26 obserwujących
209 notek
200k odsłon
  1583   3

Pierwszy maja się święci

Fujjj
Fujjj

Wchodzę sobie niedzielnym okołopołudniem na naszą ulubioną stronę, a tu o czym piszą: Sylwia Spurek z całym wege sztafażem, wspominkami antymięsnych manifestów tudzież praw zwierząt nieludzkich, anty SUV-owy Szymon Malinowski profesor ponoć, co mu się  urawniłowka majątkowa marzy przez komisarzy nadzorowana, chwilę potem jeszcze jakaś nonejm z wpływowej Partii Razem, skądinąd znanej z postulatu legalizacji marihuany, wróg piwa… Ech…


No cóż, jaka dziś data pamiętam, zawsze pilnuję, by na domu flagi narodowej jeszcze nie wywiesić, nie moje to święto i nigdy nie było. Wiem, tradycje nie tylko same najgorsze, ale i tak mam alergię. Flaga zawiśnie jutro. Zawsze jednak, jak na początku napisałem koło tego dnia wyłażą spod kamieni przeróżne paskudy, żądne władzy urządzania nam naszego świata według swoich chorych urojeń. I jak zwykle – jeśli nie dostaną porządnie w dziób, nie przestaną. Cóż z tego że tylko na chwilę, i znów wylezą – lekcję trzeba ponawiać, jeśli nie chcemy pewnego ohydnego dzionka obudzić się na padole przez nich urządzonym. Wolność nie jest dana raz na zawsze, a repetitio est mater studiorum.


Często się zastanawiałem, co sprawiło, że pieprznięta utopia  pierwsze w pełni oddane sobie poletko znalazła w Rosji. Nic nie dzieje się bez przyczyny, więc jakieś właściwości tamtejszego podglebia musiały szczególnie sprzyjać nowotworowi. Jakie? Odwieczny zamordyzm, z jednej strony ułatwiający podporządkowanie, z drugiej budzący chęć gwałtownej odmiany. Ciemnota i brak doświadczenia w samodzielnym myśleniu, bo jak inaczej wytłumaczyć bezkrytyczne przyjmowanie a takich bzdur, jak ideologia komunistyczna, gładko przechodząca w równie durny i bezczelny wielkorusizm. Czy normalny, myślący człowiek, mógł bez wstrętu i politowania przyjmować bełkot jakiegoś Lenina, a dziś Ławrowa? Prostytuowanie się za darmo nie jest powszechne, Wolter i inne Schrödery finansowo nieźle wychodzili. Ilu pismaków w XVIII i XIX wieku zachłystywało się zachwytami nad najbardziej humanitarną władzą  świata, co zniosła karę śmierci, przywracając jej stosowanie tylko z rzadka na wojnach i wobec najcieższych, zwykle politycznych przestępstw. Cudowne! Zwłaszcza, że zamiast kary głównej obwinionego można było skazać na nieograniczoną ilość kijów. Sto, dwieście, pięćset, tysiąc, dziesięć tysięcy. Cóż z tego, że gdzieś tak od 2,5 tysiąca dalej bito poszatkowanego trupa, ale samaja gumannaja włast’ mira karę śmierci zniosła! A dzisiaj nawet wojnę zniosła, ma tylko specjalne operacje wojskowe.


Dobry dziś jestem, nie nawołuję więc do obdzielania tych… kreatywnych… porcjami kijów, ale chętnie zastosowałbym dla nich inny rosyjski patent, a skoro takiej proweniencji, to miły ich postępackim serduchom. Rzecz ma się tak: gdzieś w 40. Latach XIX wieku, pod rządami uroczego cara Mikołaja I odbywały się w guberni orłowskiej koło miasta Jelec wielkie manewry. Wojsko podczas specjalnych operacji się za bardzo nie certoli, ruskie zwłaszcza, więc przy okazji wydeptało tamtejszemu pomieszczykowi, Władimirowi Władimirowiczowi Gołowanowowi wielkie pole kapusty. Właściciel ziemski stratę pewnie by i przebolał, nie przymierzając jak Abramowicz jachty i kluby piłkarskie, ale wpadł na genialnego pomysła (Ⓒ  by Waldek Kiepski), by otrzymać rekompensatę. Moralną. Trzy lata starał się o audiencję u Najwyższej Instancji. Łatwo nie było, ale w końcu dopiął swego, nie dając się zbyć jakimś tam fligel-adiutantom czy innym generał-gubernatorom, jak to się w owym korzennie słowiańskim narzeczu zwało. Sprawę przedstawił. Car, nieco zdumiony, zapytał gostka ile chce za szkody. „Nie o pieniądze chodzi, proszę o order, Najjaśniejszy Panie” – odrzekł szczerze, a chytrze Władimir Władimirowicz. Mikołaj miał chyba dobry dzień, błysnął więc humorem, odznaczając natręta należycie.


Tu jeszcze parę słów dodatkowego wyjaśnienia, by lepiej ukazać tło sprawy. W rosyjskiej tradycji uczestnikom wielkich wydarzeń, wojen, kampanii, bitew, przyznaje się okolicznościowe pamiątkowe medale. Za wojnę taką, za zdobycie takiego miasta. Za Warszawę 1831, „Za usmirienie polskowo miatieża 1863". Sowieci kontynuowali, tylko z drugiej wojny jest cała seria takich odznaczeń. Sam na początku lat 90. Kupiłem na tzw. ruskim rynku (przyjeżdżali nań obywatele byłego ZSRS sprzedając wszystko, co popadło) medal „Za wziatie Budapeszta” i udekorowałem nim koleżankę z pracy zamężną za Węgrem. Gdy wróciła z nim dumnie do domu, małżonek dostał ze śmiechu czkawki, której nijak nie mógł opanować, co mnie później kosztowało wiele kolejek za uszczerbek na zdrowiu.


Car Mikołaj miał, jak się rzekło, dobry dzień, postanowił więc stosownie nagrodzić ambitnego poddanego. Nakazał wybić żelazny medal o wadze pięciu funtów (mniej więcej dwa kilo) z napisem „Za kapustu”i odznaczył nim Władimira Władimirowicza. Z obowiązkiem stałego noszenia na szyi.


Ponoć Salon24 czytują również nasi parlamentarzyści. Z tego więc miejsca apeluję o pilne wniesienie do laski marszałkowskiej wniosku o ustanowienie w PL podobnego odznaczenia (deklaruję pełną współpracę przy napisaniu projektu stosownej ustawy). Troje pierwszych kandydatów do uhonorowania wymieniłem na wstępie.



Edit: Czwarty kandydat do medalu "Za kapustę" naprosił się sam, wklejając jako komentarze długachne a nieskładne , hmmm, jak to grzecznie nazwać..., przemyślenia, licząc, że ktoś je tu będzie czytał, skoro na jego własny upadły blog pies z kulawą nogą nie zagląda. Pogratulujmy gorąco dr Echu!

Lubię to! Skomentuj72 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura