wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
116 obserwujących
177 notek
445k odsłon
  2479   19

Jak oswoić Adama Bodnara, czyli jiściec , sampierz i żałoba

Dla pamięci wielu wspaniałych polskich prawników, czynnych dydaktycznie i naukowo w czasach PRL, słowa Adama Bodnara muszą być wyjątkowo paskudne i obraźliwe. Mimo bowiem wielkich wysiłków komunistycznych władz, polska kultura prawna przetrwała okres marksistowskich rządów w Polsce w bardzo dobrym stanie, a zasób, który wytworzyła, wystawia jego autorom jak najlepsze świadectwo. Dość powiedzieć, że "opus magnum" polskiej cywilistyki tego czasu, czyli wydawany przez PWN "System Prawa Cywilnego" jest po dziś dzień niedościgłym wzorem i w obiegu antykwarycznym osiąga bardzo wysokie ceny. Nie może o tym wiedzieć były RPO, bo to człowiek wychowany już według schematów nauczania III RP, opartych, szczególnie na uniwersytetach, na negowaniu własnego dorobku, zachwycaniu się cudzym, a wszystko w polewie wskrzeszonego pod innymi szyldami marksizmu.

Nie wiem co tak zaimponowało Adamowi Bodnarowi w niemieckim dorobku prawniczym, że aż uznał za stosowne całe nasze dziedzictwo schować w nieudolnie zapożyczonym pojęciu "oswojonego zwierzątka". Czy to może seryjne uniewinnianie i hołubienie przez niezawisła niemieckie sądownictwo zbrodniarzy wojennych w typie Heinza Reinefartha, czy wcześniejsze katowanie polskich dzieci nie chcących zmawiać pacierza po niemiecku, albo ustawy norymberskie, ale jednak. Treser wzbudził szacunek i doczekał się należnego hołdu. Nie wiemy jaką marchewką tak zaprogramowano dumę polskiego świata prawniczego, ale chyba nie nadzwyczajną. Fakt pozostaje faktem, a ignorancja ignorancją, bo z własnych zasobów Pan Bodnar nigdy nie umiał i nie chciał korzystać, pewnie nawet nie wiedząc o ich istnieniu, a to tylko "typowy przedstawiciel".

Studia prawnicze od zawsze dotknięte są pewną nieusuwalną ułomnością - przedmioty historyczne wykłada się na ich początku, bez prawa powrotu, poza wąskim gronem szczególnie zainteresowanych. W efekcie to co powinno być kośćcem systemu kształcenia jest zaledwie niechcianym wstępem i przytłaczająca większość absolwentów dostając dyplom, wciąż nie wie czym jest prawo, skąd się wzięło, jaka jest rola prawników i czym jest w tym zakresie tradycja. I tej tradycji w ogóle nie znają, znać nie chcą, a ci potrafiący ją przekazywać - dawno odeszli. W tym wielu wielkich, o których istnieniu i dorobku tacy jak Adam Bodnar nigdy się nie dowiedzą. Zresztą dla łaszenia się do tresera taka wiedza jest zbyteczna.

Swego czasu w jednym z warszawskich antykwariatów wpadł mi w ręce niezwykły zabytek. Wydane z rękopisu w 1847r. polskie tłumaczenie Statutów Wiślickich Kazimierza Wielkiego. Piękne świadectwo naszej historii i to w wielu warstwach - kultury prawnej, języka, pojęć obywatelskich i cywilizacyjnych , wpisanych w europejski uniwersalizm. Ten niezwykły przykład czegoś na kształt pierwszej rodzimej kodyfikacji daje panoramiczny obraz - rozwinięcia pojęć w oparciu o obserwacje, nazywania zjawisk, ich wynikania z rozwoju społecznego i zakorzenienia w codziennym trudzie.

Tekst byłby kompletnie nieczytelny, gdyby nie sporządzony na zakończenie słowniczek, wyjaśniający znaczenie słów, niezrozumiałych już w pierwszej połowie XIX w., a będących dowodem naszego zakorzenienia w tradycji europejskiej, ale też posiadania długowiecznego zasobu pojęć, konstytuujących nas jako społeczeństwo. Przyjrzyjmy się kilku terminom, aby na ich przykładzie spróbować zrozumieć, jak silnie prawo związane jest z językiem, a ten z kolei z obserwacją, dokonywaną przez pokolenia.

Zacznijmy od jiśćca. W Statutach Wiślickich ten termin miał dwa znaczenia, ale główne to "powód". Czyli wszczynający spór . Etymologia tego wyrazu jest prosta i zaskakująca.  Iskać to szukać. A zatem jiściec to poszukujący. W tym wypadku sprawiedliwości. Piękne abstrakcyjne ujęcie. Jego przeciwnik to sąmpierz. Tu już jest trudniej, ale radzimy sobie z rozwikłaniem zagadki. "Sam" wiemy co znaczy - obecnie to podkreślenie wyłączności, w naszym rozumieniu oznaczającej pominięcie innych ludzi. W staropolszczyźnie "sam" miało szersze znaczenie, bo dotyczyło też wyłączności miejsca. Sam, czyli tu. Mamy tego archaiczny zapis w powiedzeniu "chodził tam i sam". W ujęciu pierwotnej prawniczej polszczyzny "sam" oznaczało konkretne miejsce sądu, nazywane pokojem. Tu trzeba wyjaśnić, że pokój to pierwotnie było pomieszczenie, w którym rycerstwo koiło/goiło rany. Nadawano mu w związku z tym przykładny wystrój. Potem "pokój" zaczął służyć do "kojenia" sporów, a wystrój stał się jeszcze bardziej uroczysty. Być może dlatego w końcu pokój wyparł z naszego języka izbę i zachował się w dwóch różnych znaczeniach, choć pochodzących od tego samego pojęcia. Wróćmy jednak do sąmpierza, czy też sam - pierza, czyli tego, który się "sam", czyli tu w "pokoju" zapiera, a zatem broni przed jiśćcem. Musi się bronić bo jiściec wniósł "żałobę", czyli żal. O co? Tu katalog spraw był dość obfity i mamy całe spektrum tego, o co ludzie różnych stanów i zawodów się procesowali, zawsze szukając ( iszcząc ) ochrony wobec wyposażonej w moc sądzenia władzy publicznej. Owa żałoba musiała być silnie zakorzeniona w języku, bo jeszcze Jan Kochanowski w tłumaczeniu psalmu 110 użył zwrotu : "Przysiągł Pan, a za Jego żal nie chodzi słowem". Zresztą sama przysięga to też termin w naszym prawie pierwotny, nazwany od specyficznego gestu ręki.

Dziwnymi ścieżkami chodziła nasza tradycja prawnicza, bo owe pierwsze statuty trzeba było tłumaczyć z łaciny na polski, szukając pojęć w rodzimym języku, obecnych w nim od wieków. Potem długoletnia dwujęzyczność naszej kultury sprawiła, że te pojęcia się wzajemnie przenikały i choćby taki jiściec, musiał ulec powodowi, czyli wiernemu tłumaczeniu łacińskiego actora. Jak domniemywano jiściec, podobnie jak iskanie, źle się kojarzył, a zatem musiał wyjść z obiegu. Tym niemniej tradycja wciąż była żywa we wszystkich nurtach i niezależnie od czasu, i historycznych uwarunkowań, zawsze wydawała wybitnych przedstawicieli. Ledwie kilka lat po upadku państwa, bo w roku 1800, Tadeusz Czacki opublikował pierwszą polską monografię naukową we współczesnym znaczeniu: "O litewskich i polskich prawach ". I tak już zostało, bo w każdym, najbardziej nawet krytycznym momencie dziejów, polska myśl prawnicza mogła się szczycić najwybitniejszymi umysłami. Aż do teraz. Teraz mamy Adama Bodnara i jemu podobnych, czyli tłumy ludzi niczego z prawa nie rozumiejących. Nie widzących owych prostych prawd zamkniętych w takich pojęciach jak ów "jiściec", a przypominających nam, że prawo służy poszukiwaniu sprawiedliwości i zawartego w niej dobra i piękna. A "żałoba" musi być rozpatrzona, nawet gdy przed oblicze "Wysokiego Sądu" wnosi ją najskromniejszy z ludzi, bo i takim Statuty Wiślickie zapewniały ochronę. Taką mamy historię. My dzikie zwierzątka.


Lubię to! Skomentuj117 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka