293 obserwujących
1356 notek
4295k odsłon
  2743   5

„Realiści” kontra „romantycy”. Fałszywy spór podczas wojny

Gdy na ukraińskie miasta ciągle spadają bomby, a na południu kraju agresor doprowadził do katastrofy humanitarnej ludzi pozbawionych pożywienia, wody i energii, część polskiej publicystyki żyje złudnym sporem „realistów” z „romantykami”. Złudnym dlatego, że rosyjska inwazja wymyka się spod prostych kliszy, a jej dalekosiężne skutki są jedną wielką niewiadomą. Polska nie ma wpływu na to, co zrobi Władimir Putin. Dziś racją stanu wolnego świata jest odgrodzenie się w każdym wymiarze od Rosji, doprowadzenie do zapaści gospodarczej totalitarnego wroga i uniezależnienie się od jego dostaw.

„Realiści” nie chcą wojny, natomiast „romantycy” zachęcają polskie władze do zaostrzania sytuacji na wschodzie i prowokują Kreml – głosi część konserwatystów. Wymienianie nazwisk w ferworze dyskusji nie ma sensu, wszak nie chodzi o personalia, lecz o niebezpieczną narrację, powielaną również przez niektórych prawicowych odbiorców w sieci. Wojna potęguje naturalne niepokoje o przyszłość, bezpieczeństwo, wreszcie stan naszych portfeli – to wszystko jest zrozumiałe. Nie można jednak dać się zwariować i popadać ze skrajności w skrajność. A tak jest w przypadku „realistów”, związanych głównie z wydawnictwem Nowa Konfederacja i rozbitą z powodu wygłupów Janusza Korwin-Mikkego i Grzegorza Brauna Konfederacją.

Z pozoru przeciwnicy rozlania się wojny dalej na Zachód mają wykazywać się trzeźwością umysłu, analitycznym spojrzeniem na rosyjską inwazję, zachęcają do trzymania nerwów na wodzy i zastanawiają się nad konsekwencjami wprowadzanych sankcji na Rosję. Oskarżają przy tym in gremio zwolenników zniszczenia rosyjskiego imperializmu o nieodpowiedzialność, wymachiwanie szabelką i sprowadzanie nieszczęścia na Polskę. Dokładnie tak, jakby ktokolwiek, poza Władimirem Putinem i jego otoczeniem decydował o strategii Moskwy względem nie tylko Ukrainy, ale także ewentualnego uderzenia na wschodnią flankę NATO. Zdaniem „realistów”, „romantycy” są jedynie krzykaczami i potęgują panikę.

Sęk w tym, że to właśnie zwolennicy tezy, by Polska trzymała się od wojny na Ukrainie z daleka, wprowadzają czytelników w obłęd, strasząc krachem gospodarczym, wysokimi ratami kredytów i drożyzną na stacjach benzynowych. Jednocześnie sprawiają wrażenie, że wojna tuż za naszą wschodnią granicą pozostanie bez jakichkolwiek konsekwencji nie tylko dla nas, ale i dla reszty mieszkańców Europy, zależnej od dostaw ropy, gazu i węgla od rosyjskich zbirów.

Przyzwyczailiśmy się, że wolność i niepodległość nic nie kosztują. Czas pozbyć się złudzeń, póki nie jest jeszcze za późno.

Groźba podstawowa: podrożeje paliwo

To często pojawiająca się groźba, która ma stępić zapał w nakładaniu sankcji ekonomicznych na Rosję. Cena za benzynę na stacjach benzynowych zbliża się do granicy psychologicznej 7 złotych, natomiast za olej napędowy płacimy około 7,50 zł za litr. Doszło do tego, że w wyniku strachu przed wojną i napływem ukraińskich uchodźców, do którego przyczyniła się dezinformacja w sieci, wielu kierowców szturmowało dystrybutory. Przypominało to początki pandemii koronawirusa i gigantyczne kolejki przed sklepami po podstawowe produkty. Oczywiście paliwa nie zabraknie, choć nadal pojawiają się na ten temat fake newsy. Należy się spodziewać, że za Pb95 i ON zapłacimy wkrótce ponad 8 złotych.

Wojna ma pośredni wpływ na ceny paliw, choć nie należy zapominać o tym, że Polska sprowadza z Rosji połowę zasobów ropy. W latach 2000–2020 udział rosyjskiego surowca w bakach wynosił ogółem aż 98 proc.! PKN ORLEN czeka na międzynarodowe decyzje dotyczące bojkotu rosyjskiej ropy, które jako pierwszy w Stanach Zjednoczonych ogłosił prezydent Joe Biden. Już przed wojną płocki koncern prowadził rozmowy z saudyjskim gigantem Saudi Aramco na dostawy paliwa, do czego powoli przekonuje się m.in. krytyk orientalnego kierunku energetycznego, poseł Konfederacji Robert Winnicki.

Drugim czynnikiem, istotniejszym nawet od wojny na Ukrainie, jest lawinowy wzrost cen za baryłkę ropy – dobijają do 130 dolarów na światowym rynku, a niekorzystna dynamika jest największa od 2014 roku. To z kolei ma bezpośredni związek z faktem, że Rosja jest głównym producentem wielu surowców. „Paliwo będzie coraz droższe, a rząd nie ma pomysłu, jak załagodzić problem. Kto będzie jeździł samochodem za kilka miesięcy?” – pytają populistycznie „realiści”. Rząd wdrożył tuż przed rosyjską agresją tarczę antyinflacyjną, zmniejszającą na pół roku m.in. VAT na paliwa z poziomu 23 proc. do 8 proc. i nie ma już instrumentów, by dodatkowo ulżyć kierowcom.

Zresztą, tamto posunięcie było przecież mocno krytykowane przez liberałów gospodarczych, stanowiących trzon „realistów” – jako zbyt daleko posunięty interwencjonizm gospodarczy i zagrożenie dla budżetu państwa w epoce kryzysu. Zatem niech się państwo zdecydują: czy chcecie tańszego paliwa i jakim kosztem, czy też nie? Bo gdyby nie krytykowana przez was tarcza, to płacilibyśmy co najmniej 60 groszy więcej za litr. Pomińmy drobny fakt, że polskie władze nie mają wpływu na ceny za baryłki na światowej giełdzie. I jeszcze jedno, co umyka „realistom”: ceny na poziomie 6 złotych, czyli sprzed wybuchu wojny na Ukrainie, kształtowały się na stacjach benzynowych dekadę temu, gdy realne zarobki w naszym państwie były blisko dwa razy niższe. Wszelkie pretensje o horrendalnie wysokie koszty wojny należy dziś kierować pod właściwy adres – na Kreml.

Lubię to! Skomentuj45 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka