Zbigniew Kopczyński Zbigniew Kopczyński
43
BLOG

Dołowanie edukacji

Zbigniew Kopczyński Zbigniew Kopczyński Polityka Obserwuj notkę 1
"Badanie umiejętności dorosłych" przeprowadzone przez OECD – Organizacji dla Współpracy Gospodarczej i Rozwoju – wykazało, że 21% polskich studentów ma poważne trudności ze zrozumieniem czytanego tekstu, prostymi operacjami myślowymi i prezentuje poziom intelektualny dziesięciolatka

Ruchy kadrowe, wstawianie swoich BMW, czyli Biernych, Miernych, ale Wiernych, i maniakalny upór we wprowadzaniu chorych, ideologicznych pomysłów w edukacji, to jedyne działania Koalicji 13 grudnia w nauce, szkolnictwie wyższym i edukacji.

Wystarczy wspomnieć działania w sprawie Sieci Badawczej Łukasiewicz czy IDEAS, gdzie uczeni o niekwestionowanym dorobku musieli ustąpić miejsca krewnym i znajomym królika, czyli wygłodniałym członkom rządzącej koalicji. W IDEAS skończyło się to, wskutek ogromnej presji medialnej, na formalnym przekształceniu i przywróceniu prof. Sankowskiemu kierowania firmą, w Łukasiewiczu politycy nie oddali dobrze płatnych stanowisk. Efekt jest taki, że poważny naukowiec nie zaryzykuje pracy w tych instytucjach. A przecież ideą powołania Sieci Łukasiewicz było stworzenie badaczom takich warunków, by skłonni byli związać z nią swoją naukową przyszłość. I dotyczyło to nie tylko polskich uczonych.

Problem z nauką jest taki, że sukcesy przychodzą zazwyczaj po dłuższym czasie badań, albo wcale, a kadencja polityków jest króciutka. Nie ma jak odtrąbić i przypisać sobie sukcesu. Uśmiechnięta koalicja zmieniła więc definicję sukcesu w nauce i zamiast osiągnięć naukowych za sukces uznała obsadzenie możliwych stanowisk swoimi ludźmi. I to idzie im świetnie.

Jak nie drzwiami to oknami, jak nie ma prawnych podstaw, to nagą siłą. Zauważmy, że w 37-letniej już historii wolnej Polski, rząd Donalda Tuska jest pierwszym, który siłą przejmuje instytucje państwowe. Poprzednicy dokonywali często ekwilibrystyki prawnej, zmieniali prawo, ale starali się działać w szeroko rozumianych ramach prawnych. Donaldowi Tuskowi prawo nie jest do niczego potrzebne, wystarczy pałka. Nazywanie rządzących koalicją 13 grudnia jest bardziej uzasadnione niż tylko przez zbieżność dat zaprzysiężenia obecnego rządu i ogłoszenia stanu wojennego. Działania trzynastogrudniowców jako żywo przypominają dokonania towarzysza generała w schyłkowym okresie komuny.

Mianowanie rektorem Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu prof. Michała Hebdę wbrew stanowisku środowiska akademickiego spowodowało ogólnopolski strajk studencki, trwający do stanu wojennego. Z kolei desant z helikopterów na strajkującą Wyższą Szkołę Pożarnictwa w Warszawie był próbą generalną i zastraszeniem społeczeństwa przed planowanym wprowadzeniem stanu wojennego. Czym skończy atak na Akademię Wymiaru Sprawiedliwości dopiero zobaczymy. 

Wprowadzanie swoich na kierownicze stanowiska to niewątpliwie sukces do odtrąbienia. O tym, jak oni kierują, raczej cicho. Nauką i szkolnictwem wyższym zajmuje się w Polsce ok. 35 tysięcy profesorów i wielokrotnie więcej pracowników naukowych niższego stopnia. Działa kilkaset szkół wyższych, z których zaledwie kilka, a w porywach kilkanaście, uwzględnianych jest w światowych rankingach, a i to najwyżej w czwartej setce. Nawiasem mówiąc, piękne zaprzeczenie marksistowskiej tezy o przechodzeniu ilości w jakość.

Badanie umiejętności dorosłych przeprowadzone przez OECD – Organizacji dla Współpracy Gospodarczej i Rozwoju – wykazało, że 21% polskich studentów ma poważne trudności ze zrozumieniem czytanego tekstu, prostymi operacjami myślowymi i prezentuje poziom intelektualny dziesięciolatka. Mówiąc po polsku: co piąty polski student nie ma minimum kompetencji niezbędnych do studiowania, by nie wyrazić się bardziej dosadnie. Studenci mają problemy ze wskazaniem sąsiadów Polski, nie odróżniają podstawowych pojęć historycznych, nie są w stanie poradzić sobie z dłuższym tekstem publicystycznym, o akademickim nie wspominając.

Co oni robią na studiach i jak utrzymują się na uczelni? Odpowiedź jest banalna. Wysyp przeróżnych „Wyższych Szkół Czegoś Tam i Jeszcze Czegoś”, produkujących absolwentów z coraz mniej wartościowymi dyplomami, a których dochody zależą od ilości studentów, a nie ich poziomu, musiał dać takie efekty. Nie ważne co student umie, ważne, żeby był.

Już dawno zrezygnowano z egzaminów na studia, które pozwalały uczelniom wyselekcjonować kandydatów. Przepustką na studia jest jedynie matura. A jej poziom nieustannie dołuje. Co więcej, wystarczy uzyskać 30% punktów, by maturę zaliczyć. Ten niski próg zdawalności zawdzięczmy Romanowi Giertychowi – ministrowi edukacji narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Zrobił to na wniosek rektorów, zaniepokojonych tym, że zdających na 50% będzie za mało by zapełnić ich uczelnie. I tak obniża się poziom.

Osobnym problemem jest nauczanie w szkołach średnich. Obecna minister całą swą energię koncentruje na edukacji seksualnej i wprowadzaniu diety planetarnej. O redukcji lektur i nauki historii mówi się dużo i krytycznie. Zupełnie słusznie. Ja chciałem zwrócić uwagę na niesamowite obniżenie poziomu nauczania matematyki.

Od ponad dziesięciu lat mam taki zwyczaj, że po opublikowaniu arkuszy maturalnych rozwiązuję zamieszczone tam zadania, na poziomie podstawowym, w pamięci, bez używania papieru i długopisu. Z początku osiągałem powyżej 30%, więc maturę zdawałem. Ostatnio uzyskuję około 50%, a w tym roku zaliczyłem 60%. I nie zajmuje mi to więcej niż 30 minut, zamiast egzaminacyjnych 3 godzin. Jestem więc coraz mądrzejszy? Nie, to zadania są coraz głupsze.

Do zdobycia jest 50 punktów. 25 punktów można uzyskać rozwiązując zadania, gdzie należy wybrać właściwą odpowiedź. Przy odrobinie szczęścia, zaznaczając odpowiednie kratki można uzyskać 50% punktów nie znając matematyki. Jeśli ktoś ma szczęście na poziomie zwykłego prawdopodobieństwa, to zaznaczając kratki losowo, uzyska 8 punktów, a więc tylko 7 musi uzyskać z pozostałych zadań. Dodam jeszcze, że dwa z tych zadań brzmią: „rozwiązaniem równania ….. jest” i podane 4 możliwości. Nawet mało rozgarnięty abiturient wie, że wystarczy podstawić do tego równania podane propozycje rozwiązań. Zamiast rozwiązywać równanie algebraiczne, wystarczy wykonać proste obliczenia arytmetyczne, jak w niższych klasach podstawówki.

Zadania, w których należy znaleźć rozwiązanie są punktowane wyżej. Ale ich poziom…. Dwa punkty można uzyskać rozwiązując prostą nierówność kwadratową. Tyle samo za przeczytanie wykresu funkcji, przy czym jest to funkcja liniowa. Takie rzeczy robiłem w szkole podstawowej.

Maturę zdawałem ponad pół wieku temu. Z matematyką radziłem sobie zupełnie dobrze. Egzamin maturalny trwać miał 5 godzin. Po dwóch godzinach poszedłem na piwo wraz z całą moją klasą. Wielu z nas uznało tamte zadania za obraźliwie łatwe. Niemniej nikt z nas, a byli tam lepsi ode mnie, nawet nie próbował rozwiązywać je w pamięci. No, nie da się tak zbadać przebiegu funkcji, dodam bardziej skomplikowanej niż liniowa.

W dzisiejszych zadaniach nie ma bardziej złożonych zadań. Wszystko sprowadza się do prostych obliczeń. Sądząc z formularzy egzaminacyjnych dzisiejszy maturzysta nie wie co to granica funkcji ani jej pochodna. Nie widział też chyba funkcji bardziej skomplikowanej niż kwadratowa. Nie ma też zadań z teorii zbiorów ani logiki. To akurat zrozumiałe. Logika przeszkadza w uleganiu manipulacjom.

Efekt jest taki, że w poważniejszych uczelniach na pierwszym roku uczy się tego, co studenci powinni wynieść ze szkoły średniej. Pół wieku po mojej maturze nauka poszła gwałtownie do przodu, a w polskich uczelniach traci się rok na uzupełnianie wiedzy. Świat buduje i używa sztuczną inteligencję, a polski maturzysta nie odróżnia koniunkcji od alternatywy.


Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj1 Obserwuj notkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka