Zaczęło się od dwóch słów premiera: „zakute łby”. Miała być odpowiedź. Wyszło szesnaście odcinków sprawdzania dokumentów, obietnic, pieniędzy, ludzi i odpowiedzialności. I po tych kilku tygodniach problem nie polega już na tym, że narracja władzy zaczyna pękać. Problem polega na tym, że podobne pęknięcia widać po obu stronach politycznej sceny.
„Dotarło, zakute łby?”
Dotarło.
Tylko chyba niezupełnie to, co miało dotrzeć.
Bo ten cykl nie zaczął się od planu napisania szesnastu politycznych tekstów.
Zaczął się od prostego odruchu.
Skoro polityk mówi obywatelowi, co ma myśleć, obywatel ma prawo odpowiedzieć:
sprawdzam.
Nie partię.
Nie logo.
Nie sondaż.
Dokument.
Podpis.
Datę.
Kwotę.
I nazwisko człowieka, który później bardzo często okazuje się nie mieć z daną decyzją nic wspólnego.
Najpierw pękła narracja
W części drugiej napisałem:
narracja zaczyna pękać.
Wtedy były to jeszcze pojedyncze rysy.
Deklaracje o profesjonalizmie zderzały się z rzeczywistością.
Sukcesy wymagały przypisów.
Rozliczenia okazywały się mniej oczywiste, kiedy zamiast konferencji prasowej pojawiał się dokument.
Problemem Donalda Tuska coraz częściej nie była opozycja.
Problemem stawały się jego własne słowa.
To właśnie wtedy pojawiła się zasada, która później właściwie poprowadziła cały sezon:
nie pytaj, kto mówi. Sprawdź, czy to, co mówi, wytrzymuje spotkanie z papierami.
Potem zaczęliśmy liczyć rachunki
PKP Cargo.
CPK.
SAFE.
Polski przemysł.
Obrona powietrzna.
Europejskie projekty.
Wielkie słowa brzmiały dobrze.
„Bezpieczeństwo”.
„Rozwój”.
„Historyczne pieniądze”.
„Europa”.
Tylko że polityka nie jest konkursem na najładniejszą konferencję prasową.
Na końcu zawsze przychodzi rachunek.
I wtedy trzeba zadać pytanie prostsze od wszystkich prezentacji:
co z tego ma Polska?
Nie za dwadzieścia lat.
Nie w komunikacie.
Nie w politycznej narracji.
W fabryce.
W zamówieniach.
W technologii.
W podatkach.
W realnym wpływie na decyzje.
Bo można mieć poligon.
Można mieć rachunek.
Można nawet mieć premiera na wspólnym zdjęciu.
I nadal nie mieć ołówka przy stole, przy którym projektowana jest przyszłość.
Potem przyszli ludzie
I tutaj zrobiło się ciekawiej.
Bo kiedy odsunie się partyjne flagi, polska polityka zaczyna przypominać karuzelę.
Morawiecki.
Giertych.
Hołownia.
Sikorski.
Braun.
Kaczyński.
Tusk.
Jedni zmieniają stanowiska.
Drudzy zmieniają partie.
Trzeci zmieniają język.
Czwartych przez lata opisuje się jednym medialnym symbolem, aż w końcu ktoś zaczyna sprawdzać, co powiedzieli naprawdę.
Roman Giertych potrafił przejść drogę od wicepremiera w rządzie PiS do jednego z najbardziej aktywnych ludzi obozu rozliczającego PiS.
Mateusz Morawiecki potrafił być technokratą w otoczeniu Tuska, premierem u Kaczyńskiego i politykiem próbującym budować własną przyszłość.
Szymon Hołownia miał być nową jakością, dostał miliony głosów i jeden z najważniejszych foteli w państwie, a kilka lat później walczy o to, żeby jego ugrupowanie w ogóle zachowało polityczną podmiotowość.
I właśnie dlatego w tym cyklu nie chodziło o budowanie kolejnego pomnika.
Ani Tuskowi.
Ani Kaczyńskiemu.
Ani Braunowi.
Ani komukolwiek innemu.
Polityk nie jest od tego, żeby w niego wierzyć.
Polityk jest od tego, żeby go sprawdzać.
Potem znaleźliśmy paragon
Sto konkretów.
Sto dni.
Kwota wolna.
Paliwo.
Daty.
Liczby.
Obietnica polityczna ma jedną paskudną cechę.
Można ją nagrać.
Można ją zapisać.
Można ją później odtworzyć.
I nagle okazuje się, że wyborca posiada coś bardzo niewygodnego.
Paragon.
Towar można przepakować.
Można powiedzieć, że zmieniła się sytuacja.
Że koalicjant przeszkodził.
Że prezydent zawetował.
Że poprzednicy zostawili bałagan.
Że Unia.
Że wojna.
Że inflacja.
Czasem te argumenty są nawet prawdziwe.
Ale paragon nadal leży na stole.
A jeśli przed wyborami polityk mówił konkretną liczbę, konkretny termin i konkretną obietnicę, po wyborach nie może udawać, że sprzedawał jedynie ogólną wizję szczęśliwszej przyszłości.
Później nawet fakty zaczęły sprzątać po ministrach
To był chyba jeden z najbardziej charakterystycznych momentów sezonu.
Minister mówi.
Internet powtarza.
Telewizja dodaje pasek.
Partyjne profile robią grafikę.
A potem przychodzi dokument.
I dokument nie wie, że miał kibicować.
Nie zna koalicji.
Nie zna przekazu dnia.
Nie wie, że jedna liczba jest politycznie wygodniejsza od drugiej.
Dokument po prostu leży.
Data również.
Podpis również.
I dlatego coraz częściej w polskiej polityce największym przeciwnikiem polityka nie jest drugi polityk.
Jest nim archiwum.
A na końcu znaleźliśmy najwygodniejszy wynalazek III RP
Rozproszoną odpowiedzialność.
Tu minister.
Tam agencja.
Niżej operator.
Jeszcze niżej ekspert.
Dalej komisja.
Regulamin.
Procedura.
Kontrola.
Podpis.
Kontrasygnata.
I nagle dzieje się rzecz niezwykła.
Sukces ma twarz.
Porażka ma schemat organizacyjny.
Kiedy pojawiają się pieniądze — premier odblokował.
Kiedy przecina się wstęgę — minister załatwił.
Kiedy wynik wygląda dobrze — rząd dowiózł.
Ale kiedy pojawia się problem, człowiek zaczyna wędrować po strukturze państwa jak po instrukcji składania szafy.
Premier nie wybierał.
Minister nie oceniał.
Agencja miała procedury.
Operator miał ekspertów.
Eksperci mieli kryteria.
Beneficjent dostał zgodę.
Kontroler sprawdził papiery.
I właściwie wszyscy mogą powiedzieć:
to nie ja.
Najgorsze?
Część z nich może nawet mówić prawdę.
I wtedy każdy zaczął ratować siebie
Tak doszliśmy do części szesnastej.
Już nie tylko państwo rozkłada odpowiedzialność.
Politycy zaczynają rozkładać własne szalupy ratunkowe.
Jedni odcinają się od decyzji.
Drudzy odbudowują własne marki.
Trzeci sprawdzają, z kim będzie można stworzyć większość po następnych wyborach.
Czwarty zaczyna przypominać, że właściwie zawsze miał inne zdanie.
Koalicja nadal może głosować razem.
Partia nadal może mieć prezesa.
Rząd nadal może mieć premiera.
Ale kiedy każdy zaczyna liczyć własne mandaty, własne procenty i własną drogę ucieczki, wspólna opowieść przestaje być wspólnym interesem.
System nadal działa.
Tylko orkiestra coraz częściej patrzy na wyjście ewakuacyjne.
Szesnaście odcinków później
Nie udowodniliśmy, że wszyscy politycy są tacy sami.
Bo nie są.
Nie udowodniliśmy, że każda decyzja rządu jest zła.
Bo nie jest.
Nie udowodniliśmy spisku.
Nie znaleźliśmy tajnego pokoju, w którym Tusk, Kaczyński, Morawiecki, Giertych i pół Brukseli wspólnie ustalają, jak zrobić Polaków w konia.
I bardzo dobrze.
Bo gdyby taki dokument nie istniał, uczciwy tekst nie może udawać, że istnieje.
Znaleźliśmy coś znacznie bardziej banalnego.
I przez to być może groźniejszego.
System, w którym narracja jest szybsza od faktów.
Sukces jest osobisty, a odpowiedzialność zbiorowa.
Obietnica jest konkretna przed wyborami i warunkowa po wyborach.
Polityczny przeciwnik jest zdrajcą do chwili, w której może stać się koalicjantem.
A obywatel ma przede wszystkim wybrać drużynę i przestać zadawać niewygodne pytania.
Tylko że właśnie od tego zaczęły się „Zakute łby”.
Od odmowy wybrania drużyny.
Premier zapytał:
„Dotarło, zakute łby?”
Po szesnastu odcinkach mogę odpowiedzieć.
Dotarło.
Dotarło, że nie trzeba wierzyć Tuskowi.
Nie trzeba wierzyć Kaczyńskiemu.
Nie trzeba wierzyć Morawieckiemu.
Nie trzeba wierzyć Braunowi.
Nie trzeba wierzyć telewizji, ministrowi ani partyjnemu profilowi.
Trzeba sprawdzać.
Bo politycy zmieniają partie.
Koalicje zmieniają skład.
Narracje zmieniają się w jedną noc.
A dokument ma tę paskudną właściwość, że po kilku latach nadal pamięta datę.
Podpis nadal jest podpisem.
Kwota nadal jest kwotą.
A rachunek?
Rachunek zawsze trafia do obywatela.
Narracja zaczęła pękać w części drugiej.
Po szesnastu odcinkach nie pytam już, czy pęknie.
Pytam:
kto zapłaci, kiedy w końcu rozsypie się cała dekoracja?
Koniec sezonu pierwszego.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)