W mocy słów
Życie nie jest do godzenia za śmiercią, tylko szukania dla niej dostatecznie dobrego powodu
2 obserwujących
59 notek
13k odsłon
163 odsłony

Zbawienna niewierność

Wykop Skomentuj

Za którą potrzebę bycia z bliskimi i znajomymi warto ich porzucić/opuścić, czyli, czy bywają złe takie potrzeby? A może wyłącznie złe? Jak to wziąć pod lupę, jak przyłapać samego siebie, co do intencji obcowania, współżycia, szukania ludzi (jeśli oddawania się złu wystrzegać)?
Nie wydaje się to być w mocy człowieka, nawet, jeśli z boku patrząc umie wyłapywać, kiedy ludzie dowartościowują się sobą nawzajem, czyli jeden ma się za lepszego od drugiego. Na różne sposoby i w różnych dziedzinach. Tu ktoś niby rozmawia, ale wyłącznie po to by pouczyć o tej swojej wyższości; tu ktoś niby słucha, ale by znaleźć potwierdzenie swojego mniemania, że jest lepszy, mądrzejszy, praktyczniejszy i pożytku z niego więcej. Jakkolwiek i choćby absurdalnie - na przykład, że lepiej wygląda z ciała, w lepszej nacji się urodził, płci, albo zawsze jest w wieku, w którym jest już mądrzejszy od minionego, do ważniejszej roli społecznej doszedł, z lepszego nadania, jest lepszym uczniem, rodzicem, dzieckiem, mężem, żoną,  lepiej rozpoznał komu kibicować, kto powinien wygrać, w tym która doktryna, kraj, religia, jakiej muzyki słuchać, jak gotować, jak nie chorować, co jeść, które filmy obejrzeć, więcej posiadł lub doświadczył, przeczytał, zanalizował, miał objawione, albo nawet wycierpiał, że już przecież nikt mu nie dorównuje itd.
I nawet jeśli z samych obserwacji tego, jak bardzo ludzie przeglądają się w sobie nawzajem dla zobaczenia się cudownymi,  postanowić by sobie wyścig przeciwny - w umniejszaniu się – to jak uniknąć w tym ruchu z wyniosłości, z pogardy, z nienawiści? Tak człowiek pozostaje złem dla świata nie potrafiąc dokonać samozbawienia z tego, i nie ma powodu przestać mówić: Jeden jest dobry – Bóg.
Ale, że i za wyborem języka u ludzi potrafi się kryć przewrotność nie wynikająca ani z żalu za zło, czy choćby uznawania go w sobie rozumem, ani gotowości na uznanie Boga nad człowiekiem (pełnej, a nie warunkowej - niech to zrobią najpierw wszyscy, żebym się nie upokorzył przed nimi), to nikt nie dochodzi do zbawienia też swoim gadaniem, że umie czcić Boga bardziej od samego siebie/ nad sobą. Więcej nawet, bo gdyby w wierze była gradacja, o którą się proszą, musieliby ujrzeć, jak wielu z tych, którzy nic o czci swojej dla kogokolwiek do powiedzenia nie mają, prześciga ich w pokorze, na którą szczęśliwie są ślepi (nikomu za złe nie mając, więc i sobie policzyć jej nie potrafią).  Wykalkulowane uniżenie, które mierzi, gdy oglądać je w relacjach międzyludzkich, że ktoś coś próbuje dla siebie ugrać, komuś przypodobać (doczekać nagrody lub uniknąć straty) nie rośnie w piękno od wielkości mocodawcy, do którego jest kierowane, ani nie zyskuje tym na usprawiedliwieniu, iż to aż tyle można wygrać lub przegrać. Przeciwnie – jest kardynalnym dowodem gardzenia słabym, niemocnym, umierającym, iż nic od niego nie zależy. A czy ktoś wynoszący się nieswoją śmiercią, którą ma za miarę swej wygranej i łaski, nie ma w modlitwie tejże śmierci, którą się pyszni? Zatem, czy nie przyjmuje każdej śmierci jako ofiary dla samego siebie? Dlatego, gdy pokłada nadzieję w swojej przeżywalności, już tym jest potworem mającym w trosce własne zwłoki, choć czasem wstrząsanym przerażeniem, że ocalenia przed śmiercią nie dotyczą tych, których chciałby sobie wybrać.
Dopiero nie wątpiąc/dostrzegając niesprawiedliwość płynącą z własnego życia ma się w trosce kogokolwiek poza sobą, a umierając za bliskich, prawo ich posiadania.  Na samo wyobrażenie takiej próby, roztropniej nie pokładać nadziei w sobie. Tym samym nie żądać dobra, czy rozumienia od kogokolwiek przed przejściem takiego chrztu.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo