73 obserwujących
520 notek
699k odsłon
  1459   1

W niewoli imaginacji, czyli Polacy i nieodwzajemniona miłość do dawnej Rzeczypospolitej

Mit określa świadomość
S.J. Lec
image

Być może zaskoczy to niektórych Czytelników, ale po dziś dzień w społeczeństwach wielu państw Europy (i nie tylko!) istnieje świadomość dawnej przynależności do Orbis Romanus. Wystarczy zapoznać się z literaturą piękną czy produkcjami filmowymi, aby przekonać się o tym fakcie. Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi, Francuzi, Grecy a nawet Rumuni oraz Bułgarzy, masowo wprzęgają umysły swych liderów intelektu w proces dowodzenia, iż nie wypadli sroce spod ogona, lecz są w pełni lub po części dumnymi spadkobiercami Juliusza Cezara, Marka Aureliusza, Konstantyna Wielkiego i Justyniana. Rzecz jasna poczucie to nie łagodzi współczesnych konfliktów i niesnasek pomiędzy poszczególnymi nacjami, ale jest na pewno swoistym elementem tradycji i w jakimś stopniu wpływa na zachowania oraz plany mieszkańców tych krain (vide: m.in. koncept UE). To zjawisko nie powinno wydawać się niczym dziwnym, gdyż  kilka wieków wspólnego życia w granicach państwa rzymskiego  musiało odcisnąć się na pamięci historycznej ludzi żyjących od południowych granic Szkocji po Bosfor. Czy podobna przytomność występuje w innych regionach Europy?

Śledząc oficjalne przekazy medialne poświęcone zagadnieniom tzw. Międzymorza, a także dysputy dotyczące tej tematyki prowadzone poza głównym nurtem odnoszę wrażenie, że jako naród zastygliśmy w postrzeganiu rzeczywistości na etapie połowy XIX stulecia. Wprawdzie ten i ów „radykał” próbował przekonać nas, że „to se na vrati” i winniśmy przeorientować nasz polityczny modus operandi względem najbliższego wschodu, ale uparty los spowodował, że tego rodzaju trzeźwe spojrzenia zostały okrzyknięte ekstraordynaryjnymi dziwactwami. Dodam, że i na S24 nie wygląda to lepiej. Wielu szanowanych przeze mnie i na ogół trzeźwych komentatorów (nie będę ich wymieniał, bo to długa lista), wpisuje się mniej lub bardziej w dominująca narrację i stara się przekonywać salonowe koleżeństwo, iż dziedzictwo I Rzeczypospolitej ma się tak dobrze, że wystarczy jeszcze jeden, no niech będą dwa wysiłki i znów znajdziemy się wraz z Ukraińcami, Białorusinami czy Litwinami w jednym obozie, w którym miłość, zrozumienie i braterstwo będą kwitły przez cały ruski rok. Obawiam się, iż to błędny wniosek. Utwierdziłem się w tym przekonaniu po lekturze sporej dawki materiałów źródłowych (także tych rodem spoza naszych wschodnich granic) oraz analiz przeprowadzanych przez polskich socjologów.

Trzeba jasno powiedzieć, iż niechęć i niezgoda na konstrukt zwany I Rzeczpospolitą istniały od zawsze. A z upływem czasu rosły, pęczniały, nabierały nieludzkich kształtów. Tenże twór państwowy postrzegany był bowiem przez niektórych jako sposób na zdominowanie ziem od Bałtyku po Pokucie i od Poznania po Smoleńsk przez żywioł polski. Jak to?! Przecież Unia Lubelska spotkała się z wyraźnym uznaniem Litwinów i Rusinów. To prawda, ale tylko niektórych. Znaczna część środowisk opiniotwórczych i właściwie wszystkie warstwy niższe oceniały to wiekopomne dzieło negatywnie. Konieczność konsolidacji tak różnych ludów i ziem dostrzegali li tylko ludzie światli, zdający sobie sprawę z zagrożenia zewnętrznego i biorący pod uwagę potencjalne korzyści jakie niosło ze sobą zintegrowanie w jednym organizmie politycznym dorzecza Wisły, Dniepru i Dźwiny. Wszyscy inni mieszkańcy, poczynając od niekatolickiego kleru, przez niepolskich mieszczan i na ruskich oraz bałtyjskich masach chłopskich kończąc, byli w zdecydowanej większości albo obojętni  albo wrodzy wspomnianemu projektowi. O objawach można by długo. Wystarczy wspomnieć spiski wyższego kleru prawosławnego z ościennymi potęgami (nawet z muzułmańskim Istambułem!), powstania kozackie (Chmielnickiego czy Koliszczyznę), obojętność „czerni” białoruskiej na apele o przyłączenie się do Powstania Kościuszkowskiego czy wstępowanie do armii polskiej w trakcie kampanii 19812 r., wrogą postawę chłopstwa żmudzkiego wobec szlachecko-polskich zaścianków… To wszystko są fakty! Mimo tego mit wspólnotowy trwał przez kolejne stulecia i trwa do dziś.

Skąd brała się wspomniana niechęć? Przyczyn było całkiem sporo. Począwszy cod kwestii religijnych, a na ekonomicznych kończąc. Nie da się zamieść pod dywan konstatacji, że  warstwa przywódcza I Rzeczypospolitej popełniła w polityce wewnętrznej mnóstwo fundamentalnych błędów. Oczywiście nie idzie tu o system sprawowania władzy, bo tak naprawdę poza chyba tylko ziemiami dzisiejszej Czarnogóry, wszędzie w rękach swych trzymała rządy wąska lub stosunkowo wąska warstwa,  będąca albo elitą krwi albo elitą biznesu. Trudo aby w tamtych czasach było inaczej. W każdym razie wszelkie zastrzeżenia wobec naszych antenatów można streścić w ten sposób: Unia Brzeska (1596 r.) odbyła się zbyt wcześnie, a Unia Hadziacka (1658 r.) zbyt późno. W efekcie „nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą.” Wszelkie twierdzenia, że było inaczej jawią się jako herezje. Czy dramat rozbiorowy i opresja sąsiadów wobec ludności I RP zmieniła cokolwiek w tym względzie?

Lubię to! Skomentuj91 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka