93 obserwujących
607 notek
864k odsłony
  1175   11

Ecce homo i Mel Gibson 2022

Abyście tylko potrafili położyć kwiaty pomiędzy smutnymi liśćmi życia!
Wilhelm Raabe

image

Zdradzę Państwu pewien sekret. Niezbyt wstydliwy, ale bardzo intymny. Otóż w czasach gdy o smartfonach i komputerach osobistych marzyli jedynie wizjonerzy w rodzaju S. Lema, a pachnąca gumka myszka i porządna skórzana piłka futbolowa były obiektami pożądania każdego polskiego małolata płci męskiej, moja osobista rodzicielka wybrała się do kina. Nie sama, ale wzięła ze sobą mnie, mego brata i mojego kuzyna. Kto pamięta tamte czasy wie, że „pójść do kina” niemal w niczym nie przypominało dzisiejszego „pójść do kina”. Obecnie rozpoznajemy repertuar w sieci, bukujemy bilet i … wio! Kiedyś na każdy tzw. hit, a była nim przynajmniej połowa wrzucanych na srebrny ekran obrazów, trzeba było sposobić się niczym na wojnę. Najpierw informacja, potem zakup lokalnej gazety ze spisem seansów, rozpoznanie czy na daną projekcję zostanie się wpuszczonym (tak, tak, bo ograniczenia wiekowe były egzekwowane dość rygorystycznie), następnie wyprawa pod przybytek X muzy, stanie w długaśnej kolejce, a w końcu… Zdarzało się, że po dwugodzinnym oczekiwaniu na mrozie czy też w słocie, pani ukryta w klasie, z sylwestrową  trwałą, oznajmiała strwożonej gawiedzi, niczym wszechmocny i bezkarny demiurg: „Bilety się skończyły!”. Pomruk niezadowolenia, jakieś przekleństwo, w tył zwrot. To jedna z metod. Inną, stosunkowo rzadką ale istniejąca, było zapisanie się „po bilety” w zakładzie pracy. Unikało się w ten sposób wielu nieprzyjemnych perypetii i przedprojekcyjnych nerwów. Z tym jednak, że trzeba było mieć to szczęście i bilet… wylosować.  Taka łaska „bogów” dosięgła moja matkę. Ba! Wylosowała aż cztery bilety. Dzięki temu zasiedliśmy w bardzo niewygodnych fotelach kina „Pomorzanin”, ale z wielkimi oczekiwaniami. Moja mama i trzech małolatów. Cóż nam zaserwowano? Prawdziwy hit! Coś jak „Bitwa o Midway”, „Goście z galaktyki Arkana”, „Rycerze i rabusie” i „Wejście smoka” razem wzięte, czyli „Powrót Mechagodzilli”. Po prostu szaleństwo…

Już w czasie projekcji zaczęły mną targać nieprzyjemne uczucia. Te potwory, miażdżenie ludzi, eksplozje, pożary transformatorów, burzone wieżowce, krzyki… Czułem się z tym źle i ledwo dotrwałem do końca seansu. Potem nie mogłem spać, a Godzilla na kilka dobrych lat stała się (stał się?)  dla mnie synonimem „Złego”. W przeciwieństwie do moich rodzonych rówieśników, którzy – mimo podobnie młodego wieku – potraktowali film jako bajkę. I prawdę powiedziawszy mieli absolutną rację. Z dzisiejszej perspektywy patrzę na to traumatyczne doświadczenie z rozbawieniem. A nawet współczuję aktorowi, który w gumowanym kostiumie musiał niczym epileptyk wyczyniać hołubce przed zimnym okiem kamery. Jedynym pozytywnym aspektem wynikającym z mojej obecności na tym seansie było to, że do dziś uwielbiam kino. To fatalnie złe i to wybitnie dobre. I nie chodzi o zapach popcornu, tony reklam przed projekcją, siorbanie coli, ale nastrój, atmosferę, chwilę…

W swoim życiu obejrzałem już zapewne tyle filmów, że mógłbym ich liczyć w tysiącach. Smutne, śmieszne, dołujące, radosne, fascynujące, odkrywcze, fantastyczne, odważne, mądre, pedagogiczne, głupie, prekursorskie, zaskakujące, brutalne, bezczelne, erotyczne, ohydne, wysublimowane, pastelowe, okrutne, dziwne… Przyznam jednak, że prócz „Powrotu Mechagodzilli” zapoznałem się właściwie tylko z jedną produkcja, która zapadła mi w pamięć na zawsze. Zaorała mi mózg, wzruszyła serce, wstrząsnęła duszą.  Tym filmem była „Pasja” Melchiora Gibsona.

Pamiętam jak dziś, że gdy na usilne prośby mojej nieżyjącej już babci odtworzyłem dzieło Gibsona  w telewizorze, ta dzielna kobieta, która przeżyła wiele w swoim życiu i nie lękała się takich prawdziwych potworów jak niemieccy naziści czy sowieccy bolszewicy, gdy nastąpiła scena biczowania Chrystusa odwróciła wzrok i mimo prawie 90. lat wyszła z pokoju. Spytałem: „Babciu, o co chodzi? Nie chcesz już oglądać?”. Odrzekła jakoś smutno, aczkolwiek stanowczo:  „Nie. Ja wiem jak to się skończy.” Pozornie truizm, ale trzeba było widzieć jej twarz. Dziś, ludzie z pokolenia młodszego od nas i naszych rodziców – nie mówiąc już o dziadkach - tak już nie patrzą i tak już nie odpowiadają. Idzie zima.

Jakiś czas temu narzekałem na polskie kino. I zdania na razie nie zmieniam.  Tym co daje mi tlen, napawa optymizmem i wzbudza nadzieję są (na dziś) wartościowe produkcje zagraniczne.  Jest ich wprawdzie niewiele, ale są. Na jedną z nich czekam z olbrzymią, gargantuiczną wręcz niecierpliwością. Niemal w gorączce. Chodzi tu o film, który ma się ukazać w roku przyszłym, a jego tytuł to: „Pasja. Zmartwychwstanie”. O tym projekcie jeden z głównych jego współtwórców, tj. Jim Caviezel, powiedział: Nie zdradzę wam wielu szczegółów, ale powiem tyle – film który on tworzy [Gibson] będzie największym filmem w historii. Jest aż tak dobry!

 Przyznam, że wcale mnie nie dziwi, iż o tej produkcji głucho w sieci. Żadna z wielkich medialnych korporacji nie wysiliła się, aby zareklamować to wydarzenie. W zamian za to, w każdy zakątek Internetu, wciskane są zajawki produkcji o ludziach pająkach, Amazonkach, żywych robotach, kochających inaczej, dwugłowych kosmicznych najeźdźcach, wszystkożernych zombie… Bełtanie w głowach, bzdura i szlam. Zdziwienie? A skąd!

Od dziś zaczynam odliczać dni do projekcji. I mam nadzieję, że wraz ze mną uczynią tak inni moi rodacy. Ci wierzący, ci wątpiący i ci przywiązani do "magicznej siły" materii. Czyli wszyscy ci, nie pozbawieni rozumu i nie bojkotujący natury. Chodzi bowiem o to, że tego rodzaju przekazy zawierają ponadczasowe przesłania. Pozbawione ideologii, nienawiści, pychy. Ten, który oddał się za nasze grzechy nie chciał przynależeć do żadnej partii, loży, komitetu, stowarzyszenia, bandy. Wiedział, iż receptą na zgodny i w miarę spokojny żywot jest trzymanie się przystojnych obyczajów i szacunek dla naszych bliźnich. Dał nam „procedury”, a ich stosowanie zależy tylko i wyłącznie od nas. Są jednak tacy, którzy ze wszystkich sił starają się spostponować naukę Nauczyciela. Ze zwykłej głupoty i zazdrości, ale także z powodów fundamentalnych. Kto tego nie rozumie ten kiep! Trzeba aberracji dać zdecydowany odpór na wszystkich polach. W przeciwnym wypadku niebawem możemy obudzić się w świecie naszkicowanym m.in. przez F. Kafkę i G. Orwella. I z tego powodu życzę Melchiorowi G. wszystkiego dobrego. Jest bowiem wyjątkiem na filmowym firmamencie… I niech tak trzyma! Ja bilet na pewno kupię.

------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.



Lubię to! Skomentuj50 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo