Wczoraj znowu doświadczyłem korzyści jakie dają gadżety, którymi jesteśmy od pewnego czasu obwieszeni. Te wszystkie iphony, tablety, smarfony, ipady czy błyskające na niebiesko jakieś bluetoothy w uchu. Niektórzy uważają, że korzystanie z tego to uzależnienie, jednak do wiadomości nie chcą przyjąć faktu, że nigdy wcześniej człowiek nie dysponował podobnym narzędziem i gdyby dziś chciał wykonać to wszystko co wykonać może na iPadzie to musiałby podróżować z przyczepką załadowaną niezbędnym sprzętem. Bo cóż my mamy w takim skromnym iPadzie ? mamy e - booka i czytamy sobie książkę, czasem ulegając iluzji bo nawet kartki przewracają się - można powiedzieć - klasycznie. Za chwilę włączamy tivi - playera i oglądamy film z braćmi Mroczek. Ale to nie wszystko, bo oto przełączmy sobie na radio internetowe i możemy słuchać balsamicznego głosu red. Paradowskiej, który ma taki cudowny wpływ na mężczyzn w okresie andropauzy. To nie wszystko, możemy zrobić przelew bankowy, możemy sprawdzić stan konta, kupić bilet lotniczy a kartę pokładową okazać na lotnisku posiłkując się ekranem iPada, bez konieczności drukowania. W Anglii można kupić online bilety na pociągi i autobusy, również niczego nie musimy drukować, bilet wyświetlamy na ekranie smartfona i okazujemy konduktorowi lub kierowcy. To jeszcze nie wszystko, możemy zrobić zdjęcie i nagrać film, możemy również użyć iPada jako dyktafonu. A za chwilę przerabiamy naszego iPada na telefon i dzwonimy do domu informując żonę, że pora już nastawiać kartofle i brać się za smażenie kotletów. Oczywiście możemy również wejść na stronę www.gazeta.pl i poczytać jakież to mądre myśli ma nam do przekazania red. Michnik, ale to rzadko. Jeśli odwiedzi nas wnuczka włączamy jej na iPadzie pianino i dziecko sobie gra, a jak sie znudzi to na tym samym iPadzie puszczamy dziecku ruskie bajki z youtubka. To jeszcze nie wszystko, możemy zrobić z naszego iPada maszynę do pisania firmy " Remington " Wystarczy kupić za dwa dolary, oferowany przez Toma Hanksa, software i maszynę do pisania mamy jak żywą. Z ruchomą karetką, klawiszami i papierem wywijającym się z wałka. Hałas jak przy poslugiwaniu się prawdziwym " Remingtonem " Oczywiście połączenie z drukarką przez bluetootha. Będąc na urlopie, po dotknięciu ikonki " Home security " możemy sprawdzić na kamerkach CCTV któż to się akurat włamuje do naszego domu. To jeszcze nie wszystkie zastosowania iPada. Może jeszcze robić za nawigację a w górach pokazuje wysokość na jaką udało nam sie wdrapać. Oczywiście jeśli w górach poczujemy się źle to po przyłożeniu palca do ikonki ECG, możemy zrobić sobie elektrokardiogram. Do pełni szczęscia brakuje tylko możliwości samodzielnego założenia bypasów przy pomocy iPada i nożyc do drobiu. Może w następnej wersji iPada ? Wczoraj sprawdził się jako doskonały tłumacz. Mam obecnie zmienione godziny pracy, więc przerwa na lunch trwa prawie 4 godziny. Pojechałem zatem do domu sprawdzić co też do zaoferowania ma kuchenka mikrofalowa. Oferowała doskonałe włoskie pierożki z parmezanem, wyprodukowane w Sterling pod Glasgow. No i cóż w tym złego ? Jeśli ma się wyobraźnię i pieniadze na Ballantinesa to i pod Glasgow można zobaczyć Toskanię. Po lunchu wróciłem do pracy via największy hub komunikacyjny w mieśce. Kiedy czekałem na swoj autobus zauważyłem, że inspektor usiłuje ze wszystkich sił pomóc jakiejś ślicznej dziewczynie odnaleźć się w przestrzeni. Bo czas jak zauważyłem nie miał dla niej znaczenia. Z taką urodą, z taką " egipską " śniadą cerą ? Była naprawdę śliczna w tej charakterystycznie rozkloszowanej spódnicy. Zaczął standardowo, tak jak go szkolono :
- Skąd jesteś ?
- Dokąd jedziesz ?
- Czy mówisz po angielsku ?
Dziewczyna uśmiechała się lekko zawstydzona i jakoś tak bezradnie kuliła się w ramionach. Nie rozumiała ni w ząb. Inspektor nie kapitulował.
Potem poleciał :
- French ? German ? Spanish ? wszystko na nic
... i dalej
- Arabia, Pakistan, Bangladesz, India, zaczął wymieniać wszystkie dawne brytyjskie kolonie i wszystko czego nauczył sie na lekcjach geografii. Daremnie. U mnie już byś inspektorze oblał egzamin z etnografii. To na pewno nie jest spódnica z Cejlonu. Cóż za nieznajomość strojów obywateli nowej Unii. Na nic patrzenie w oczy, by zyskać zaufanie, na nic mówienie spokojnym jednostajnym głosem, by nie wywoływać agresji.
Na nic body language, te wszystkie sztuczki ze szkolenia do niczego nam nie są potrzebne inspektorze. Bo oto mamy sytuacje jak w restauracji w Budapeszcie : pokazujemy kelnerowi palcem danie z karty i nie mamy pewności czy zjemy gulasz w kociołku czy może przy stoliku pojawi sie Cygan i zagra nam siarczystego czardasza doliczonego do siarczystego rachunku. Nic nie kumamy. Wtedy przypomniałem sobie, że przechowuje w mózgu, w zasobach pamięci zbędnej, bardzo konkretne i potrzebne dwa węgierskie słowa
- Hova mentek ?
Zapamiętałem z czasów autostopowych peregrynacji po Nizinie Panońskiej w 1977 roku. Kołaczą się tam gdzie jeszcze w głowie do niczego nie potrzebne :
Nem ertem - nie rozumiem, nem tudom - nie wiem, czy zapamiętane z pociągu Tiloz a dohanyzas - palenie wzbronione. Pamiętam jeszcze 4 wersy świńskiego wierszyka, którego nauczyli mnie kumple z Szolnok, podobno można na ten wierszyk wyrwać laskę, ale też i dostać w mordę, bowiem wierszyk mówi o posapującym, jurnym pociągu z dworca w Szombathely. Wszystkie te słowa do niczego nigdy mi się nie przydały, ale to Hova mentek ? dokąd jedziesz ? czemu nie. Zapytałem więc
- Hova mentek ?
... i dziewczyna się rozpromieniła, uśmiechnęła się szeroko. Byliśmy w domu.
Ech ! gdybym ja znał węgierski to mógłbym nawet w Pradze wyrwać laskę nebeską.
Pytam dalej
- Magyar ?
- Romania - odpowiedziała dziewczyna.
Później okazało się, że jest z Siedmiogrodu, więc ten węgierski był właściwym wyborem. Po rumuńsku to ja znam tylko słowo " dupa " - później.
- Hova mentek ? ale co dalej, przecież nie powiem jej wierszyka o pociągu z Szombathely, bo mnie strzeli w pysk. Wówczas przypomniałem sobie o iPadzie i o translatorze. Jak przystało na cyborga, nacisnąłem guzik na brzuchu i miałem po 20 sekundach neta. Napisałem w translatorze po rumuńsku :
- Unde te duci - dokąd jedziesz ? ... i podałem dziewczynie.
- Pentru acasa - do domu - odpisała dziewczyna o śniadej cerze.
- Unde locuiesti - gdzie mieszkasz ? - leciałem dalej jak stary Rumun
- Cu mama - odpisała dziewczyna - z mamusią ? ale gdzie do cholery ? ładna ale niezbyt bystra była ta dziewczyna o wyglądzie egipskiej arystokratki z " Faraona "
Napisałem jeszcze raz
- Unde te duci
Dziewczyna odpisała
- Nu stiu - nie wiem - poczym napisała dalej
- acuma vine mama si luam autobuzi si plecam - co tłumacz przełożył na :
- teraz jest matka i wsiąść do autobusu i iść
Zrozumiałem, że jedzie po nią matka i zabierze do domu. Napisałem więc
- care autobuz - który autobus ?
Tymczasem inspektor zdawał sie odzyskiwać rezon. Zorientował się, że może odbyć szkolenie z nowych technik komunikacyjnych. Sytuacja praktycznie nierozwiązywalna, jak mawiał polski językoznawca, laureat Nagrody Nobla dr Lech Wałęsa :
- Ani be, ani me ani kukuryku. Trzy osoby mówiące językami niespokrewnionymi, wychowane w różnych kulturach a porozumiewają się przy pomocy tego niezwykłego czarnego pudełeczka wielkości zeszytu.
- Pisz, pisz, pisz - inspektor zaczął ponaglać dziewczynę. Zapominając, że ona nic nie rozumie.
- 571 - odpisała dziewczyna. Podałem inspektorowi iPada
- Stand N - powiedział krótko i korzystając z body language dał znak dziewczynie by poszła za nim. Udało się dzięki temu niezwykłemu urządzeniu.
A pierwsza dama powiada, że emigracja to ogromna szansa. Na pewno tak, tylko ludzie czasem nie mogą odnaleźć drogi do domu, mimo że nic nie pili. Emigracja to spory stres na początku, a przecież ja nie mogę ze swoim iPadem być wszędzie, bo większość czasu spędzam na skupie złomu metali kolorowych.
1902
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (98)