Trwa debata o przyszłości UE. Fot. Facebook/EP
Trwa debata o przyszłości UE. Fot. Facebook/EP

Bruksela powie, ile podatku zapłacisz. Niebezpieczne zapisy w unijnych traktatach

Redakcja Redakcja UE Obserwuj temat Obserwuj notkę 86
Do tej pory były sfery, w których podejmowano decyzje tylko i wyłącznie jednomyślnie. Do takich sfer należały podatki. Jeśli zmiany przejdą, informacje o tym, co, za co, kiedy, i ile płacą obywatele otrzymają nie od swojego państwa, ale od administracji z Brukseli. Państwo będzie mogło być do wprowadzenia obciążeń przymuszone – mówi Salonowi 24 prof. Genowefa Grabowska, ekspert prawa międzynarodowego, Uniwersytet Śląski.

Toczą się dość ostre dyskusje o Unii Europejskiej, propozycjach zmian, które mają zmienić ją w superpaństwo. Dyskusje te budzą emocje. Prowadzone są jednak przez polityków, którzy używają ostrych słów, ale często nie wchodząc w szczegóły. Jak sprawa wygląda od strony czysto merytorycznej – faktycznie ma nastąpić „likwidacja państwa polskiego”, jak mówią jedni, czy może to tylko „strachy na lachy" i "obsesje” , jak mówią inni?

Prof. Genowefa Grabowska: Chodzi o propozycję kolejnych zmian obowiązujących traktatów. Przypomnę, że od 2009 roku funkcjonujemy w Unii według traktatów podpisanych w Lizbonie. I dziś wiele osób narzeka, że Unia ingeruje w zbyt wiele sfer naszego życia. Że w sprawach takich jak reforma sądownictwa podejmuje decyzje tam, gdzie powinno podejmować je państwo. Czyli są rozbieżności między traktatami a tym, co Unia robi na korzyść kompetencji Wspólnoty. I właśnie tych kwestii mają dotyczyć proponowane zmiany.

Proszę zwrócić uwagę, że ich propozycje po raz pierwszy wyszły z Parlamentu Europejskiego. Wcześniej oczywiście traktaty były zmieniane bądź były proponowane zmiany, ale nigdy propozycje te nie nie wychodziły z Parlamentu. Zmiany traktatów zalecały, inicjowały i proponowały państwa. Bo to państwa podpisują traktaty i państwa je później stosują.

Jak wygląda procedowanie tych zmian?

Tutaj jest inaczej niż w poprzednich latach, bo mamy do czynienia z autorskim projektem Parlamentu Europejskiego. Projekt został przegłosowany w Komisji Konstytucyjnej PE. 22 listopada będzie poddany pod głosowanie w całym Parlamencie Europejskim. Jeśli zyska poparcie eurodeputowanych, pójdzie do państw. Konkretnie trafi Rady Unii Europejskiej, czyli do ministrów europejskich państw członkowskich. Następnie do Rady Europejskiej, czyli do premierów i prezydentów. Dopiero wtedy państwa dostaną do ręki to, jak europarlament wyobraża sobie przyszłą Unię Europejską i dopiero państwa się do tego odniosą.

Co konkretnie znajduje się w projekcie Parlamentu Europejskiego?

Jak czytamy, projekt zakłada, że rzeczywiście państwa tracą wiele kompetencji na rzecz centrali w Brukseli, w praktyce na rzecz administracji brukselskiej. Państwa miałyby oddać te kompetencje w wielu dziedzinach, w grę wchodzi aż 10 dziedzin, na przykład kwestie takie jak polityki w zakresie środowiska i polityki klimatycznej. Dotychczasowe kompetencje państw staną się kompetencją dzieloną albo wspólną.

Co oznacza kompetencja dzielona?

Kompetencja dzielona polega na tym, że najpierw ją wykonuje Unia Europejska, a dopiero wtedy, kiedy Unia z tego zrezygnuje, lub gdy nie działa, mogą ją podjąć państwa. Więc Bruksela znów będzie miała pierwszeństwo w inicjowaniu prawa w tych dziedzinach. Są dziedziny, które bardzo trudno byłoby oddać Brukseli, jak polityka zagraniczna, bezpieczeństwo, wspólna polityka obronna,
nie mówię już o zdrowiu, czy edukacji, które również w propozycji Parlamentu Europejskiego się znalazły.

Co więcej, projekt eurodeputowanych zabiera państwom ostatnie koło ratunkowe, które w Unii Europejskiej każde państwo posiadało, czyli prawo weta. Podejmowanie decyzji większością ma być regułą w Unii Europejskiej. Do tej pory były sfery, w których podejmowano decyzje tylko i wyłącznie jednomyślnie. Do takich sfer należały podatki. Teraz podatki przechodzą do kompetencji wspólnych i prawo w tej materii będzie mogło być przyjmowane większością głosów. A więc informacje o tym, co, za co, kiedy, i ile płacą obywatele otrzymają nie od swojego państwa, ale od administracji z Brukseli. Państwo będzie mogło być do wprowadzenia podatków przymuszone.


Tylko, skoro parlament po przegłosowaniu ma przekazać to państwom, pozostaje pytanie, czy państwa się na to zgodzą?

Osobiście uważam, że nie, ponieważ projekt idzie zdecydowanie za daleko. Natomiast dalsza procedura pokaże, czy jest wola państw, by zmieniać traktaty, czy też takiej woli nie ma. Są bowiem państwa, które te zmiany popierają, nazwano je nawet grupą przyjaciół zmian wokół traktatów. Już 2,5 roku temu propozycja zmian została zapisana w umowie koalicyjnej w Niemczech. Partie zawiązujące koalicję – socjaldemokraci z SPD, Zieloni i liberałowie z FDP zawiązując obecną koalicję rządową, zapisali, że polityka wobec Unii będzie koncentrowała się właśnie na przygotowaniu zmian, mających dać Unii szybszą możliwość podejmowania decyzji. Umożliwić ma to likwidacja weta. We wspomnianej umowie jest takie twierdzenie, że ponieważ Unia jest coraz większa, więc nie sposób uzyskać jednomyślności. W związku z tym należy wprowadzić głosowanie zwykłą większością. Tu podaje się zresztą dość chwytliwe przykłady. Pada argument, że sankcje wobec Rosji nie mogły być szybciej zorganizowane, bo zawsze któreś państwo postawiło weto. Jak się je zniesie, to takie sankcje, będą mogły być szybciej i sprawniej nakładane.

To jest argument, bo faktycznie są w Europie państwa, przeciwne sankcjom?

Tak, ale przyśpieszenie nakładania sankcji można osiągnąć nie likwidując prawa weta. Można na przykład wpisać do traktatu, że w przypadku zbrojnej agresji, gdy chodzi o wprowadzanie sankcji wobec państwa, które wojnę rozpoczęło, zasady jednomyślności się nie stosuje, podejmuje się decyzję większością głosów.

W projekcie Parlamentu Europejskiego jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Chodzi o przyjmowanie traktatów w państwach członkowskich. Dziś każde państwo jest związane tylko taką umową, którą samo podpisze i ratyfikuje. Także ten traktat, gdyby miał być przyjęty, to musi być podpisany i ratyfikowany przez wszystkie państwa. Gdyby jednak już został przyjęty, to już jakiekolwiek następne zmiany tego dokumentu nie będą wymagały takiej procedury. Jest w nim bowiem przepis, że jeżeli nie uzyska się ratyfikacji w ciągu dwóch lat, to można większością czterech piątych akt przegłosować i umowa wchodzi w życie. Czyli umowa wiązałaby państwo, które jej nie chce, które jej nie podpisało. To kłóci się z naszą konstytucją, bo Polskę, tak jak wszystkie inne państwa, wiążą tylko ratyfikowane umowy międzynarodowe.


Czytaj także:

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka