitne. To obniża dramatycznie jakość kształcenia i jest wbrew interesowi społeczeństwa.



Komentarze
Pokaż komentarze (62)