Nocny atak na ukraińską infrastrukturę energetyczną ostatecznie zakończył nadzieje na „cichy rozejm”, o którym mówiono jeszcze jesienią 2025 roku. Kreml odrzucił możliwość zamrożenia działań wojskowych na czas negocjacji i próbuje zmusić Kijów do rozmów z pozycji ofiary, a nie równorzędnego partnera. To już nie jest jedynie walka na froncie, tylko cyniczna taktyka, w której zakładnikami są miliony cywilów przy dwudziestostopniowym mrozie.
Wizyta Sekretarza Generalnego NATO w takich okolicznościach nabiera kompletnie innego znaczenia. Mimo, że oficjalne komunikaty są pełne otuchy, Rutte przyjechał z innym przekazem: zasoby Zachodu nie są bez dna i wystrzeliwanie rakiet za miliony dolarów, by strącać tanie drony, przestało być ekonomicznie możliwe. Darmowa pomoc się kończy, a parasol ochronny w 2026 roku będzie warunkowany gotowością do ustępstw. Marzenia o pełnym zwycięstwie zderzają się zatem z twardą rzeczywistością.
Ukraina znajduje się więc w potrzasku. Z jednej strony atakuje ją Rosja, z drugiej - naciskają sojusznicy, którzy liczą pieniądze. Administracja Donalda Trumpa w USA również coraz głośniej mówi o konieczności zakończenia konfliktu. Zachód, mimo iż wciąż jest solidarny, jest już zmęczony wojną i próbuje wyjść z konfliktu z twarzą, oferując gwarancję wejścia Ukrainy do UE i fundusze na odbudowę, nawet jeśli Ukraina miałaby zapłacić za pokój utratą części terytorium.
Najbliższy czas okaże się decydujący. Pytanie nie brzmi już czy rozmowy pokojowe się odbędą, ale kiedy, na jakich warunkach i za jaką cenę. Ostatni tydzień pokazuje, że dyplomacja w czasie wojny nie toczy się jedynie w gabinetach, ale w ciemnych, zimnych mieszkaniach i w ciągłym zagrożeniu spadających rakiet. Być może to właśnie w ostatnich dniach, przy dźwięku syren alarmowych, zapadły decyzje, które zdefiniują kształt Europy Wschodniej na kolejne dekady. Może się jednak okazać, że nie jest to przyszłość, jakiej Ukraina chce i o jaką walczy od niespełna czterech lat.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)