166 obserwujących
2116 notek
4997k odsłon
4560 odsłon

„Marsz Tysiąca Tóg” pokazał determinację środowisk prawniczych i dojrzałość społeczeństwa

Wykop Skomentuj335

Portal internetowy Salon24 news – vide: https://www.salon24.pl/newsroom/1011659,marsz-tysiaca-tog-w-warszawie-reakcja-andrzeja-dudy-na-protest-sedziow, informuje:

Marsz Tysiąca Tóg w Warszawie. Reakcja Andrzeja Dudy na protest sędziów. - Niezłe... najbardziej mordercza jest hipokryzja - napisał prezydent Andrzej Duda w czasie odbywającego się Marszu Tysiąca Tóg. Przeciwnicy reformy sądownictwa - ubrani w togi - zamanifestowali sprzeciw wobec nowelizacji ustawy dyscyplinującej sędziów. W sobotę po godzinie 15 ruszył Marsz Tysiąca Tóg. Demonstrujący zebrali się pod siedzibą Sądu Najwyższego. Manifestacja odbyła się pod hasłem "Prawo do niezawisłości. Prawo do Europy", a udział w wydarzeniu wzięli przedstawiciele środowisk prawniczych z Polski i krajów Europy. Do Warszawy przybyli m.in. prezes Rady Konsultacyjnej Sędziów Europejskich Jose Ingreja Matos, szef Fundacji Judges for Judges Tamara Trotman, sędzia Sądu Najwyższego Irlandii John Mac Menamin i prezes holenderskiego Sądu Najwyższego Maarten Feteris. Nie zabrakło też zwolenników opozycji i polityków. Według danych stołecznego ratusza w pochodzie wzięło udział ok. 15 tysięcy osób...”

Mój komentarz:

Pisałem już o tym, lecz „Marsz Tysiąca Tóg” to być albo nie być w walce władzy dobrej zmiany ze środowiskami prawniczymi, więc jeszcze raz tamten tekst powtórzę, ale z uaktualnioną puentą i bardzo ważnym post scriptum, - bo są teksty, które można, a nawet należy powtarzać, gdyż w dynamicznie zmieniających się sytuacjach politycznych nabierają coraz to innego znaczenia.

I tak, dzisiejszy milczący „Marsz Tysiąca Tóg” skłonił mnie do opowiedzenia współczesnym polskim prawnikom pewnego autentycznego zdarzenia, jakie miało miejsce w Krakowie z początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Jak nam w latach 50. ubiegłego wieku bezpieka wykończyła Ojca, Mama chcąc wychować dwóch dorastających synów sprzedawała kolejno biżuterię, srebrne zastawy, obrazy, dywany… a gdy i to się skończyło, nie była w stanie utrzymać naszego wielkiego mieszkania pod Wawelem i dała ogłoszenie do gazety o zamianę na mniejsze. Na nowym mieszkaniu okazało się, że za ścianą mieszka ubek. Na domiar złego, ten ponury człowiek miał na parterze kolesia, a jakże by inaczej również pracownika Urzędu Bezpieczeństwa. Dopóki mama żyła dawali mi spokój, ale jak zmarła, z początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku ów ubecki duet zaczął się domagać bym się wyprowadził, bo, cytuję: „Oni w swoim bloku inteligenta nie potrzebują”. Na pomoc reszty sąsiadów nie miałem, co liczyć, gdyż byli tak zastraszeni, że się przemykali jak duchy po klatce schodowej, a większość mi doradzała, żebym z ubecją nie walczył, gdyż z nimi nie wygram. Rad tych nie posłuchałem, bo by się w grobie przewrócił mój kochany Tata, zasłużony Akowiec i odważny człowiek - vide: https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/143605 

Chcąc mnie wykurzyć z mieszkania, ubecy wybrali znaną w tamtych czasach metodę robienia z ludzi nauki chuliganów. A jak? Przy pomocy kolegium orzekającego. Ich plan był prosty. Zawsze, gdy miałem gości, po dwudziestej drugiej ubek zza ściany dzwonił po milicję, a przybyły patrol legitymował nas i nie stwierdziwszy niczego zdrożnego jechał dalej. Jednak po dwóch tygodniach dostawałem wezwanie na rozprawę w Kolegium Do Spraw Wykroczeń, w oparciu o treść łgarskiej notatki służbowej tychże milicjantów, którzy u mnie byli dwa tygodnie wcześniej. Kolegium składało się zwykle z trojga aktywistów, najczęściej ormowców. Wszyscy w przedziale wiekowym typu leśny dziadek. Świadków obrony nie przesłuchiwano i po krótkiej naradzie składu orzekającego, dostawałem czapę, czyli karę zasadniczą w najwyższym wymiarze. Była to grzywna pieniężna trzech tysięcy złotych, co przy mojej pensji asystenta Akademii Górniczo – Hutniczej sięgającej w porywach do dziewięciu stówek, stanowiło sumę nie do przeskoczenia. Zasądzanych mi grzywien tedy nie płaciłem, próbując się odwołać do wyższej instancji. I choć Wam pewnie będzie trudno w to uwierzyć, po kilku latach nalotów na moje mieszkanie, wydano takich wyroków siedemdziesiąt sześć, co jak niektórzy twierdzą daje wynik lepszy od Jacka Kuronia. Do dzisiaj mam w domu pożółkłą książeczkę zrobioną z oprawionych wezwań na kolegium.

Jednakże, gdy ilość orzeczeń kolegium zaczęła mi zagrażać wyrzuceniem z pracy stawiając mnie w jednym rzędzie z recydywistami, postanowili mi pomóc lokalni prawnicy, których w ówczesnym Krakowie znałem prawie wszystkich. Sprawę wziął w swoje ręce prawdziwy tuz tamtych czasów Stanisław Warcholik, ówczesny dziekan Izby Adwokackiej. Po serii narad postanowiono wykonać w Kolegium Orzekającym coś w rodzaju wejścia smoka, w oparciu, o jak się zdawało, niepodważalne zeznania świadków obrony wyselekcjonowanych starannie z grona najbardziej szanowanych krakowskich prawników. Na nadchodzącej rozprawie miałem mieć tedy za świadków, oprócz dziekana krakowskiej Izby Adwokackiej, tak potężnych oligarchów ówczesnej palestry jak super mecenas od spraw karno kryminalnych, śp. profesor Karol Buczyński i znany cywilista, śp. profesor Franciszek Studnicki. I jeszcze na dobitkę wzięto ówczesnego szefa Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych profesora Marka Waldenberga. Wszyscy, a jakże by inaczej, z Jagiellońskiej Wszechnicy. Więc musicie Państwo przyznać, że jak na sprawę w kolegium mocne uderzenie.

Wykop Skomentuj335
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo