echo24 echo24
244
BLOG

Czemu - bez żalu wyjechałem z Ameryki

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 11
Zdarzyło się w Chicago - puenta polityczna na samym końcu

Dużo się teraz mówi o Ameryce Donalda Trumpa, więc postanowiłem zacytować Państwu kilka fragmentów mojej powieści biograficznej zatytułowanej „Magia namiętności” opublikowanej w odcinkach na Salonie24 – vide:    https://www.salon24.pl/u/salonowcy/655123,magia-namietnosci-odcinek-3  

W październiku 1967, po wyokrętowaniu z transatlantyku MS BATORY w Montrealu, dwudziestotrzyletni Krzysztof ruszył w podróż do USA.

Pociąg ekspresowy Montreal – Chicago pędził w kierunku granicy Stanów Zjednoczonych. Kanada pogrążała się w szybko zapadającym zmroku. Krzysztof upchnął walizę na półkę i osunął się ciężko na kolejowy fotel. Do przedziału wszedł schludnie ubrany Murzyn z obsługi pociągu. Obrzucił go troskliwym spojrzeniem i bez słowa podał mu kubek kawy z croissantem, a Krzysztof uświadomił sobie, że od kilku godzin nic nie jadł. – Thank you very much! – podziękował. – Na zdrowije! – odparł Murzyn łamaną polszczyzną. – Przynieść ci podjuska? – spytał i wyszedł, by po chwili powrócić ze świeżo obleczonym jaśkiem. Miarowy stukot kół przeniósł go w objęcia Morfeusza (…)

Obudziły go wrzaski rodaków, którzy pchali się kupą do wyjścia. Zorientował się, że stoją na stacji Chicago. Wszędzie było słychać powitalne okrzyki i gorączkowe nawoływania: – Józek! Tu! Tu jesteśmy! Mietek! A gdzie Staszka!

Przeczekawszy ten zamęt wysiadł z wagonu na przestronny peron. W oddali zobaczył machających do niego ciotkę Mary i wuja Stanleya, którzy jako dzieci wyjechali do USA z pierwszą falą emigracji. – No, jesteś, bo Stasek juz myśloł, żeś sie zgubił – wysapała ciotka. – Hello Chris! How are you! – powitał go wujek. Jak się wyściskali, wuj zapytał podkrakowską gwarą: – A przywiezłeś mi ptoka? W pierwszej chwili Krzysztof nie złapał, o co mu chodzi., a gdy się w końcu domyślił, uspokoił wuja: – Tak! Tak! Przywiozłem ci orła, jak prosiłeś w liście. – Good! Very good! – ucieszył się wujek i dopytał: – A skrzydła mo – tu zamarł na chwilę w bezruchu, gdyż nie potrafił znaleźć właściwego słowa – takie? – rozłożył szeroko ręce nad głową. – Taaakie wuju! – Very good! Excellent! Bo właśnie takiego chciołem. Bedzie stoł u mnie w lanczrumie na tiwisecie. - Całe szczęście, że pani sprzedawczyni z krakowskiej Cepelii zdołała mnie przekonać, bym zakupił orła z rozpostartymi skrzydłami, odetchnął z ulgą.

Wuj zapakował ich do przepastnego forda. – A teraz zobaczysz Chicago – oznajmił z dumą w głosie. – Jedziemy do Downtown! Wjechali do centrum. Oszołomiony, zadzierał głowę na widok niebotycznych wieżowców, których nazwy wuj wymieniał tak szybko, że nie sposób je było zapamiętać. Olśniony, patrzył na migające za szybą samochodu wytworne wystawy znanych domów mody, słynnych magazynów, butików i markowych galerii.

O kurczę! Tu na jednej ulicy jest więcej sklepów niż w całym Krakowie! Powoli zapadał zmierzch. I raptem miasto rozbłysło milionami świateł, wielobarwnych neonów i ruchomych reklam. Wszystko migotało, falowało, wirowało, strzelało gejzerami iskier jak w jakiejś baśniowej krainie. Wuj nie przestawał pytlować, lecz Krzysztof go nie słuchał oczarowany kolorowym światem. Z zamyślenia wyrwały go słowa ciotki: – Teraz pojedziemy do mnie, bo Stasek mieszka za miastem, z bogatymi. Mijali kolejne światła zostawiając za sobą chicagowskie centrum. Skończyły się wieżowce i reklamy. Wjeżdżali w coraz bardziej ponurą okolicę pełną podobnych do siebie, brzydkich, starych domów. Na ulicach walały się śmieci, puszki po piwie i tekturowe kartony.

– To jest polskie Jackowo, tu mieszkam – zakomunikowała ciotka. Wuj zatrzymał samochód przed jakąś obskurną czynszową kamienicą, podziękował za orła i szybko odjechał. – Staszek tu nie chce stawiać kary, bo mu zawsze porysują. Rozwrzeszczana zgraja kolorowych wyrostków grała w kopanego metalową puszką. – To Portorykany, psia ich mać, wszędzie się wpychają! – tłumaczyła ciotka pogardliwym tonem.

Weszli do mrocznego korytarza. Po sforsowaniu trzech zamków ciotka wprowadziła go do mieszkania. Zajmowała zagracony pokój z maleńką kuchenką przerobioną z holu. Zakratowane okno wychodziło na mur ciemnej studni ciasnego podwórza. Gdy na telewizorze okrytym haftowaną w różyczki serwetką zobaczył siedzącą w szerokim rozkroku debilnie uśmiechniętą lalkę w krakowskiej sukience, uświadomił sobie, że łatwo nie będzie. Kurwa! Gdzie ja jestem? Co ja tutaj robię? – rozmyślał w panice.

Ale to był dopiero początek koszmaru. Bowiem ciotka wprowadziła go do ciasnej wnęki bez okna, gdzie mieściło się tylko łóżko i dwie nocne szafki. Ściany i sufit ktoś pomalował niechlujnie landrynkowym lakierem. Nad łóżkiem wisiała lampka z dyndającym nadpalonym abażurem. – Tu będziesz mieszkał, możesz się rozpakować! – rzuciła ciotka i poszła do siebie.

Oszołomiony usiadł na skraju łóżka. Rany Boskie! To taka ta Ameryka! Wystarczy pół godziny jazdy samochodem, by się przenieść z bajecznego raju do dantejskiego piekła. Niestety, wyglądało na to, że raju nie będzie.

Otrzeźwienie

Nazajutrz od rana mieli szukać pracy. Ciotka znalazła w gazecie kilka, jej zdaniem atrakcyjnych ogłoszeń. – Tylko się nie przyznawaj, że masz wyższe szkoły! – przestrzegła Krzysztofa, który właśnie przeglądał przetłumaczone na angielski zaświadczenia z uczelni. – Zapamiętaj sobie, że tu, w Ameryce Polacy zawsze byli i będą od czarnej roboty, że skończy cztery lata studiów na AGH. Dotknięty tą przestrogą nerwowo rozmyślał: - Jak to? Co jest grane? Przecież mam ukończone cztery lata studiów w Polsce, co poświadczył notariusz, a tłumacz przysięgły, za ciężkie pieniądze wystawił stosowny dokument. Czytając w jego myślach, ciotka zagroziła: A tych papierów nawet nie pokazuj!

Miejskim trolejbusem zajechali do pierwszej fabryki. W gabinecie bossa okazało się, że ciotka miała rację. Bowiem szef pytał o wszystko, poza wykształceniem. Usłyszał natomiast proste, a zarazem najtrudniejsze pytanie, jakie mu dotąd zadano: – Co umiesz robić? – pytał w kółko właściciel fabryki. Myślał, że będą pytać o szkołę, studia, dyplom. Tymczasem, po kolejnym pytaniu uzmysłowił sobie, iż mimo prawie ukończonych studiów, nie potrafi pisać na maszynie, nigdy nie pracował w fabryce, nie umie ani toczyć, ani spawać, że się nie zna na prądzie, nie ma pojęcia, jak zreperować zepsutą lodówkę, nie mówiąc o cieknącym kranie. Owszem, jako student Wydziału Geologiczno Poszukiwawczego Akademii Górniczo Hutniczej w Krakowie świetnie się znał na skałach i minerałach, lecz na co to komu było potrzebne w Chicago?

Za pierwszym podejściem roboty nie dostał. Do obiadu wykonali jeszcze kilka podejść z identycznym skutkiem. W końcu dotarli na obrzeże miasta, gdzie, jak niosła fama pewien Żyd zatrudniał Polaków „od ręki”. Faktycznie, bez żadnych pytań przyjęto go do pracy.

Kiedy się późnym popołudniem dowlekli do domu, ciotka oznajmiła: – No, jak już masz robotę, to będziesz mi od dzisiaj, co dwa tygodnie płacił za mieszkanie, jedzenie, pranie i sprzątanie. Czyżby ta przyszywana ciotka mnie zaprosiła do Ameryki, bo chciała sobie dorobić do renty? – pomyślał z niedowierzaniem.

Golgota

O piątej rano zatłoczonym trolejbusem jechał do pierwszej w swoim życiu pracy w fabryce, gdzie produkowano części do lodówek. Na miejscu przekonał się, że haruje tam od świtu do zmroku rój niemówiących po angielsku Polaków. Na hali panował pośpiech charakterystyczny dla robotników bojących się utraty pracy. Uderzył go zaduch i nieznośny hałas klekoczących maszyn.

Jak mówił szef objął jedyne wolne stanowisko. Jego zadaniem był montaż chłodnic lodówkowych. Siedząc na metalowym stołku miał przed sobą szyny, w które w stosownym momencie trzeba było wsadzić wygiętą spiralnie miedzianą rurkę. Tuż nad jego głową wirowało huczące złowieszczo koło zamachowe. Po lewej zwisała na łańcuchach szpula aluminiowej blachy ciętej z przeraźliwym zgrzytem na paski, które plująca parą pneumatyczna łapa przesuwała z łoskotem nad wspomnianą rurkę. Wtedy tuż przed jego nosem spod sufitu spadała z potwornym łomotem dwutonowa prasa. Uformowaną chłodnicę musiał szybko wyjąć, bo za parę sekund miał w nią znowu rąbnąć ten upiorny kafar. A jeśli nie zdążył, jak spod ziemi wyrastał zmianowy i skreślał mu godzinę z przerobionej dniówki.

Tyrając jak mrówka w tej manufakturze, Krzysztof często myślał o kultowym filmie Chaplina, genialnie wyszydzającym dumę Ameryki, jaką była produkcja w systemie taśmowym. Po kilku dniach opanował robotę do takiej perfekcji, że był w stanie wykonywać wszystkie czynności z zamkniętymi oczami. Już wtedy zrozumiał na czym polega tajemnica sukcesu gospodarki Stanów Zjednoczonych! Przypomniał sobie walającą się po domu w Krakowie książeczkę ze wskazówkami niejakiego Okołowicza, jakie Autor dawał Polakom w poradniku pt. „Wskazówki dla wychodźców jadących do Ameryki”, wydanym w Krakowie na początku wieku, w którym Autor przestrzegał:

Kto ma zamiar udać się za morze w celach zarobkowych powinien się przede wszystkim dobrze zastanowić, czy mu się opłaci kraj rodzinny opuszczać i szukać szczęścia wśród obcych. Nie powinien też wybierać się w podróż zamorską, kto obawia się ciężkich trudów i chciałby mieć w swym życiu lekki kawałek chleba. Za morzem można bowiem dojść do czegoś tylko przy nadzwyczaj ciężkiej pracy fizycznej, a każdy cent, jaki się tam odkłada okupiony bywa nadludzkim wysiłkiem ochrzczonym krwawym potem…”.

Z każdym dniem coraz lepiej rozumiał przekaz tego poradnika i coraz częściej zadawał sobie pytanie, jak to jest, że odczłowieczeni robotnicy tej fabryki tyrając, jak zwierzęta zaprzęgnięte do kieratu za kilka dolarów - są szczęśliwi, że mają tę pracę. Zrozumiał bowiem, że ów czczony w Polsce złoty cielec nazywany amerykańskim etosem dochodzenia do szczęścia mozolną, mrówczą pracą - to po prostu jedna wielka ściema dla frajerów.

Obłęd

Harował w tym piekle po dwanaście godzin dziennie, bo za overtime płacono podwójnie. Tą nadludzką orką zarabiał tygodniowo sześćdziesiąt dolarów, co przy ówczesnym kursie, kiedy za dolara płacono sto czterdzieści złotych, było sumą zawrotną.

Lecz nie to było najgorsze.

Bowiem jak wracał po pracy do domu skonany i głodny, ciotka serwowała „obiad”, a w rzeczywistości resztówki z kotła pobliskiej stołówki, gdzie na zmywaku dorabiała do emerytury. A jak nie chciał jeść obrażała się i stroiła fochy piętnując niewdzięczność krewniaka ze starego kraju.

Na domiar złego ciotka miała pewną makabryczną pasję, bowiem wraz z trzema kumami z pobliskiej parafii, w mieszczącym się nieopodal domu pogrzebowym stroiła umarlaków do trumny. A, że ktoś stale odchodził, prawie codziennie, gdy wracał do domu ledwie żywy cioteczka ciągnęła go do kostnicy, by ocenił efekty jej misternej pracy. To był istny koszmar, a stałe obcowanie z odpicowanymi na glanc nieboszczykami, zwłaszcza nieboszczkami w pełnym makijażu wystrojonymi w barwne suknie wpędzało go w coraz głębszą depresję.

To już nie były żarty. Bowiem ciotka całymi godzinami gderliwym głosem zamęczała krewniaka tysiącami pytań: czy świętej pamięci Józia miała jego zdaniem dobrze dobraną szminkę, a Boże świeć nad jej duszą, Stasia, odpowiednią fryzurę do kroju sukienki, zdradzając mu przy okazji mrożące krew w żyłach tajniki swojego warsztatu, jak to czasem trzeba przystrzyc włosy w nosie, bo psują makijaż, nie mówiąc o paznokciach i innych detalach. Mieliła jęzorem bez przerwy, a jej mimowolny słuchacz zbliżał się do granic obłędu.

A gdy zasypiał w swojej dziupli głodny, gdyż ciotka przetrzymywała w lodówce swoje makabryczne pudry i mazidła, całymi nocami śmiały się do niego szczerzące zęby upiorne twarze uszminkowanych nieboszczek wyciągających do niego ręce z umajonych trumien.

O czwartej trzydzieści nad ranem skonany, niewyspany, bez chęci do życia zwlekał się do pracy (…)

Ewakuacja

Był piątkowy,grudniowy wieczór. Po dłużącym się w nieskończoność tygodniu niewolniczej orki wracał do domu marząc by się na chwilę położyć. Niestety, ciotka miała gości. Przyszły do niej kumy z domu pogrzebowego i pan Adam, absztyfikant, antypatyczny, samotny, zgorzkniały, zrzędliwy starzec, który, pisał ciotce listy do krewniaków w Polsce. – No to mam wieczór z głowy – jęknął.

Ciotka podała mu wystygły obiad zaznaczywszy, że: „taki kawałek porku kosztuje u buczera ponad pół dolara” i wróciła do swoich kum, by skończyć przerwaną opowieść, jak to zmarłej przedwczoraj świętej pamięci Stefanii musiała dwa razy depilować odrastające wąsy.

W chwili, kiedy z najwyższym trudem przełykał ostatni kawałek zimnej wieprzowiny ciotka oznajmiła: – Acha, Chris! Przyszedł list do ciebie! Omal się nie udławił na myśl, że to Ewa pisze. Drżącymi dłońmi odwrócił kopertę. Przeczytał pierwsze zdanie i poczuł, że krew spływa mu do nóg, a świat się zapada w jakąś czarną dziurę. W liście była wiadomość, że po operacji wdało się zapalenie otrzewnej i mama nie żyje. Musiał bardzo zblednąć, bo raptem zrobiło się cicho.

– Stało się coś? – zapytał po chwili pan Adam. – Tak, umarła mi mama – odparł nieswoim głosem. Zapadło milczenie. – A jaka była stara? – przerwał ciszę absztyfikant ciotki. – Miała pięćdziesiąt trzy lata – jęknął. – No good! No good! Szkoda! Trochę za wcześnie umarła, bo mogła jeszcze parę lat popracować – zaskrzeczała ciotka.

Na słowo „popracować” Krzysztof aż podskoczył i cudem się powstrzymał, żeby jej nie wygarnąć. Chyba się przesłyszałem? – zagotował. To babsko powiedziało „popracować”, nie „pożyć”! Siedział odrętwiały nie wiedząc, co ze sobą począć.

Ta Ameryka to kraj jakichś totalnie pomylonych ludzi! Liczysz się, póki harujesz! Przestajesz tyrać, umieraj! Ciocia ci machnie makijaż, a potem do pieca, zrobić miejsce innym, by mogli zapierniczać w tym obłędnym kieracie. Poczuwszy cisnące się do oczu łzy uciekł do swojej nory. Rzucił się na łóżko i miętosząc w dłoni list obwieszczający straszliwą wiadomość, zwinął się w kłębek gryząc z rozpaczy poduszkę (…)

 Złapał się za głowę. Jezu!!! – Straciłem na zawsze matkę! Nie mam już nikogo z najbliższej rodziny! Gdy się trochę uspokoił, próbował ocenić sytuację: W Ameryce jestem na kompletnym zerze, a w Polsce mam dług zaciągnięty przez mamę na mój na bilet na BATOREGO!(…)

Z kuchni dobiegł ochrypły głos ciotki: – Chris! No chodźże do nas! Trzeba porozmawiać! Goście mieli chmurne miny, jak ława przysięgłych przed ogłoszeniem wyroku. Czuł, że są po naradzie. – Już zdecydowaliśmy – obwieściła ciotka. W Polsce już nie masz nikogo i najlepiej będzie, jak zostaniesz w Ameryce. Na początku trochę ci pomożemy, a jak staniesz na nogi, oddasz nam pieniądze. Jak będziesz solidnie pracował nie myśląc o głupstwach, to w Ameryce nie zginiesz. Chciał coś powiedzieć, lecz ciotka mu przerwała w pół słowa: – Aha! Jeszcze jedno! Jak będziesz pisał do Polski, to nie zapomnij wspomnieć tej naszej kuzynce z Myślenic, co znała twoją matkę, by sobie po niej wzięła lokówki do włosów, które w zeszłym tygodniu posłałam twojej matce w paczce. Kompletnie go zamurowało, a ciotka jak gdyby nic, włączyła telewizor na pełny regulator, zaś goście zajadając chipsy zaczęli rechotać, bo akurat zaczynał się show jakiegoś znanego komika.

Tego już było za wiele. Przeciągnęli strunę. Pojął, że z tymi ludźmi nie jest w stanie zostać ani chwili dłużej. Słowa: „Nie zapomnij o lokówkach” przewiercały mu mózg. Spakował walizkę i bez słowa wyszedł z domu ciotki.

Krajanie

Jedno, o czym marzył, to znaleźć się jak najdalej od tych strasznych ludzi. Kroczył przed siebie bez celu. W końcu jakiś autobus zabrał go do centrum. Wysiadł na przystanku koło Prudentialu, w samym sercu miasta. Zbliżało się Boże Narodzenie 1967. Chicago kipiało świąteczną gorączką. Z nieba leciały ciężkie płaty śniegu. Wokół migotały wielobarwne lampki wszechobecnych choinek i zewsząd dobiegały strzępy amerykańskich kolęd. Z jakiejś knajpki dolatywał głos Franka Sinatry śpiewającego White Cristmas, a dwa kroki dalej pobrzękiwały radosne dzwoneczki, Jingle Bells Nat King Cole’a. Miasto było pełne roześmianych ludzi. Jedni wracali do domu z torbami pełnymi zakupów. Inni się całowali. A jeszcze inni gwarzyli beztrosko w przytulnych kafejkach, przy świątecznym drinku. Potrącany przez rozradowanych przechodniów kroczył przed siebie, jak ślepiec. Nie miał już siły rozpaczać. Zbyt dużo nieszczęść zwaliło się naraz.

Docierało do niego, że został sam na obczyźnie, bez matki, bez rodziny, bez kąta do spania, z paroma centami przy duszy, w milionowym mieście, gdzie nie zna nikogo! Poczuł śmiertelne zmęczenie.

Muszę na chwilę przysiąść – pomyślał na widok przytulnego pubu. Przy barze siedziało kilku podchmielonych mężczyzn. Było wolne miejsce. Usiadł, wsparłszy nogę na walizce w obawie, by jej ktoś nie zwinął. Przypomniał sobie whisky z coca-colą, jaką mu na „Batorym” serwował kapitan. Zamówił podwójną. Trochę mu ulżyło. Powtórzył kolejkę… Wtem, usłyszał polską mowę. Podniósł ciężko głowę sponad opróżnionej szklanki. Obok siedzieli dwaj młodzi chłopcy. Lekko wstawiony wyjął papierosa i spytał po polsku o ogień. Przerwali rozmowę taksując go wzrokiem. – Witamy krajana ze starego kraju! – odezwał się siedzący bliżej. – Mam na imię Kazik, jestem z Poronina, a to mój koleś Antek, spod Białegostoku. – A ja mam na imię Krzysztof i jestem z Krakowa – przedstawił się. – Aaaa! Z Krakowa! Byłem tam kiedyś. Wawel, Sukiennice, wszystko znam! – przechwalał się Kazik. – Ja też miałem kiedyś jechać do Krakowa, ale jakoś nie wyszło – wyznał zawstydzony Antek. – Napijesz się z nami? Po chwili wahania przyjął zaproszenie. – Na co masz ochotę? – spytał Kazik. – Jeśli można, to poproszę o whisky z coca-colą i odrobiną lodu – odparł. – Czego? Z czym? – zadziwił się Kazik. – A zresztą zamów sobie, co lubisz, dzisiaj my stawiamy! - po czym zamówił dla siebie i swego kolegi po dwie setki czystej, obowiązkowo bez lodu i żadnej zakąski.

