13 obserwujących
122 notki
98k odsłon
1748 odsłon

Co z tymi sądami?

Insygnia
Insygnia
Wykop Skomentuj86

Niewiele jest spraw, w których polska opinia publiczna byłaby w tak ogromnej części zgodna, jak w negatywnej ocenie sposobu działania polskiego sądownictwa. Przewlekłość postępowań, naruszająca prawo stron do rozpoznania ich sprawy bez zbędnej zwłoki, to kwestia, w której polskich sadów nie będzie chyba bronił nikt, z samymi sędziami włącznie. Gdyby ktoś próbował, nic  łatwiejszego jak zgasić go wskazaniem na orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, przed którym państwo polskie regularnie od kilkunastu lat zbiera z tego właśnie powodu baty. Przykładów niejednolitości orzecznictwa, pobłażliwego traktowania „równiejszych”, wydawania wyroków nie do końca zgodnych z prawem także nie brakuje.  Na bardzo konkretnie określone wady i choroby wymiaru sprawiedliwości wskazują od lat od czasu do czasu, najczęściej przy okazji ujawnienia kolejnej bulwersującej kwestii przeróżni znawcy tematyki prawnej. Na przykład Andrzej Rzepliński w 2004 roku na łamach Gazety Wyborczej mówił: „Sądy i sędziowie zbierają więcej ocen negatywnych niż pozytywnych w badaniach opinii publicznej. Media informują o wcale licznych – jak na profesję ludzi o nieskazitelnych charakterach – aferach korupcyjnych, pijanych sędziach w gmachach sądów i pijanych sędziach za kierownicą samochodów, sędziach – sprawcach przestępstw pospolitych. Co do części tych afer dotychczasowe mechanizmy ustawowe korekcyjne są bezradne wobec siły układu, wobec przejawów demonstrowanej publicznie mentalności oblężonej twierdzy najważniejszych struktur naszego sądownictwa”. Westchnąć by, że niestety, nie tylko la donna è mobile. I co? I nic. Aż do naszych dni, gdy występująca w wyborach pod sztandarem realnej przebudowy sądownictwa siła polityczna zdobyła większość parlamentarną, i jak ogłasza, czyni starania dla realizacji swoich obietnic. Przeciw sobie ma zjednoczoną siłę opozycji, która z nie mniejszym od przeciwnika zapałem broni stanu dotychczasowego.


Jak doszło do wypracowania aktualnego stanu polskiego sądownictwa, które przoduje dzisiaj w Europie pod względem wielkości środków wykładanych na jego utrzymanie i ilości sędziów w proporcji do liczby obywateli, a poza tym jeszcze tylko w długości oczekiwania na rozstrzygnięcie przez sąd sprawy? Kto za to odpowiada? Po trochu wszyscy. Reakcją na zdychający PRL była mania tworzenia w procedurach sądowych systemu, który miał umożliwiać udokumentowanie (a więc i skontrolowanie ex post) każdej, najdrobniejszej czynności. Jej efektem stała się struktura do paranoicznych rozmiarów zbiurokratyzowana, nad którą nie panuje nikt i nic, ale która skutecznie zabezpiecza sądowych czynowników od zarzutu niestaranności w postępowaniu. Drugą z reakcji  było wyniesienie do najwyższej rangi zasady niezawisłości sędziowskiej oraz powszechne promowanie zasady, że wyroków sądu się nie dyskutuje. Głęboko słusznie, tylko jak z tą niezawisłością poradzili sobie ludzie, przyzwyczajeni w swoim życiu zawodowym do czegoś przeciwnego – pełnej zawisłości od struktur politycznych, których zresztą prominentnymi członkami byli? Adam Strzębosz naiwnie obiecywał samooczyszczenie. Wyszło jak wyszło – odpowiedzialności uniknęli nawet ludzie wydający najbardziej polityczne wyroki w ramach praworządności socjalistycznej. Nie tylko odpowiedzialności, nowa rzeczywistość przytuliła ich i pozwoliła rozwinąć skrzydła. Owszem, wielu, nawet bardzo wielu sędziów w 1990 roku z ulgą zerwało się z komitetowej smyczy. Wielu przejęło się nowymi zasadami, ale ilu uznało po prostu, że skoro piekła nie ma – to hulaj dusza? Znałem takiego prezesa sadu, który w latach 90. bawił na imprezach publiczność ukutym przez się bon motem „Sąd i Bóg mogą wszystko – w tej właśnie kolejności.” U mnie budziło to obrzydzenie, ale on i jak można domniemywać wielu jego kolegów po fachu tak właśnie myślało i działało.


Jakie tego skutki? Od pewnego czasu obserwuję taki sobie procesik. Na wsi poczubiło się dwóch sąsiadów. W efekcie jeden zagrodził drugiemu drogę dojazdową. Nieszczęśnik mieszkający dalej, zamiast 100 m do asfaltu ma teraz 1,5 km objazd. Co się w takiej sytuacji robi? Oczywiście idzie do sądu o ustalenie drogi koniecznej. Ten od płota podniósł argument, że dłuższa droga to też droga, i że tak dawniej dziadkowie jeździli, a dopiero 30 lat temu on z dobrej woli tymczasowo sąsiadowi pozwolił skrótem. A teraz mu się odwidziało, i basta. Sprawa trwa już siódmy rok. Trzy lata temu sąd wezwał na świadków – wszystkich właścicieli (a właściwie spadkobierców, bo teren to nadrzeczne nieużytki) gruntów wzdłuż tego 1,5 kilometra, by ustalić kto i kiedy tędy jeździł. Wezwano więc 57 osób zamieszkałych od Chicago do Tobolska, by ich na okoliczność przepytać. W tym ze dwadzieścia takich, których PESEL wyraźnie wskazywał, że nijak nie mogą pamiętać, co było lat temu trzydzieści, bo urodziły się po roku 1995. Każda z nich otrzymała pocztą plik kopii dokumentów sprawy, gruby na centymetr. Wiem, bo widziałem, troje moich sąsiadów zamieszkałych pod tym samym adresem też dostało po kompleciku na głowę. Każde  oddzielnie swoją kopertę. Oczywiście całej czeredy na raz zebrać się nie udało, potem padł jakiś dodatkowy wniosek stron i wzywali ich tak grupowo razy trzy albo i cztery. Każdorazowo pisemnie. Z relacji wynika, że sędzia też traktował wezwania lajtowo.  Sprawa oczywiście w toku, pensje sądowych urzędników i honoraria adwokatów tudzież licznych biegłych lecą, sprzedawcy artykułów biurowych zadowoleni, poczta na brak klientów nie narzeka.

Wykop Skomentuj86
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo