Prolog
Niedawno media poinformowały, że Dawid Kacprzyk, 28 lekarz bez specjalizacji a przy okazji radny Ursusa z ramienia Koalicji Obywatelskiej, zarobił w ciągu roku 1,6 mln złotych. Zarobił na dyżurach, średnio po 11 godzin dziennie (w świątek, piątek i niedzielę) oraz na realizacji szkoleń z zakresu ANESTEZJOLOGII i intensywnej terapii. Czyli nasz zaradny radny bez specjalizacji wyciągnął od nas (od państwa, od nas wszystkich) ponad 400 tys. USD, czyli tyle ile zarabia dobry lekarz specjalista z doświadczeniem w USA. I jak tu nie być "uśmiechniętym radnym"?
Jak jest możliwe by lekarz bez specjalizacji udzielał szkoleń z dziedziny wymagającej specjalizacji oraz bogatego doświadczenia - nie pytajcie państwo, widocznie radni Ursusa mają takie kompetencje i nikt nie widział w tym nic dziwnego. Nie pytajcie też państwo dlatego, że to nie jest tylko problem tego pojedynczego lekarza - politycznego działacza.
Poznajmy nienasyconego Molocha, główną postać dramatu - akt pierwszy
Cała ta sprawa to kwintesencja patologii polskiej Służby Zdrowia. Przyjrzyjmy się kilku liczbom. W 2015 roku wydatki publiczne polskiego państwa na służbę zdrowia wynosiły blisko 80 mld zł (w tym budżet NFZ na poziomie ok. 67,5 mld zł + dotacje z budżetu państwa). Plan wydatków publicznych na Służbę Zdrowia w roku 2026 to już blisko 250 mld złotych (NFZ 217 mld + 30 mld dotacji ze skarbu państwa). Te ogromne wydatki i tak nie zaspokoją potrzeb naszego Molocha bo - jak donoszą media - w 2026 roku dziura w "systemie" może wynieść około 25 mld zł. No ale przecież zdrowie jest najważniejsze, więc wróćmy do opisu efektów tych wydatków.
W ciągu 10 latach mamy zatem potrojone wydatki "na zdrowie". Idą na to zdrowie GÓÓÓRY pieniędzy. Pacjenci - wobec tego MUSZĄ widzieć zmiany na lepsze - ktoś by mógł pomyśleć, bo nie ma innej możliwości. Tymczasem, jak mówią raporty NFZ, kolejki do specjalistów w Polsce NIE ZMNIEJSZAJĄ SIĘ! Średni czas oczekiwania pacjenta na specjalistę w polskim "systemie" to ponad 4 miesiące, jednak najbardziej oblegane specjalizacje odnotowują średnie czasy oczekiwania przekraczające nawet rok. Z raportu (WHC Fundacji Watch Health Care Barometru WHC) wynika, że najdłużej czeka się na wizytę u angiologa – średnio 13,9 miesiąca, u endokrynologa – 12,1 miesiąca, a u chirurga naczyniowego – 11,6 miesiąca. Dochodzi nawet do tragikomicznych sytuacji gdy pacjent ze skierowaniem na badania "na cito" musi czekać kilka tygodni albo nawet kilka miesięcy. Chociaż tu niezbędne jest jednak pewne uściślenie. Nie wszyscy - oczywiście - muszą czekać w tych kolejkach. Na przykład pan senator T. Lenz (senator z PO), jako przedstawiciel władzy "trochę" jednak odpowiedzialny za długość tych kolejek, był w stanie "przeskoczyć" oczekujących i załatwić swojemu synowi zabieg chirurgiczny bez kolejki. Ale to tylko taka krótka dygresja, mająca zilustrować, że z naszym Molochem nie jest tak źle...
W sumie, tak jak kiedyś rzecznik prasowy rządu z czasów PRL, J. Urban ogłosił społeczeństwu, że : "rząd się sam wyżywi" tak dzisiaj prezydent D. Tusk, słowami rzecznika prasowego A. Szłapki może ogłosić, że "rząd się wyleczy bez stania w kolejkach". Pomogą w tym były senator T. Grodzki i "młoda, świeża zmiana" w postaci naszego bohatera (to znaczy bohatera wyborców Ursynowa) doktora Dawida Kacprzyka i wielu innych lekarzy, w tym leczących bez kolejki syna senatora Lenza.
Jak widzimy nasi specjaliści od budowy i działania "systemu zdrowia" są tak zdolni, że potrafią przerobić nawet te góry miliardów tak by pacjenci zmian nie zauważyli.
Dodajmy do tego ponurego pejzażu jeszcze jeden ważny element. W ciągu ostatnich lat zauważano w Polsce bardzo niepokojący trend, który może w przyszłości wpłynąć jeszcze bardziej na stan zdrowia Polaków a tym samym na wymagania finansowe naszego Molocha. Chodzi o problem nadwagi polskiej młodzieży. Z badań wynika, że polskie dzieci tyją najszybciej w Europie i proces ten pogłębia się z roku na rok. Z danych MZ wynika, że obecnie ponad 20% uczniów ma zbyt wysoką wagę ciała podczas gdy w latach 70-80 ubiegłego wieku dotyczyło to mniej niż 10% dzieci. Oczywiście zgodnie z logiką "systemu" to nie jest żaden problem. System przecież nie zarabia na tym że jesteśmy zdrowi ale na tym, że chorujemy, a najbardziej na chorobach przewlekłych, jakie otyłość gwarantuje na 100%. W związku z tym nie jest w interesie "systemu" podejmowanie jakichkolwiek działań ograniczających ten proces. Profilaktyka? Ale po co? W przyszłości otyłym dorosłym system zaproponuje operacje bariatryczne. Koszt? Dzisiaj to 20-30 tys. zł. Operacja jest w pełni finansowana przez NFZ - więc nie opowiadajcie o żadnej profilaktyce. Nasz Moloch nie żywi się jakimiś profilaktycznymi ochłapami.
Tak samo zresztą jest z profilaktyką chorób serca, nowotworów, cukrzycy - chorób które często są powikłaniami otyłości. Nasz "system" jest postawiony na głowie: zarabia na przewlekle chorych, ciężko chorych pacjentach więc "sam z siebie" niczego nie będzie zmieniał! System, ustami doktora Kacprzyka i jego politycznych i korporacyjnych patronów, mówi nam wyraźnie: Drodzy pacjenci, nie macie nic do gadania. Macie siedzieć cicho w kolejkach, płacić grzecznie składki zdrowotne byśmy mogli "godnie" zarobić nasze miliony, nie marudzić i być wdzięcznymi (wyrazy wdzięczności mile widziane). A jak się czas oczekiwania nie podoba - zapraszamy na prywatną usługę.
No bo co macie państwo do gadania? Wymagacie od polityków by zwiększyli liczbę studentów przyjmowanych na studia medyczne? Czy politycy coś robią w tej sprawie? Czy politycy wyciągają konsekwencje wobec Izby Lekarskiej ograniczającej zatrudnianie lekarzy z zagranicy? A może politycy wyciągają konsekwencje wobec lekarzy zaniżających zapotrzebowanie na lekarzy odbywających specjalizacje w szpitalach by ograniczyć konkurencję i tym samym zwiększać swoje dochody? Limity szkoleń specjalistów określa Ministerstwo Zdrowia (lekarze) na podstawie danych zbieranych ze szpitali w poszczególnych województwach (dane od lekarzy). Ktoś jeszcze nie rozumie dlaczego mamy odwieczne kolejki do "specjalistów"? Jeśli ktoś nie rozumie to informuję że: to jest w interesie "specjalistów", żeby nie było ich za wielu i nie psuli sobie interesu. Pacjent jest od płacenia i grzecznego czekania w kolejce (usług publicznych i prywatnych).
Epilog
Chciałoby się powiedzieć coś pozytywnego w zakończeniu tego dramatu. Chciałoby się powiedzieć, że to problem tej jednej orientacji politycznej, tego jednego rządu...ale niestety tak nie jest. Receptą na naprawę systemu większości polityków (nie jestem w stanie podać przykładu polityka, który mówiłby coś innego), bardzo często właśnie "polityków -lekarzy" wydelegowanych na ten "odcinek pracy partyjnej", prawie wszystkich orientacji politycznych, jest: "zwiększyć nakłady na służbę zdrowia" albo "niezbędne jest zwiększenie finansowania zdrowia do 9 proc. PKB". Co się później dzieje z tymi pieniędzmi widzimy od lat a jedyna zmiana w "systemie" jaką możemy zauważyć to wzrost płac personelu medycznego do kwot po prostu patologicznych.
Problemem głównym jest właśnie przyjęcie tego założenia, że większe pieniądze w tym "systemie" coś zmienią. Tymczasem dane, jakie co dwa lata przedstawiane są w raporcie OECD "Health at a Glance" dowodzą czegoś całkowicie innego. Najwyraźniej widać to na przykładzie USA (str. 157 tego raportu), gdzie nakłady na służbę zdrowia są najwyższe na świecie i wynoszą blisko 15 tys. USD na głowę obywatela USA rocznie a średnia życia wynosi jedynie 79,5 roku i mimo wzrostu nakładów w ostatnich latach właściwie się nie zmienia (łączne wydatki na zdrowie w USA to już ponad 5 bln USD). Mówię o tej długości życia "jedynie" ponieważ w takich krajach jak: Japonia (średnia długość życia to ponad 85 lat), Włochy, Hiszpania (ponad 84 lata) wydatki na zdrowie plasują się w przedziale 5-6 tys. USD (są to społeczeństwa starzejące się"). A w takich państwach jak Korea Płd. i Izrael średnia życia wynosi około 84 lat a wydatki "na głowę" to około 4,5 tys. USD (dane z 2024 roku). Przykład Korei i Izraela jest dla Polski szczególnie ciekawy ponieważ wydatki w tych państwach były niemal takie same jak...w Polsce (blisko 4,3 tys. USD) tyle że przewidywana długość życia w Polsce wynosi ponad 5 lat mniej (78,6 lat).
Jeśli zatem coś pozytywnego można powiedzieć na zakończenie tego "dramatu" to wyrazić nadzieję, że niewiele ponad rok przed wyborami, te proste fakty o tym, że możemy być zdrowi tak jak w Korei i Izraelu za pieniądze które JUŻ TERAZ WYDAJEMY na zdrowie trafią do wyborców, pacjentów i polityków, którzy będą chcieli ten "system - Moloch" zmienić.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)