No i się zaczęło. Po polsku. Do spodu. Jak już byli wszyscy równo zaprawieni, Antek zauważywszy walizkę, zapytał: – A cóż to, kolego, chodzisz na wódkę z walizką? Czyżbyś miał kłopoty? No! Gadaj! Tylko nie kombinuj!...

Mocno wlany Krzysztof opowiedział pokrótce przygodnym kamratom, co się mu przydarzyło. Słuchali z otwartymi japami, a kiedy skończył opowieść, Antek zeskoczył z barowego krzesła i ryknął na całe gardło: – Krzychu!!! Kurwa jego mać!!! Tej ciotce to bym nogi z dupy powyrywał! Po czym klepnął w plecy nowego kolegę, aż zadudniło i huknął jeszcze głośniej: – Krzychu! Nie zostawimy cię samego! Nie masz nic do gadania! Od dziś mieszkasz z nami! Po czym skinął na barmana, zrobił do Krzysztofa oko i ryknął: – No to strzemiennego brachu!!!!” -------- Tyle fragmentów z mojej książki wspomnianej na wstępie.

Kazik z antkiem wynajmowali duży bejsment i przemieszkałem w tam z nimi ponad dwa lata. Miałem być w USA tylko trzy miesiące, ale dołapała mnie zakaźna żółtaczka i wylądowałem w szpitalu, za który, ponieważ nie byłem ubezpieczony – musiałem zapłacić grubo ponad dwa tysiące dolarów i prawie dwa lata tyrałem na spłatę długu zaciągniętego na koszty leczenia szpitalnego.

Bardzo się zżyłem z Antkiem i Kazikiem.

Aż nadeszła wiosna 1969 roku. Wreszcie mogłem powrócić do Polski, gdyż spłaciłem dług za szpital i jeszcze mi nieco zostało na dokończenie studiów w Polsce. Nie mogłem się doczekać powrotu do ojczystego kraju.

Tuż przed moim wyjazdem do ojczyzny Antek dostał wymarzoną zgodę na stały pobyt w Stanach Zjednoczonych. Oblaliśmy to uroczyście. Niestety po kilkunastu dniach Antka wcielono do wojska i wysłano na front do Wietnamu, skąd wrócił po trzech tygodniach w metalowej trumnie, z małą dziurką po kuli w okolicy skroni.

Nie dziwicie się tedy chyba, że wyjeżdżałem z Ameryki bez większego żalu. Wracałem tym samym transatlantykiem BATORY, a za moimi plecami, z każdą milą morską ciszej, dobiegał moich uszu antywojenny protest song Johna Lennona

                                                     ALL WE ARE SAYING IS GIVE PEACE A CHANCE!

                                                (  https://www.youtube.com/watch?v=C3_0GqPvr4U   )

Ponieważ historia lubi się powtarzać - obejrzyjcie Państwo ten wideoklip do samego końca, a zrozumiecie czemu - ilekroć słyszę Donalda Trumpa mówiącego o pokoju na świecie i wykrzykującego, że jego Ameryka to najwspanialsze mocarstwo na świecie – ogarnia mnie pusty śmiech.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Post Scriptum

Tu, na Salonie24, dyskusja została ograniczona wyłącznie do hejterskich i wulgarnych komentarzy zgorzkniałych autorów o poglądach prawicowych, które to komentarze nadawały się tylko do skasowania.

Ale notkę tę opublikowałem także na FaceBooku, gdzie można przeczytać komentarze poważne i merytoryczne - vide: 

                   https://www.facebook.com/photo?fbid=26194544780137779&set=a.608649822487293   

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik,

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (11)

Inne tematy w dziale Polityka