Roman Giertych ma jedną cechę, której odmówić mu nie sposób.
Potrafi wracać.
I to w takich rolach, że człowiek zaczyna podejrzewać, iż polska polityka nie jest linią czasu, tylko karuzelą.
W maju 2006 roku Roman Giertych został wicepremierem i ministrem edukacji narodowej w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Po zmianie premiera pozostał na tych stanowiskach w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Był liderem Ligi Polskich Rodzin — jednego z trzech ugrupowań koalicji PiS–Samoobrona–LPR.
Z tamtego okresu zostały „Zero tolerancji”, szkolne mundurki, amnestia maturalna i nazwisko ministra, którego trudno było pomylić z politykiem liberalnego centrum.
Minęło kilkanaście lat.
Zmieniła się partia. Zmienił się obóz. Zmienił się przeciwnik.
Roman Giertych wrócił do Sejmu z listy Koalicji Obywatelskiej. W czerwcu 2025 roku "wstąpił do Platformy Obywatelskiej" (https://tvn24.pl/polska/roman-giertych-wstepuje-do-platformy-obywatelskiej-postanowilem-dac-przyklad-st8497053), a 12 marca 2026 roku został ponownie "wiceprzewodniczącym klubu parlamentarnego KO" (https://www.pap.pl/aktualnosci/giertych-nowym-wiceprzewodniczacym-klubu-ko-leszczyna-dolacza-do-kolegium-klubu).
Koło wykonało pełny obrót.
Człowiek, który siedział przy stole rządu Jarosława Kaczyńskiego, dziś jest jednym z najbardziej widowiskowych politycznych oskarżycieli Prawa i Sprawiedliwości.
Ułan rozliczeń
18 stycznia 2024 roku Koalicja Obywatelska "ogłosiła powstanie Zespołu ds. Rozliczeń" (https://tvn24.pl/polska/koalicja-obywatelska-oglasza-powstanie-zespolu-do-spraw-rozliczen-roman-giertych-wszyscy-winni-zostana-ukarani-st7729936). Koordynatorem został Roman Giertych.
Zapowiedzi były konkretne.
Winni przestępstw mieli zostać złapani i ukarani. Pieniądze miały wrócić do budżetu państwa. Na stole znalazły się między innymi Fundusz Sprawiedliwości, NCBiR, respiratory, media publiczne i działania wymiaru sprawiedliwości.
Brzmiało to jak początek wielkiej ofensywy.
I trzeba przyznać: medialnie ofensywa ruszyła.
Konferencje. Wpisy w mediach społecznościowych. Zapowiedzi zawiadomień. Nazwiska. Kwoty. Oskarżenia. Kolejne tropy.
Roman Giertych odnalazł polityczną rolę skrojoną niemal idealnie pod własny temperament.
Szeryf.
Prokurator.
Ułan rozliczeń.
Problem pojawił się wtedy, gdy ktoś zamiast oglądać galop, poprosił o dokumentację stajni.
Watchdog mówi: sprawdzam
W październiku 2024 roku Sieć Obywatelska Watchdog Polska "opublikowała wyniki kontroli obejmującej pierwsze miesiące działalności zespołu" (https://siecobywatelska.pl/zespol-do-spraw-rozliczen/).
Pytania nie były szczególnie egzotyczne.
Kto należy do zespołu? Kiedy odbywały się posiedzenia? Czy sporządzano protokoły? Jakie zawiadomienia skierowano do prokuratury? Jakie były efekty pracy?
Klub KO przekazał listę członków, tabelę z dziewięcioma pozycjami dotyczącymi spotkań, dwa protokoły oraz zestawienie części zawiadomień, interwencji i interpelacji.
Odpowiedź samego Romana Giertycha była jednak inna.
Przewodniczący wyjaśnił, że ponieważ zespół nie dysponuje budżetem, nikt nie prowadzi protokołów, listy spotkań, notatek ani podsumowań działań. Dodał, że osobiście „nie ma czasu na prowadzenie takiej dokumentacji”.
Zespół miał złożyć kilkadziesiąt zawiadomień, lecz ich pełna lista — według Giertycha — nie była dostępna, ponieważ poszczególni członkowie składali je również w swoich okręgach.
Po informacje przewodniczący odesłał Watchdoga do mediów.
I tutaj zatrzymujemy konia.
Bo nie twierdzimy, że zespół niczego nie robił. Przekazane Watchdogowi zestawienia pokazują spotkania, interpelacje, interwencje i zawiadomienia.
Problem leży gdzie indziej.
Klub KO przedstawia część dokumentacji, a przewodniczący odpowiada, że dokumentacji się nie prowadzi. Ciało powołane do rozliczania cudzych decyzji nie potrafi spójnie wyjaśnić, jak dokumentuje własne działania.
Rozliczamy cudze papiery.
Własnych nie porządkujemy, bo nie ma budżetu i czasu.
To już nie jest żart publicystyczny.
To sens odpowiedzi przewodniczącego zespołu.
Zespołu partyjnego nie można oczywiście rozliczać z liczby prawomocnych wyroków. Nie jest prokuraturą, sądem ani organem śledczym.
Można go jednak rozliczać z jakości zawiadomień, porządku dokumentacji i możliwości prześledzenia, co rzeczywiście zrobił oraz co później stało się z przekazanymi sprawami.
Jeżeli powołujemy ciało, którego głównym zadaniem ma być rozliczanie państwa z dokumentów, decyzji, pieniędzy i odpowiedzialności, to oczekiwanie uporządkowanej dokumentacji jego własnej działalności nie jest przesadą.
Jest absolutnym minimum.
Tomasz Mraz — sukces zespołu czy gotowy ładunek?
Jednym z najbardziej widowiskowych momentów działalności zespołu było wystąpienie Tomasza Mraza, byłego dyrektora Departamentu Funduszu Sprawiedliwości.
Mraz opowiadał o sposobie przyznawania środków, konkursach i politycznym mechanizmie funkcjonowania Funduszu.
Materiał był potężny.
Tyle że warto ustawić chronologię.
Prokuratura Krajowa informowała, że Tomasz M. już od lutego 2024 roku został kilkadziesiąt razy przesłuchany w charakterze podejrzanego i złożył obszerne wyjaśnienia. Na ich podstawie przedstawiano zarzuty kolejnym osobom i przeprowadzano przeszukania. Sądy oceniające wnioski aresztowe uznały, że na tamtym etapie jego wyjaśnienia mogły zostać potraktowane jako wiarygodny materiał dowodowy. "Informowała o tym PAP" (https://www.pap.pl/aktualnosci/pk-byly-dyrektor-w-funduszu-sprawiedliwosci-tomasz-m-podejrzanym-w-sledztwie-dot-tego-0).
Mraz dysponował również własnymi nagraniami rozmów z ludźmi kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości. Według doniesień medialnych chodziło o około 50 godzin materiału.
Czyli koń przyjechał na posiedzenie Giertycha już z siodłem, uprzężą i workiem materiałów.
Zespół dał mu scenę.
To nie to samo co zdobycie materiału dowodowego.
I tego rozróżnienia warto pilnować, bo w polityce konferencja prasowa bardzo łatwo zaczyna udawać czynność procesową.
A to prokuratura, sąd i materiał dowodowy — nie liczba wyświetleń wpisu na X — decydują o odpowiedzialności karnej.
Getin i „Foka”. Tutaj papierów akurat nie brakuje
W marcu 2026 roku Wirtualna Polska i Money.pl opublikowały materiał dotyczący współpracy kancelarii Romana Giertycha z Getin Noble Bankiem i sporów banku z frankowiczami.
To nie był wpis anonimowego użytkownika w mediach społecznościowych.
Dziennikarze oparli materiał między innymi na umowach, rozliczeniach, aktach sprawy i korespondencji procesowej. "Pełna publikacja zawiera również odpowiedzi Giertycha i Sebastiana J." (https://www.money.pl/biznes/pomocnik-ktory-przeszkadzal-czlowiek-giertycha-opoznial-proces-frankowiczow-kancelaria-posla-zarabiala-miliony-7265632342038848a.html)
Według ustaleń redakcji kancelaria Giertycha otrzymała od Getin Noble Banku w latach 2014–2022 łącznie 8,7 miliona złotych brutto za obsługę spraw frankowych.
Umowy przewidywały stałe miesięczne wynagrodzenie oraz mechanizm premii uzależnionych nie tylko od wygrywania spraw, lecz także od tego, czy do określonych terminów wypłaty na rzecz frankowiczów nie przekroczą ustalonych kwot. Po przedłużeniu współpracy w 2019 roku mechanizm bonusowy miał obejmować pięć corocznych transz po 500 tysięcy złotych.
W tle pojawiło się nagranie rozmowy Leszka Czarneckiego z członkami zarządu banku z 2014 roku. Czarnecki relacjonował swoim rozmówcom, że Giertych miał zapewniać, iż przez co najmniej pięć lat nie zapadnie rozstrzygnięcie w pozwie grupowym.
I tutaj ważne zastrzeżenie.
Nie jest to nagranie wypowiedzi Romana Giertycha.
To nagrana relacja Leszka Czarneckiego o tym, co miał usłyszeć od Giertycha.
Różnica zasadnicza.
Na scenie pojawia się następnie Sebastian J., pseudonim „Foka” — wieloletni współpracownik Giertycha, związany również biznesowo z jego kancelarią.
W 2016 roku Sebastian J. przystąpił do procesu grupowego przeciwko Getin Noble Bankowi jako interwenient uboczny po stronie frankowiczów.
Według analizy akt dokonanej przez dziennikarzy składał liczne wnioski i zażalenia zawierające braki formalne: brak podpisu, brak opłaty lub konieczność kolejnego uzupełniania dokumentów. Akta krążyły między sądami, a proces przez lata nie mógł przejść do rozpoznania merytorycznego.
Sytuacja była osobliwa.
Giertych reprezentował bank.
Jego wieloletni współpracownik formalnie występował po stronie klientów bank pozywających.
A działania obu stron — niezależnie od deklarowanych intencji — oznaczały kolejne miesiące i lata bez rozstrzygnięcia.
Roman Giertych odpowiedział dziennikarzom, że rzeczywiście reprezentował Getin Noble Bank, ale zakwestionował podaną przez nich wysokość wynagrodzenia. Wyjaśniał, że faktury obejmowały wieloletnią pracę wielu prawników.
Zaprzeczył również, aby konsultował z Sebastianem J. jego przystąpienie do procesu albo kierował jego działaniami. Twierdził, że interwencja „Foki” nie przedłużyła postępowania, a przyczynami opóźnień były powolność sądów, błędy pozwu i działania procesowe samego banku.
Sebastian J. również zaprzeczył, aby świadomie opóźniał sprawę.
Nie ma wyroku ani zarzutu, który przypisywałby Romanowi Giertychowi kierowanie działaniami Sebastiana J. w procesie frankowiczów.
I właśnie dlatego nie piszemy, że udowodniono zmowę.
Nie udowodniono.
Pozostaje jednak udokumentowany mechanizm premiowy, wieloletnia relacja zawodowa, osobliwy układ procesowy oraz lista szczegółowych pytań, na których większość Giertych nie udzielił dziennikarzom odpowiedzi.
To nie jest akt oskarżenia.
To jest test wiarygodności człowieka, który każdego dnia domaga się od innych pełnej przejrzystości, dokumentów i natychmiastowych wyjaśnień.
„Dwie wieże”. I tu koń — przynajmniej na razie — wjechał w mur
Dobrym sprawdzianem różnicy między politycznym oskarżeniem a odpowiedzialnością karną stała się sprawa tzw. „dwóch wież”.
Roman Giertych reprezentuje austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera.
Sprawa była przez lata jednym z najgłośniejszych politycznych tematów związanych z Jarosławem Kaczyńskim i spółką Srebrna.
10 lutego 2025 roku "Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo" (https://www.gov.pl/web/po-warszawa/wszczecie-sledztwa-w-tzw-sprawie-dwoch-wiez). 10 czerwca 2026 roku Jarosław Kaczyński został przesłuchany w charakterze świadka.
A 25 czerwca 2026 roku "prokuratura umorzyła postępowanie" (https://www.gov.pl/web/po-warszawa/umorzenie-sledztwa-w-sprawie-dwoch-wiez) w trzech badanych wątkach wobec stwierdzenia, że czyny nie zawierały znamion przestępstwa.
Nie zrobił tego Ziobro.
Nie zrobiła tego prokuratura z czasów rządów PiS.
Stało się to za obecnej władzy.
Prokuratura opublikowała następnie "poszerzony komunikat przedstawiający podstawy umorzenia" (https://www.gov.pl/web/po-warszawa/podstawy-umorzenia-sledztwa-w-sprawie-dwoch-wiez). Według śledczych zgromadzony materiał nie potwierdził oszustwa ani łapownictwa gospodarczego, a spór dotyczący zapłaty za wykonane prace powinien być rozstrzygany na drodze cywilnej.
Decyzja nie była prawomocna. Giertych zapowiedział jej zaskarżenie i ma do tego pełne prawo.
Ale politycznie jest to moment bardzo niewygodny.
Bo przez lata można budować narrację, zapowiadać rozliczenia i przekonywać, że wystarczy tylko uwolnić prokuraturę od wpływów PiS.
A potem prokuratura bada sprawę i stwierdza brak znamion czynu zabronionego.
Nie oznacza to, że każdy spór cywilny znika.
Nie oznacza, że pełnomocnik traci prawo do zażalenia.
Oznacza tylko — i aż — że polityczna pewność winy nie zastąpiła dowodów wymaganych przez prawo karne.
I właśnie dlatego rozliczenia są trudniejsze niż konferencja prasowa.
A teraz śledztwo dotyczące nagrań z tej samej sprawy
Historia dopisała kolejny rozdział już po przygotowaniu pierwszej wersji tego tekstu.
11 sierpnia 2026 roku Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga "wszczęła śledztwo dotyczące publikacji nagrań z przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego" (https://www.gov.pl/web/po-warszawa-praga/wszczecie-sledztwa-ws-publikacji-nagran-ze-sprawy-tzw-dwoch-wiez).
Chodzi o materiały opublikowane 27 lipca i 3 sierpnia na YouTube oraz o linki zamieszczone w artykułach portalu Goniec.pl.
Według oficjalnego komunikatu zapis audio-wideo czynności procesowej rozpowszechniono bez zgody organu prowadzącego postępowanie. Śledztwo prowadzone jest w kierunku art. 241 §1 kodeksu karnego.
I teraz najważniejsze, żeby nie robić tego, co tak często robią polityczni szeryfowie.
Roman Giertych nie usłyszał w tej sprawie zarzutów. Śledztwo wszczęto w sprawie, a nie przeciwko niemu.
Kropka.
Ale jest dalszy ciąg.
Jeszcze po pierwszej publikacji nagrań Prokuratura Okręgowa w Warszawie informowała, że jedyną osobą, która wystąpiła o dostęp do całości akt, był jeden z pełnomocników pokrzywdzonego, wcześniej pouczony o odpowiedzialności wynikającej z art. 241 k.k.
Rzecznik prokuratury Piotr Antoni Skiba "powiedział następnie „Faktowi”" (https://www.fakt.pl/polityka/kaczynski-przesluchany-ws-dwoch-wiez-prokuratura-wszczyna-sledztwo-dot-nagran/z2qrpl1), że pełnomocnikiem tym był Roman Giertych.
Giertych zdecydowanie zaprzeczył, aby przekazał nagrania mediom. Odpowiedział, że dostęp do materiałów mieli również pracownicy prokuratury i to właśnie stamtąd — jego zdaniem — mogło pochodzić nagranie.
Jeszcze przed formalnym wszczęciem śledztwa Donald Tusk stwierdził, że Giertych nie jest „świętą krową” i jeśli złamał prawo, „jest out”. "Wypowiedź premiera odnotował TVN24" (https://tvn24.pl/polska/donald-tusk-o-konsekwencjach-dla-romana-giertycha-jesli-zlamal-prawo-jest-out-st9174642).
I dokładnie w tym miejscu robimy coś, czego u politycznych szeryfów często brakuje:
czekamy na dowody.
Nie wiemy, kto przekazał nagrania.
Nie wiemy, czy Roman Giertych miał z ich publikacją cokolwiek wspólnego.
Sam dostęp do akt nie jest dowodem rozpowszechnienia materiałów.
Od ustalenia źródła publikacji jest śledztwo.
Ale ironii tej sytuacji trudno nie zauważyć.
Człowiek, który zbudował swoją współczesną pozycję polityczną na tropieniu przecieków, afer, nadużyć i odpowiedzialności przeciwników, sam znalazł się nagle w centrum krajobrazu sprawy, w której prokuratura bada bezprawne rozpowszechnienie materiałów z postępowania.
Nie oskarżamy.
Patrzymy.
Dokładnie według standardu, którego od początku domagamy się w tej serii.
Bo gdy rozliczano Giertycha, standard musi być taki sam
Warto przypomnieć jeszcze jedną historię.
Polnord.
Roman Giertych sam znalazł się przed laty w centrum śledztwa i zarzutów dotyczących tej spółki.
Sądy nie zgadzały się na jego tymczasowe aresztowanie, wskazując, że zgromadzony materiał nie uprawdopodabniał w wymaganym stopniu popełnienia zarzucanych mu czynów. "Jedną z takich decyzji opisywał TVN24" (https://tvn24.pl/polska/roman-giertych-sad-oddalil-wniosek-sledczych-o-aresztowanie-mecenasa-st5692949).
W styczniu 2025 roku prokuratura umorzyła cztery wątki zarzutów dotyczących Giertycha. W jednym stwierdzono, że nie posiadał uprawnień, których nadużycie mu zarzucano. W pozostałych uznano, że opisane zachowania nie wyczerpywały znamion wskazanych przestępstw. "Szczegóły umorzenia opisał Onet" (https://wiadomosci.onet.pl/kraj/prokuratura-umorzyla-sledztwo-ws-giertycha-posel-ma-propozycje-dla-bodnara/283p7vf).
Umorzenie wątku dotyczącego Giertycha stało się prawomocne.
Nie oznaczało ono zakończenia całego postępowania dotyczącego Polnordu i innych podejrzanych.
I bardzo dobrze, że państwo zatrzymało się w miejscu, w którym materiał nie pozwalał przypisać Giertychowi przestępstwa.
Tak właśnie powinno działać prawo.
Tylko ten sam standard musi obowiązywać wszystkich.
Giertycha.
Kaczyńskiego.
Ziobrę.
Romanowskiego.
Morawieckiego.
Tuska.
Każdego.
Nie wystarczy konferencja.
Nie wystarczy polityk mówiący „wiemy”.
Nie wystarczy poseł piszący na X, kto kradł, kto należał do grupy przestępczej i kto powinien siedzieć.
Od tego istnieją dowody, zarzuty, akty oskarżenia i wyroki.
Roman Giertych powinien wiedzieć to lepiej niż większość posłów.
W końcu jest adwokatem.
Ogier czy osioł?
I tutaj wracamy do tytułu.
Bo jeśli oceniać Romana Giertycha po medialnym galopie, mamy rasowego ogiera.
Wytrzymałość imponująca.
Tempo wysokie.
Grzywa rozwiana.
X rozgrzany.
Kopyta walą.
Kurz stoi nad całą polską polityką.
Jeżeli jednak zaczynamy sprawdzać pochodzenie przedstawianych materiałów, jakość zawiadomień, dokumentację własnego zespołu, rozstrzygnięcia prokuratury i pytania dotyczące własnej działalności zawodowej — obraz staje się znacznie mniej jednoznaczny.
Nie twierdzimy, że rozliczeń nie ma.
Są.
Nie twierdzimy, że Fundusz Sprawiedliwości jest wydumaną historią.
Nie jest.
Nie twierdzimy, że każdy człowiek oskarżany przez Giertycha jest niewinny.
Od tego są sądy.
Twierdzimy tylko, że polityk nie staje się prokuratorem dlatego, że założył zespół, a konferencja prasowa nie staje się aktem oskarżenia dlatego, że dobrze wygląda w telewizji.
Im głośniej Roman Giertych żąda dokumentów, przejrzystości i odpowiedzialności od innych, tym dokładniej trzeba oglądać dokumenty, przejrzystość i odpowiedzialność po jego własnej stronie.
To nie zemsta.
To symetria standardów.
I właśnie tu kończy się widowisko, a zaczyna państwo prawa.
Kierunek: Italia?
Na koniec krótki polityczny epilog.
Przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku Roman Giertych przez znaczną część kampanii przebywał we Włoszech. Wystartował z ostatniego miejsca listy KO w województwie świętokrzyskim i zdobył mandat, choć — według ówczesnych relacji — "w czasie kampanii nie pojawił się w swoim okręgu" (https://wydarzenia.interia.pl/wybory/parlamentarne/news-najwiekszy-nieobecny-kampanii-wyborczej-w-okregu-nie-pojawil%2CnId%2C7085218).
Nie znaczy to, że ponownie dokądkolwiek wyjedzie.
To tylko biograficzny fakt i polityczny smaczek.
Jeżeli jednak obecna koalicja zacznie się kiedyś sypać, rozliczenia nie dostarczą oczekiwanych wyroków, a dzisiejsi sojusznicy zaczną szukać nowych pozycji, pozostanie jedno całkowicie otwarte pytanie:
Czy nasz ogier nadal będzie szarżował na Nowogrodzką?
Czy może pewnego dnia zobaczymy tylko kurz na drodze prowadzącej w stronę zachodzącego słońca?
Kierunek: Italia.
Nie przesądzamy.
Pytamy.
Bo z Romanem Giertychem nauczyliśmy się jednej rzeczy:
w polskiej polityce nigdy nie wiadomo, przy której stajni zastaniemy go następnym razem.


Komentarze
Pokaż komentarze