93 obserwujących
632 notki
937k odsłon
  1433   5

Grzegorz Braun i Justynian Wielki, czyli geopolityka „to niedobra jest”

Ci, którzy uprawiają praktykę bez pilności lub – by rzec lepiej – bez nauki, są jak żeglarze wypływający na morze statkiem bez steru i busoli…

Leonardo da Vinci

image

Zacznę od samokrytyki. Trzeba tak zrobić, bo mężczyzna winien brać na klatę niemal wszystko. Porażki również. Tak więc, zaznaczę, iż kilkanaście miesięcy temu byłem głęboko przekonany, jak również podzieliłem się tą wiarą na forum, że w następnych wyborach parlamentarnych Konfederacja osiągnie wynik dwucyfrowy. Może 10%, może 13%... W każdym razie znacznie lepszy niż ostatnio, a powstały dzięki temu klub będzie mógł się pochwalić trzydziestoma kilkoma lub nawet ponad czterdziestoma szablami i wziąć się za zmiany w naszym kraju na poważnie. Ba! Gotów byłem iść o zakład, że rzetelna i merytoryczna krytyka działań obozu rządzącego w związku z COVID-19, ustawą 447-JUST, tzw. Zielonym Ładem oraz innymi, najczęściej lipnymi rozwiązaniami gorących  problemów, spowoduje istotne poszerzenie zbioru elektoratu gotowego zaufać Konfederacji. Cóż… Wprawdzie wciąż uważam, że w szeregach tej formacji znaleźć można spore grono ludzi rozsądnych i gotowych walczyć o nowy, lepszy kształt naszej Ojczyzny (np. D. Sośnierz czy K. Bosak), ale ostatnie wstępy niektórych liderów rozbiły moją nadzieję w proch i pył. Szkoda.

Chodzi mi przede wszystkim o Grzegorza Brauna (bo o Jego Ekscelencji szkoda gadać), którego do niedawna słuchałem (często!) z niekłamaną przyjemnością. Pomijając fakt, że w swych wystąpieniach posługiwał się kwiecistą polszczyzną oraz to, że jest mi niemal ziomkiem (Toruniak), to bez cienia przesady mogę stwierdzić, że podnosił niezwykle istotne dla naszego narodu i państwa kwestie. Niekiedy takie, o których głucho było w mainstream-owych mediach. I podchodził do nich rzeczowo. Chwała mu za to! Coś jednak się stało i nadwiślański katon, który do niedawna twierdził, że „Gdybym był wrogiem Polski podsycałbym antagonizmy między Polakami i Ukraińcami, wykorzystując historyczne resentymenty”, przemienił się w trymiga w człowieka na tyle zagubionego, że wahałabym się powierzyć mu zarząd nad gminą. Słowo! Co się stało z tym człowiekiem? Czy uległ presji własnego środowiska, w którym co poniektórzy twierdzą, iż Federacja Rosyjska to ostatni bastion normalności i depozytariusza wartości chrześcijańskich? Czy przeczytał jakieś tajemne dzieło, po lekturze którego doznał iluminacji i odtąd spogląda na ziemskie sprawy z lotu ptaka? A może to li tylko zwykłe polityczne wyrachowanie, mające w efekcie przynieść jakikolwiek wzrost poparcia ze strony ludzi w rodzaju pajacującego bez umiaru niejakiego Olszańskiego, prof. Korab-Karpowicza lub osób wrzucających do sieci filmiki o rzekomo niebywałych w skali świata wyczynach ukraińskich wyrostków? Bóg jeden wie. A skoro nim nie jestem, to oceniam drzewo po owocach. Z Panem Grzegorzem jest źle. Bardzo źle.

Z pewnych źródeł wiem, że swego czasu G. Braun chłonął niczym gąbka opowieści o czasach dawno minionych. Nie tylko opracowania, ale również, czy też przede wszystkim, źródła. Jak rozumiem doceniał mądrości ukryte w tekstach starożytnych i średniowiecznych dziejopisów i dzielił się z nimi ze współczesną publiką, jak również w życiu publicznym stosował się do zaleceń dawnych mistrzów. Wydaje się, że tak było. Do niedawna. Dziś… Pozostały tylko wspomnienia, bo przecież w kontekście toczącej się za naszą granicą wojny i znanych - nawet dzieciom z podstawówki - ambicji wykazywanych przez Moskwę, jego zachowania nie potrafię sobie wytłumaczyć. Na przykład takiego, że gdy w styczniu tego roku Sejm RP przyjął uchwałę wspierającą Ukrainę w obliczu rosyjskiego zagrożenia, to spośród 457 głosujących posłów jedynie G. Braun był przeciw. Ech! A przecież wystarczyło, aby jeden z liderów Konfederacji zajrzał do swojej biblioteczki i sięgnął po prace Herodota, Tacyta, Prokopiusza z Cezarei, Widukinda, Thietmara, Galla Anonima, tzw. Nestora, a nawet naszego Jana Długosza. Każdy z tych tuzów opisując politykę zagraniczną państwa lub społeczności, w której przyszło mu żyć, podkreślał, że w sytuacjach kryzysowych niesnaski wewnętrzne winny zostać wygaszone, a cała energia winna być przekierowana na zabezpieczenie bytu mieszkańców/obywateli. Dlaczego? Ponieważ wszelkie kłótnie wewnętrzne mają sens jedynie wtedy, gdy istnieje możliwość układania sobie życia przez wspólnotę w warunkach niezależności od czynnika zewnętrznego. W sytuacji, w której o naszym ustroju mogą i chcą decydować siły obce, wszelka polemika pomiędzy rodzimymi frakcjami traci  sens, a podbici (tj. my) muszą dostosowywać się do oczekiwań i woli potencji zewnętrznej. Wtedy także nie będziemy mieli wpływu na to: ile dróg zostanie wybudowanych w naszej ekumenie, jak zostanie podzielony dochód narodowy, w jakim języku będziemy mogli wyrażać swe myśli, w jakich odległych krainach będą ginąć za obcego króla, cesarza czy księcia nasi synowie, bracia i ojcowie. O tym pisali dawni mędrcy. To proste jak drut! Więcej nawet…

Lubię to! Skomentuj63 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka