70 obserwujących
1861 notek
2470k odsłon
1038 odsłon

Lato, lato wszędzie, zwariowało oszalało moje serce!

Wykop Skomentuj10

Trzydzieści lat temu obie strony okrągłego stołu postanowiły SOLIDARNIE wydoić społeczeństwo. Drakońska kuracja Leszka Balcerowicza (w 1972 r. otrzymał stypendium w USA: nie, to nie było normalne i dostępne dla wszystkich) powtórzyła sytuację, która miała miejsce w I RP: 90% społeczeństwa zbiedniało tak bardzo, że dosłownie nie miało na jedzenie - galopująca inflacja z miesiąca na miesiąc zmniejszała i tak niewielkie wypłaty - ale za to 10% stawało się istną współczesną szlachtą, prawdziwymi bogaczami. Co tu dużo mówić: rodzice należeli do tych 90%, ja dopiero stawiałam pierwsze kroki zawodowe: no naprawdę, powiedzieć, że się nam nie przelewało, to nic nie powiedzieć. To właśnie w tym czasie odkryłyśmy z siostrą urok zbierania owoców w okolicznych sadach: a ponieważ owoce - przysięgam, że to prawda! - śniły nam się po nocach z powodu ich niedostępności cenowej, wszystkie wolne chwile starałyśmy się spędzać na tym zajęciu. Rzecz polegała na tym, że plantator dawał łubianki, do której zrywało się owoce, i co czwartą zostawiało się sobie - ale można było też pracować za pieniądze, choć niezbyt wielkie, ale bardzo potrzebne. Miałyśmy więc trochę dodatkowych pieniędzy i mnóstwo owoców: truskawek, malin, wiśni, porzeczek czarnych, białych i czerwonych, śliwek, jabłek ... Jadło się te owoce na surowo, dostarczając młodym organizmom dużej dawki witamin i minerałów, a resztę przerabiało się w sposób najprzeróżniejszy. Mama miała sokownik, więc mnóstwo było zawsze soków (porzeczkowe bardzo często samoczynnie zmieniały się w galaretki, więc zawsze była loteria, co się przyniesie z piwnicy), robiło się dżemy, konfitury (takie najprawdziwsze, całe owoce w syropie owocowym), powidła, kompoty, śliwki w occie, gruszki w occie, susze owocowe ...

Pewnie to z powodu tej owocowej biedy, jaką przeżyłam tak dawno temu, dbam o to, by mieć własne owoce i warzywa. Teraz przyszedł czas na porzeczki, które właśnie pracowicie oberwałam z krzewów rosnących przy domu. Mąż i syn natychmiast powiedzieli, że kompot musi być, więc właśnie przed chwilą go nastawiłam. Teraz muszę jeszcze odszypułkować owoce i pewnie zrobię to, co mój syn, choć dorosły już od kilku lat, uwielbia nad życie: galaretkę z surowej czerwonej porzeczki. Nie jest to przetwór dietetyczny, ponieważ na litr soku wyciśniętego z porzeczek trzeba dodać kilogram cukru, a potem mieszać, mieszać i mieszać - do czasu aż masa zacznie lekko galarecieć. Wówczas przelewamy ją do niedużych wyparzonych słoiczków, zakręcamy i odstawiamy co najmniej na miesiąc. Galaretka jest smaczna sama w sobie, sprawdza się jako dodatek do deserów, ale, oczywiście, najważniejsza jest jako składnik sosu cumberland.

Znacznie bardziej wydajna jest galaretka, na którą przepis dostałam do rodziny, która przez kilka pokoleń uprawia hektary sadów, w zagłębiu sadowniczym pod Sandomierzem. Owoce porzeczki - tu najbardziej lubię czarną - należy umyć, osączyć, odszypułkować i zalać zimną wodą. Doprowadzić do wrzenia, zostawić do lekkiego przestudzenia (pod przykryciem), przecedzić, i wtedy na każdą szklankę płynu wziąć szklankę cukru, wymieszać do całkowitego rozpuszczenia białej substancji, znów szybko zagotować i nalewać do słoików. Zakręcać i znów odstawić co najmniej na miesiąc. Uprzedzam: ta druga galaretka raz na kilka lat potrafi strzelić focha i zsiąść się dziwnie, tak nie do końca, ale dzieje się tak raz na dekadę. Opinie o galaretkach są podzielone, bo część osób woli tę na surowo, a część - zdecydowanie tę gotowaną. W każdym razie: obie są bardzo smaczne i przydatne w domu.

Z galaretek - różnego koloru - robię, oczywiście, również dżemy, ale te są najbardziej kłopotliwe, bo trzeba je przecierać przez sitko o drobnych oczkach (no - chyba, że komuś nie przeszkadzają pestki. Nas gryzą w zęby, więc robię tak, że umyte, osuszone i odszypułkowane porzeczki rozprażam w dużym garnku z odrobiną cukru, a gdy skórki zmiękną miksuję całość, a potem jeszcze gorącą masę przecieram przez sito. Potem, oczywiście, dosmażam w garnku z odpowiednią ilością cukru i przekładam do słoików. Pasteryzuję na sucho, czyli zakręcone słoiki ustawiam dnem do góry do ostygnięcia.

A teraz - prezent, czyli przepis mojej teściowej na ogórki kiszone. Lata temu już go podałam, i wtedy ktoś westchnął: tyle zachodu ... Owszem: znam pana, które ogórki z własnego ogródka napychał o pięciolitrowych butli po wodzie, zalewał solanką i potem nawet jadł, ale ... próbowałam i mam porównanie. Rodzice robili znakomite przetwory (również ogórki), ale przepis teściowej robi różnicę. To jak ... ja wiem? nowiutki Lexus, pachnący nowością, śliczny i funkcjonalny, i Lamborghini. Ogórki teściowej już nie raz przekroczyły granicę nie tylko Warszawy, nie tylko Polski, ale nawet Europy. Te ogórki są seksowne, radosne i uwodzicielskie. Kilka karier nabrało rozpędu dzięki kilku takim słoikom - tak, tak. To jest magiczny przepis, więc proszę brać się do roboty. Ogórki kiszeniaki po trzy złote - taniej już raczej nie będzie.

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości