73 obserwujących
500 notek
657k odsłon
  1788   0

Minister Gliński czyta Lenina, czyli superprodukcje i gra pozorów

Jesteśmy okłamywani pozorami prawdy.
Horacy

image

Od kiedy pamiętam byłem fanem produkcji historycznych. A dokładniej filmów fabularnych, opartych mniej lub bardziej wiernie, o wydarzenia z minionych epok. Lubiłem je. Ci odważni do szaleństwa i wielowymiarowi bohaterowie, kostiumy, sceny bitewne, fantastyczne przygody, zapomniane lecz pociągające klimaty, kawaleryjskie szarże, łopocące sztandary…  Do dziś wspominam z nostalgią uczestnictwo w projekcji „Potopu” w nieistniejącym już kinie „Pomorzanin”,  po której długo nie mogłem zasnąć, bo w mojej dziecięcej głowie przemykali husarze, mistrzowsko machający szablą Wołodyjowski, anielska Oleńka, gargantuicznych rozmiarów i przy tym szlachetny Józwa Butrym, wredni szwedzcy lancknechci i szelmowsko uśmiechnięty Kmicic. Tym ostatnim chciałem być w przyszłości. I to nawet bardziej niż Grzegorzem Lato czy Kazimierzem Deyną. Mijały lata… Dziś wiem, że tego typu widowiska mają za zadanie nie tylko bawić, śmieszyć, uczyć i przestraszać, ale również formować.

Niemal dokładnie wiek temu jeden z największych bandytów w dziejach, czyli W.I. Lenin,  stwierdził, iż „kino jest najważniejszą ze sztuk”. Myśl wodza rewolucji bolszewickiej podchwycili w mgnieniu oka akolici marksizmu. Jeszcze przed II Wojną Światową w Ojczyźnie Proletariatu powstawały filmy ze sprytnie sformułowanym przesłaniem. Wszystko co było przedtem było złe. Dobro przyniosła dopiero władza komunistów. Po roku 1945 zabiegi Moskwy na polu „najważniejszej ze sztuk” zintensyfikowano produkując masowo opowieści pseudohistoryczce o rosyjskiej wojnie domowej, zmaganiach z kapitalistycznymi interwentami oraz hitlerowskim potworem. Można się z tego śmiać, ale miliony ludzi na całym świecie wyrobiło sobie opinię na temat ZSRR na podstawie oferty kinematografii sowieckiej. Żeby nie było… Ludzie radzieccy nie byli na tym świecie jedynymi, którzy dostrzegli znaczenie filmowych narracji dla modelowania opinii wewnętrznej i zewnętrznej. Czynią tak właściwie wszystkie poważne narody. O zabiegach Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów czy Rosjan w tym względzie nie ma potrzeby wspominać, gdyż to sprawy oczywiste. Mało kto jednak pamięta, iż nie zasypiają gruszek w popiele takie nacje jak Hiszpanie, Czesi, Szwedzi, Ukraińcy czy Holendrzy. Wystarczy wspomnieć  mającego lada chwila wejść na ekrany hiszpańskiego „El Cida”, czeskie „Medieval” (o husytach i Janie Żiżce), szwedzkie „Miłość i krew”, ukraińskiego „Tarasa Bulbę” oraz holenderskiego „Redbad” (słaby) i „Admirał” (całkiem, całkiem…). Nie mam pojęcia jak sytuacja wygląda w Serbii, Grecji, Albanii… Wiem jednak, że nawet Gruzja, Łotwa i Armenia starają się wzmacniać poczucie dumy narodowej i pamięć społeczną poprzez prezentowanie rodzimej publiczności filmowych mega produkcji. No dobrze… A jak na tym tle przedstawia się Polska?

Gdy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych J. Hoffman oznajmił, że przystępuje do ekranizacji „Ogniem i mieczem” byłem – tak jak i całe mnóstwo Polaków -  wniebowzięty. Usłyszawszy, że brakuje środków,  bez wahania wybrałem się do najbliższego kiosku „Ruchu” i tam zakupiłem cegiełkę na realizację przedsięwzięcia. Film obejrzałem, widziałem widownię zapamiętale klaszcząca po projekcji i miałem nadzieję. Na to, iż to dopiero początek. Liczyłem bowiem, że co jakiś czas pojawi się na polskich ekranach obraz na miarę „Potopu”, „Hubala” czy choćby „Kazimierza Wielkiego”. Szło nowe i bezdyskusyjnym było to, iż ten „zielony”, wyzwolony z oków komunizmu naród będzie musiał być formowany na nowo. Oczywiście nie dotyczyło to głównie ludzi dojrzałych, ponieważ ci mieli jakieś tam doświadczenia i osobiście odczuli czym dla ich kraju i dla nich samych była dominacja naszych wschodnich sąsiadów. Gra toczyła się przede wszystkim o młode pokolenia. I niestety bardzo się zawiodłem.

W sferze pamięci historycznej polskie kino zostało zdominowane przez środowiska gotowe z poświęceniem tworzyć „Idy”, „Pokłosia” i „W ciemności”. Tematów, które mogły budować dumę narodową i szacunek dla przodków praktycznie nie ruszano. Przypadek? Nie sądzę i m.in. dlatego z zadowoleniem przyjąłem zmianę polityczną  dokonaną w 2015 r. Pomyślałem, że teraz odbijemy się od dna i jak przystało na niemal czterdziestomilionowy naród, z bogatą i na ogół chwalebną historią, wyprodukujemy filmy, których leitmotivem nie będą wstydliwe i często zdeformowane  karty z dziejów, ale te jasne, godne i honorowe.

Niemal natychmiast po objęciu władzy przez obóz Zjednoczonej Prawicy wiceminister Jarosław Sellin powiedział: Chcemy doprowadzić do powstania kilku fresków historycznych, filmów wysokobudżetowych, finansowanych z pieniędzy rządowych oraz przez wielkie polskie firmy i zainteresowany mecenatem biznes. Będziemy ogłaszali konkursy na scenariusze. (...) Teraz chcemy, by powstały filmy o rotmistrzu Pileckim, o Janie Karskim, o Irenie Sendlerowej, o „Żegocie”. Musimy światu pokazać prawdziwą historię II wojny światowej. Hmm… To godne pochwały, iż zostaną zainicjowane działania w zakresie „najważniejszej ze sztuk” mające na celu ukazanie naszych dziejów w normalnym, a nie krzywym zwierciadle. Zastanowiło mnie jednak dlaczego projekty mają koncentrować się li tylko na okresie II Wojny Światowej, a wspólnym mianownikiem planowanych obrazów - prócz bohaterstwa - ma być wątek… Tak, tak. Właśnie ten wątek. Czy organy władzy dysponujące odpowiednimi środkami i mocami sprawczymi nie powinny sięgać głębiej? Wszak nasza historia nie zaczęła się w roku 1939! A ponadto mamy w skarbnicy polskiej literatury mnóstwo dzieł, które po niewielkich poprawkach stanowiłyby doskonałe scenariusze filmowe. I to jakie! Sprawny scenarzysta wraz z uzdolnionym reżyserem potrafiliby wycisnąć z takiego „Bolesława Chrobrego”, autorstwa A. Gołubiewa, przygodę, miłość, głębię psychologiczną postaci, zapierające dech walki, kryminał, dylematy religijne, przyjaźń, strach, nadzieję… Tj. wszystko to czym żywi się hit kinowy.

Minęło pięć lat… Polskie wysiłki w zakresie filmowej polityki historycznej okazały się mniej niż żałosne. Całkiem niezła animacja „Niezwyciężeni”, trójkowa „Bitwa Warszawska”, groteskowe „Legiony” i przyzwoity ale zrobiony za pięć zeta „Wyklęty”, to niemal wszystko na co było stać Rzeczpospolitą dysponującą ponad 400 miliardowym budżetem. Smutne to i śmieszne. Z buńczucznych zapowiedzi nie pozostało nic! Dlaczego?

Zaznaczę, że nie chcę nikogo urazić. Ba, być może popełniam poważny błąd. Niemniej każdy rozważny człowiek dokonując oceny dowolnego zjawiska winien brać pod uwagę fakty. A te są takie, a nie inne. Co z nich wynika? Ano to, że szef  ministerstwa, które w naszych warunkach jawi się jako spiritus movens dla superprodukcji filmowych, jest człowiekiem wykształconym, obytym w świecie, elokwentnym i doświadczonym. Posiada tytuł profesorski w zakresie socjologii i jestem pewien, że nie są mu obce pisma liderów komunizmu, w tym W.I. Lenina. Wie zatem, iż X muza potrafi czynić cuda z umysłami współczesnych ludzi. Jako deklaratywny patriota musi zatem zdawać sobie sprawę z tego, że kilka wysokiej klasy obrazów historycznych, atrakcyjnych zarówno dla tzw. zgredów jak i małolatów, może w zakresie formowania współczesnej świadomości narodowej Polaków zdziałać więcej niż dziesiątki prelekcji i zajęć szkolnych. Bezdyskusyjne zaniechania w tym względzie kierują moje przypuszczenia na tor uznania, iż ministrowi i jego zespołowi tak naprawdę... nie zależy na zrealizowaniu takich przedsięwzięć! Nie wierze bowiem, iż w Polsce nie znajdzie się ekipy, która byłaby w stanie przygotować i zrealizować obraz na miarę tych, które szaro-bura PRL wyprodukowała niemal pół wieku temu („Gniazdo”, „Hubal”, „Orzeł”, „Krzyż walecznych”). Po prostu nie wierzę! A może to li tylko gra pozorów?

W dzisiejszych warunkach polityka państwa realizowana jest na różne sposoby. W tym za pomocą X muzy. Bez  szukania oryginalnych przykładów można przywołać kalifornijską maszynkę MADE in USA, która z regularną systematycznością wypuszcza w świat obrazy na miarę „Patrioty”, „Gestysburga”, „Narodzin narodu”, „Helikoptera w ogniu”  itd. Wszystkie te filmy tworzą wyobrażenie o potędze i wyjątkowości Stanów Zjednoczonych Ameryki. To w pewnym sensie fakt medialny, bo jak wyglądają obecnie (!) rzeczywiste stosunki wewnętrzne mogliśmy się przekonać  w związku z wyborami prezydenckimi. Mniejsza z tym. Dla nas najważniejszym winien być polski interes, a ten wymaga abyśmy pokonali wreszcie niemoc i stworzyli dzieła na miarę marzeń widzów i potrzeb państwa. Panie ministrze…

Ech...



--------------------------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Lubię to! Skomentuj97 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura