88 obserwujących
1275 notek
1342k odsłony
153 odsłony

Niech się święci 1 Maja czyli ostatnie dni PRLu

Wykop Skomentuj1

 

 

W drugiej połowie kwietnia 1989 roku, a dni były jasne, słoneczne, ciepłe, drzewa się zieleniły przezroczystą, młodziutką zielenią, wybraliśmy się na poszukiwanie źródeł Wisły.

Już na samym początku wyprawa o mało nie zakończyła się niepowodzeniem. Dwukrotnie okrążyliśmy Baranią Górę, po dwakroć przejechaliśmy na reglamentowanej benzynie przez Żywiec, który w owych czasach charakteryzował się zupełnym brakiem piwa, po raz trzeci zaczęliśmy podziwiać wiosenne piękno Beskidu.

Rzecz w tym, że dla paranoicznego systemu dokładne położenie różnych punktów było pilnie strzeżoną tajemnicą wojskowo-państwową. W tym celu to się przesunęło na mapie jakieś miasteczko o parę kilometrów w bok, to podało sfałszowane odległości, to ukryło jeden lub drugi punkt orientacyjny, to wymazało drogę dojazdową o utwardzonej nawierzchni. Wszystko, by wroga zdezorientować.

Niezrażeni mianowaliśmy jeden ze skocznych strumyczków punktem startowym naszej wyprawy odkrywczej. Co prawda nagabywany przez nas na tę okoliczność przedstawiciel miejscowej ludności, mimo przedpołudnia będący w stanie wskazującym na spożycie, autorytatywnie stwierdził, że ciek nazywa się"rzyka". Z drugiej jednak strony wyraził głębokie przekonanie, że "Wisła" jest bytem urojonym, wytworem fantazji autorów podręczników szkolnych, nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością.

Od źródeł Wisły udaliśmy się krętym szlakiem do Katowic. Moi towarzysze podróży chcieli ujrzeć niebo zasnute ciężkim, czarnym dymem zatrutych wyziewów przemysłowych. Mieli pecha, dzień był, jak wzmiankowano, jasny i pogodny, pomalowane na czerwono, zielono i niebiesko okna familoków weseliły się w słońcu.

Przez otwarte wrota kuźni waliło rozedrgane gorące powietrze, w środku wśród ogni uwijali się półnadzy, usmoleni hutnicy, waląc młotami w wijące się, wiśniowo-czerwone zwoje rozpalonego żelaza i wykuwali z nich sierpy, kosy, misterne ozdoby bram i inne przedziwne przedmioty.

Pod wieczór zjechaliśmy do Krakowa. Zatrzymaliśmy się, po uprzednim dyskretnym wręczeniu portierowi zwitka banknotów, w luksusowym, obskurnym hotelu, z którego okien rozciągał się widok na zakole Wisły, a dalej na Wawel. Być może, nazwa uleciała mi z pamięci, hotel też nazywał się Wawel.

Wieczór przeszedł w noc, ale nie zaznaliśmy spokoju. Mieszkaniec korytarza drzwi w drzwi postanowił zażyć luksusu i sprowadził sobie aż dwie panienki. Dziewczyny z piskiem rozbiegały się po korytarzu hotelowym, a sąsiad, nagi, z dyndającym swobodnie przyrodzeniem, gonił i pędził za nimi. Nie wiadomo, czy gonitwy wchodziły w skład rozrywki, czy też sąsiad po prostu dbał by mu ciężko zarobione pieniądze nie uciekły.

Po obowiązkowej rundzie turystycznej (Wawel, Smocza Jama, Wierzynek, Piotr Skrzynecki na Rynku) podlecieliśmy do Warszawy.

Przedzierając się przez rozlewiska i chaszcze prawego brzegu kontynuowaliśmy eksplorację. Udało nam się trafić na wędkarza, ze stoickim spokojem zapatrzonego na ruch wody wokół spławika. W blaszanej puszce roiły się rosówki, ale zdało się, że nic nie wyłowił.

Wdaliśmy się z nim w pogawędkę i szybko wyjaśniło się, że przesiadywał nad rzeką li tylko w celu kontemplacji i uspokojenia duszy. Ryby, które się złapały delikatnie zdejmował z haczyka i wpuszczał na powrót do buro-mętnej wody.

- Panie, ja bym tego do ust nie wziął. Raz zabrałem z ciekawości do domu, żona usmażyła, to z mięsa się galareta zrobiła i w całym mieszkaniu śmierdziało fenolem.

Późnym wieczorem wybraliśmy się do kultowej w PRLu, nieistniejącej dziś, restauracji Kameralna na Foksal. Przezornie nie zamawialiśmy dań rybnych.

Przy sąsiednim stoliku rozkręcała się awantura. Wyrostkowatego, pryszczatego i chudego jak tyka kelnera rugał najgorszymi słowami czerwony na gębie jegomość w znoszonym, brązowym garniturze. Szło o jakieś uchybienie w obsłudze, gość odmawiał zapłacenia rachunku. Towarzystwo, chór grecki, składało się prócz jegomościa z dwóch młodziaków i śpiącego z głową złożoną w ramiona oparte na blacie stolika, między popielniczką a czymś w majonezie, osobnika o, jak się później okazało, imieniem Kazio.

Kelner, to czerwieniąc się, to blednąc próbował nieśmiałym głosem argumentować, wreszcie dał za wygraną i zawołał kierownika sali. Ten w dalsze dyskusje się nie wdawał, tylko zadzwonił na milicję.

Radiowóz pojawił się dość szybko, szefem był starszy sierżant o zmęczonej twarzy i spokojnym, pedagogicznym usposobieniu.

Zaczął wysłuchiwać racji obu stron, a my chłonęliśmy każde słowo z teatru życia.

Narracja rozwijała się niespiesznie, krążyła meandrami i zwischenrufami a wyłaniał się z niej następujący obraz: Robotnicy Spółdzielni Pracy "Świt" w Garwolinie dostali premię pierwszomajową. Pan Stasiek, brygadzista i rzeczony awanturnik, rzucił dwóm młodziakom i panu Kaziowi propozycję wyskoku do stolicy, dla zapoznania się z wielkomiejskim przepychem, luksusem i zepsuciem. Wylądowali w Kameralnej, gdzie okazało się, że premii na dalsze rozrywki może nie starczyć.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale