Gmyz: Scholz wzywał do rewizji granic? To manipulacja albo nieznajomość niemieckiego

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz Fot. PAP/EPA/CLEMENS BILAN
Kanclerz Niemiec Olaf Scholz Fot. PAP/EPA/CLEMENS BILAN
Wypowiedź kanclerza Scholza nie była wezwaniem do rewizji granic, ale odniesieniem się do debaty publicznej w Niemczech w mediach tradycyjnych, jak i społecznościowych. Padają w niej argumenty, że jeżeli Polska żąda reparacji za II wojnę światową, powinna zwrócić ziemie zachodnie i północne. Kanclerz Olaf Scholz w swym wystąpieniu przeciwko takiemu stawianiu sprawy oponował – mówi Salonowi 24 Cezary Gmyz, korespondent TVP w Berlinie.

Wystąpienie Olafa Scholza w Poczdamie wywołało duże poruszenie. Głównie za sprawą jego słów o granicach Polski i Niemiec. Pojawiły się nawet oskarżenia, że kanclerz Niemiec chce rewizji granic. Jak Pan to ocenia?

Cezary Gmyz: Ci wszyscy, którzy twierdzą, że Scholz wezwał do rewizji granic albo całkowicie nie rozumieją języka niemieckiego, albo po prostu manipulują. Wypowiedź kanclerza nie była wezwaniem do rewizji granic, ale odnosiła się do debaty publicznej w Niemczech, która trwa zarówno w mediach tradycyjnych, jak i społecznościowych. Podnosi się argumenty, że jeżeli Polska chce reparacji za II wojnę światową, to powinna zwrócić ziemie zachodnie i północne.

Kanclerz Olaf Scholz w swym wystąpieniu przeciwko takiemu stawianiu sprawy zaoponował - powołał się na układ polsko-niemiecki z 1970 roku, podpisany jeszcze przez Willy Brandta i Władysława Gomułkę. Potem podkreślił, że granice są nienaruszalne. Jeśli ktoś z tego zdania, które padło w Poczdamie wyciąga wnioski, że było to żądanie rewizji granic, to się kompletnie myli. Wszystko wskazuje na to, że nie zna ani kontekstu i obecnej debaty w Niemczech, ani języka niemieckiego. Naprawdę ciężko w tej wypowiedzi dopatrzeć się jakiegokolwiek wezwania do rewizji granic ustanowionych w 1945 roku w układzie poczdamskim.

Przeczytaj też:

Co dokładnie powiedział Scholz w Poczdamie? Wrzawa o kwestię granic

Duże wrażenie wywołało też – co zrozumiałe – wystąpienie mera Kijowa, Witalija Kliczki oraz byłego premiera i przewodniczącego Rady Europejskiej, Donalda Tuska. Było bardzo krytyczne wobec państw zachodnich – Włoch, Francji, przede wszystkim Niemiec. Zaskoczenie?

Odnoszę wrażenie, że Donald Tusk w swoim wystąpieniu „skradł” narrację Prawu i Sprawiedliwości. Mówił po prostu językiem Jarosława Kaczyńskiego, wypowiedział słowa, pod którymi bez problemu prezes Prawa i Sprawiedliwości mógłby się podpisać. Natomiast jest to akt kabotynizmu, ponieważ poprzednie wypowiedzi Tuska brzmiały zupełnie inaczej. To, że dziś mówi językiem Prawa i Sprawiedliwości, to przejaw taktyki, którą „Gazeta Wyborcza” określała jakiś czas temu „mądrością etapu”.

W tle jest oczywiście zbliżająca się kampania wyborcza do Sejmu. Tusk ma doskonale wyczulony zmysł polityczny. Zdaje sobie sprawę, że mówienie czegokolwiek innego o agresji Rosji na Ukrainę nie przyniosłoby wzrostu politycznych notowań. A co za tym idzie, zmniejszyłoby szanse na ewentualną wygraną w wyborach.

Przeczytaj też:

Papież zajął stanowisko ws. dozbrajania Ukrainy. Wezwał też do dialogu, który "śmierdzi"

Tusk w Poczdamie o wojnie w Ukrainie. "Utrzymajmy jedność UE, USA i NATO"


Lubię to! Skomentuj125 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka