292 obserwujących
1348 notek
4250k odsłon
  3527   5

Poczet homofobów polskich

Pewien ekspert zdecydował się wejść w struktury rządowe. Otrzymał ważną funkcję - będzie tłumaczył Polakom meandry polityki zagranicznej w niespokojnych czasach. Wydawałoby się, że nic w tym nadzwyczajnego – po prostu kompetentny człowiek na właściwym stanowisku. Sęk w tym, że ów analityk ma być homoseksualistą. Może trudno w to uwierzyć, ale nie mogły się z tym pogodzić nie środowiska prawicy, a te, które hasła tolerancji i swobód wszelakich wielkimi literami wypisują na swych sztandarach. Przyglądanie się widowiskowo strzelanym przez nie samobójom przestało być jednak zabawne, gdy przerodziło się w zaszczuwanie drugiego człowieka ze względu na orientację.

Sygnał do ataku na intelektualistę w strukturach rządu dał Bart Staszewski. To aktywista LGBT, który wsławił się montowaniem na własną rękę kłamliwych tabliczek pod nazwami miejscowości z oznaczeniem „stref wolnych od LGBT” wypisanych w kilku językach - tylko po to, by odpowiednio spreparowany przekaz poszedł w świat i wywołał określone konsekwencje wobec Polski. Staszewskiemu sprawiało to nieskrywaną satysfakcję, a humor wyraźnie dopisywał tęczowemu działaczowi przy okazji żebraniny w sieci na kolejne akcje - zwane przez niego „aktywizmem” - i prawników.

Strefa wolna od prawdy i przyzwoitości

Teraz Staszewski postanowił zaistnieć w inny sposób, urządzając publiczny lincz na osobie, która w jego przekonaniu przeniewierzyła się środowiskowej dyscyplinie, w związku z tym trzeba ją zniszczyć, a przynajmniej zaszkodzić zawodowo. Jest w tym coś głęboko zadziwiającego, że buciorami w życie intymne osób publicznych wchodzi właśnie Staszewski, namawiający wszak do równouprawnienia, miłości i szacunku dla ludzi o innej orientacji.

„Jeżeli on rzeczywiście jest gejem, to oczywiście należy o tym mówić i to wyśmiewać. Ten rząd walczy z osobami LGBT, tworzy strefy wolne od LGBT. To taka sama hipokryzja jak posłanka, która po cichu usuwa ciąże(sic!) i publicznie potępia aborcje(sic!). Komedia”. - komentował Bart Staszewski na Twitterze.

Działacz LGBT użył w jednym tylko wpisie kilku obrzydliwych insynuacji. Po pierwsze: zastanawiał się, „czy rzeczywiście” urzędnik jest „gejem” - tak, jakby miało to jakieś znaczenie w kontekście jego kompetencji i wymogów sprawowanej funkcji. Dotąd wydawało się, że orientacja kompletnie nie ma znaczenia, a tymczasem Staszewski nadaje mu pierwszorzędne znaczenie. Po wtóre, powiela wydumany zarzut o walce rządu z „osobami LGBT”, gdy wiadomo, że chodzi o sprzeciw wobec agresywnego propagowania ideologii, co zresztą czyni sam Staszewski.

Ale wiadomo, kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą. Po trzecie zaś, format moralny tęczowego aktywisty, którego nazwisko - tak zakładam - w przyszłości zobaczymy na listach wyborczych – pokazuje pomówienie, jakoby pewna posłanka usunęła ciążę i propagowała wartości rodzinne. Doskonale wiemy o kogo chodzi, bo parlamentarzystka z Krakowa była obiektem wielotygodniowej kampanii nienawiści z użyciem memów, rezonowanych przez internetową szczekaczkę pod nazwą „Sok z Buraka”.

Bartowi Staszewskiemu najwyraźniej w głowie się nie mieści, że homoseksualista nie musi popierać postulatów LGBT, czy choćby części z nich lub może uważać niektóre zachowania członków społeczności za szkodliwe i z nimi się utożsamiać. I wreszcie, swymi agresywnymi wpisami wpisuje się w kulturę wykluczenia. Cóż, pan od dyplomacji padł ofiarą podłej nagonki i histerycznego outowania ze strony środowiska, mającego tolerancję na sztandarach. Tyle jest właśnie ona warta. Nic.

Kto tu jest głupi albo podły

- Pan X niebawem żałośnie skończy służbę państwu PiS z małymi szansami na zmartwychwstanie - kpił były działacz KPN w PRL, a w III RP lokaj w imperium Ryszarda Krauzego i doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego, Krzysztof Król. Może nie warto byłoby o nim wspominać, bo rutynowo obraża wszystkich, którzy nie należą do grona najbardziej zajadłych stronników opozycji, uważa, że żyjemy w czasach mafii, która zabija ludzi na ulicach, gdyby nie fakt pełnienia funkcji doradcy społecznego w Kancelarii Prezydenta i niewątpliwej wiedzy o funkcjonowaniu państwa, co tym bardziej ukazuje bezmiar ideologicznego zaślepienia.

Nad urzędnikiem postanowił się pastwić - a to doprawdy niespodzianka - również były europoseł, który nigdy nie uzyskałby mandatu i apanaży w ciężkiej sytuacji finansowej, gdyby nie Jarosław Kaczyński. Marek Migalski pisał w 2010 roku w tonie wazeliniarza „Stańmy przy królu”, mając na myśli prezesa PiS - wówczas kandydata na prezydenta. Gdyby zresztą nie ta partia, wykluczany politolog pozostałby na marginesie debaty publicznej w sytuacji ostrego sporu o lustrację.

Lubię to! Skomentuj39 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo