wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
64 obserwujących
99 notek
242k odsłony
  1973   0

O zbieraniu książek. Pasja, inwestycja, czy snobizm?

Zaczęło się od Klossa. Do dziś potrafię po kolei wymienić wszystkie dwadzieścia zeszytów komiksu. W pierwszej klasie podstawówki zebrałem prawie cały komplet. Prawie, bo brakowało mi części 18 "Oblężenie". Pod koniec roku szkolnego trafiła się gratka, bo dzieci ze starszych klas w ramach zbierania  funduszy na wakacje zorganizowały loterię, w której można było wygrać przyniesione przez nie cuda, w tym brakujący mi odcinek Klossa. Kupiłem kilka losów i niestety wygrałem główną nagrodę w postaci jakiegoś ogromnego samochodu - zabawki. Komiksu nie. Stałem z tym gratem pod salą i czekałem na tego kto wygra brakujący mi zeszyt i gdy tylko pojawił się "szczęśliwiec" od razu się zamieniłem. Niestety, po jakimś czasie na wywiadówce, moja Matka dowiedziała się, że zgarnąłem główną wygraną na loterii. Początkowo była zdziwiona, że to sfatygowany komiks, ale po wyjaśnieniu przebiegu wydarzeń, zostałem zmuszony do anulowania transakcji, mimo, że zadbałem o opatrzenie jej uroczystą klauzulą "nie ma kaczek odmieniaczek". Katastrofa. Nie pomógł płacz i zgrzytanie zębów. Potem oczywiście gdzieś ten komiks zdobyłem, ale niesmak pozostał.

Potem zbierałem BKD ( Bitwy - Kampanie - Dowódcy ), czyli taką serię niewielkich książeczek o tematyce historycznej. Zebrałem wszystkie. W różnych okolicznościach. Raz nawet dostałem cynk o pojawieniu się brakującego mi egzemplarza w Księgarni Prusa na Krakowskim Przedmieściu i wsiadłem w autobus 125..... i sam pojechałem pod Uniwersytet, nie mając jeszcze ośmiu lat. 

Od blisko dwudziestu lat zbieram książki o wartości bibliofilskiej. Nie tylko oczywiście, ale głównie. Nie wiem skąd wyszedł impuls, choć Empireum Waldemara Łysiaka było tu kamieniem milowym. Ostatnio intensywność mojej zakupowej aktywności wyraźnie spadła, bo sporo rzeczy mam, a te brakujące pojawiają się rzadko , albo wcale i coraz trudniej coś upolować. Czekam 12 lat na pojawienie się gdziekolwiek szóstego tomu pierwszego wydania Słownika Lindego - i nic. Dalej nie mam kompletu. Podobnie z kilkoma innymi pozycjami. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek, gdziekolwiek wypłyną, w znośnej cenie.

Rynek bibliofilski jest dziwny. Niby duże aukcyjne antykwariaty, jak warszawski "Lamus" wciąż ogłaszają bombastyczne komunikaty o jego nieustannym wzroście, ale to mit. Polskie książki o wartości artystycznej i historycznej cieszą się nikłym zainteresowaniem. Bibliofili o odpowiedniej wiedzy, zasobach i pasji jest pewnie w kraju nie więcej niż 100. Zdumiewające, bo jeśli porówna się to z liczbą osób zawzięcie kupujących obrazy, grafikę, czy monety i to niejednokrotnie za ogromne pieniądze, to zasoby pasjonatów książki są mniej niż skromne. Pierwodruk "Pana Tadeusza", w dobrym stanie i oprawie z epoki, to wydatek góra kilkunastu tysięcy złotych, a przecież to niemal narodowa relikwia.  W porównaniu z kwotami jakimi operują kolekcjonerzy mebli, obrazów, monet, czy pocztowych znaczków - taka kwota to drobne. 

Pewien znany mi ekspert międzynarodowego rynku bibliofilskiego skomentował to tak: jeśli Amerykanin znajdzie na strychu rękopis Marka Twaina, to będzie sobie mógł za niego kupić posiadłość na Florydzie i rower. Gdyby komuś w Polsce udało się odziedziczyć rękopis na przykład Marii Konopnickiej, to będzie sobie za niego mógł kupić rower. Jest w tym nieco przesady, ale nie tak znów wiele. W oczach fachowców wielką śmiesznością okrył się kiedyś były prezydent Warszawy, tłumaczący źródła swojego wielkiego majątku udanymi transakcjami na rynku starodruków. Podobno za setki tysięcy sprzedał pierwszą pełną edycję dzieł Ignacego Krasickiego z 1804r. Skompletowanie wszystkich dziesięciu tomów zabrałoby trochę czasu, ale dałoby się zamknąć w kwocie rzędu 5.000 zł. ( a to wydanie zawiera sporo pierwodruków ).

Pierwszą polską serię wydawniczą tzw. "Edycję Mostowskiego", wydawaną przez Tadeusza Mostowskiego w pierwszej polskiej nowoczesnej drukarni na Nowolipiu ( tak w tym pałacu ) , liczącą 26 tomów, kompletowałem przez ok. 8 lat i kosztowało mnie to mniej niż 20.000 zł., a więc nie przekroczyło ceny kilkuletniej Skody.

Co dziwne, w świecie na prawdę zasobnych prawników, liczonych w tysiącach, wydawnictwa takie jak pierwsze wydania kodeksów, pierwsze polskie monografie prawnicze - nie cieszą się żadnym zainteresowaniem. Sporo na ten temat mówi anegdota, którą w tym miejscu przytoczę, bo wiele mówi o realiach rynku, szczęściu zbieracza, trudności w podejmowaniu decyzji i metafizyce kolekcjonerstwa.

W skład owej "Edycji Mostowskiego" wchodzi między innymi dwutomowe wydanie "Dzieł Wszystkich" Jana Kochanowskiego. Duża rzadkość. Miałem drugi tom i polowałem na pierwszy, który wypłynął na Allegro ( jeszcze w czasach gdy pokazywały się pseudonimy licytujących i oferowane kwoty ). Dałem górny limit 1.500 zł i tak jak mniemałem z dużym zapasem, ale ku mojemu zdziwieniu niedługo przed końcem, ktoś mnie przelicytował. On mnie tak, to ja go ta. To on znowu mnie tak, to ja go tak. I tak do 3.000 zł., przy których facet odpuścił. Nie miałem tyle pieniędzy, to zadzwoniłem do sprzedającego, żeby trochę poczekał. Jegomość ochoczo się zgodził, stwierdziwszy, że tą książkę kupił we wrocławskim antykwariacie z 250 zł., to i tak jest zadowolony. Do skomentowania sytuacji zużyłem całego zasobu znanych mi z wyścigów przekleństw, ale szczęście gracza czuwało. Pożaliłem się w znajomym antykwariacie, a tu się okazało, że chłopaki znają tego licytanta, będącego wybitnym chirurgiem szczękowym o nieograniczonych zasobach. I tak byli zdziwieni, że odpuścił. Dwa tygodnie później, też na Allegro pojawiły się dwa piękne tomy "Życia Jana Chodkiewicza" pióra Adama Naruszewicza. Stanąłem do walki, ale zauważyłem, ze pan chirurg również. Tym razem ja go wyciągnąłem na przeszło 5.000 i odpuściłem. Zemsta była tym słodsza, że kilka dni później w innym antykwariacie upolowałem tego "Chodkiewicza" za 1.800 zł.

W międzyczasie odezwał się handlarz z Wrocławia, proponując mi Tadeusza Czackiego "O litewskich i polskich prawach", wprawdzie tylko I tom, ale za to z kompletem rycin Aleksandra Orłowskiego. Spławiłem gościa, bo to pierwsza polska pozycja naukowa z prawdziwego zdarzenia, pierwsza prawnicza nowoczesna monografia, w pięknym stanie, więc uznałem , że nie na moją kieszeń. Poradziłem mu aby wystawił z ceną minimalną 4.500 zł. Próbował sprzedać przez miesiąc, wciąż obniżając limit. W końcu zadzwonił, czy nie dałbym choć z 1.500 zł. Oczywiście natychmiast kupiłem. Minęło 12 lat, a drugi tom nigdy nigdzie się nie pojawił.

Typowe dylematy - kupować, czy czekać. Akurat w zakresie księgozbiorów mamy tak  niesłychanie przetrzebione zasoby, że nigdy nie wiadomo czy jakaś książka w ogóle istnieje i czy będzie kiedykolwiek do zdobycia. Choć jak się pojawi, to raczej konkurencja do jej kupienia wielka nie będzie, bo zainteresowania brak. Dochodzi do takich sytuacji, że dzieła ilustrowane są ogołacane z rycin, sprzedawanych oddzielnie. Specjalizuje się w takim procederze jedna pani ze Śląska, choć nazwę antykwariatu litościwie pominę. Obrazek cenniejszy niż druk, choć nie wiem dlaczego. Bo przecież zbieranie starych książek otwiera niebywałe perspektywy, w odkrywaniu naszej przeszłości, ludzi niesłusznie zapomnianych i ich pracy. Czasami się z Państwem tymi odkryciami dzielę, bo historia Polski, z perspektywy historii ruchu wydawniczego, wygląda nieco inaczej niż ta z utartych ścieżek.

Podsumowując - bibliofilstwo w Polsce jest trochę snobizmem ( zauważmy, że większość występujących "zdalnie" polityków, za tło chce mieć domowe biblioteki, albo choć fototapety ), w sporej części pasją odkrywania nieznanych aspektów naszych dziejów, czasami realizacją dziecięcych marzeń o byciu "panem samochodzikiem", a w najmniejszym stopniu działalnością inwestycyjną. Choć czasami trafiają się fajne strzały. Kilku takich i ja doświadczyłem.


Lubię to! Skomentuj192 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura