44 obserwujących
290 notek
315k odsłon
2556 odsłon

Freud patrzy na Białystok i zaciera ręce

Wykop Skomentuj66

„[…]Pacjenci są tylko hołotą. Jedyną rzecz, do której pacjenci się nadają jest pomóc psychoanalitykowi utrzymać się i dostarczyć materiału do teorii. Jasne, że nie potrafimy im pomóc. To jest terapeutyczny nihilizm. Niemniej kusimy pacjentów, ukrywając te wątpliwości i wzmacniając ich nadzieję na wyzdrowienie.”
Z. Freud [„Dzienniki” S. Fenencziego]

image

Ciekawa sprawa, ale gdy poszukiwałem fotki pasującej do wpisu przeżyłem spore zaskoczenie. Ilość zdjęć, portretów, kolaży oraz rysunków ukazujących fizis Zygmunta Freuda zdaje się niepoliczalna. Nic dziwnego, wszak postać to znana, a niekiedy poważana. Niestety, nie znalazłem ani jednego przedstawienia, na którym ojciec psychoanalizy byłby uśmiechnięty. Czy brak radości na obliczu Freuda to przypadek czy wynik jego ponurego usposobienia? Nie wiem. W każdym razie wydaje się to bardzo wymownym. Ale do rzeczy…

Lawina opinii dotyczących ideologii LGBT oraz wydarzeń w Białymstoku wciąż się toczy. Odnoszę wrażenie, że niebawem zasypie nasze głowy i na długo pozostanie tematem dyżurnym, przynoszącym korzyści ideologicznym macherom i szkody tłumom naiwniaków. Tak się prawdopodobnie stanie, ponieważ - o ile wiem - nikt nie zwrócił uwagi na prawdziwe źródło zamieszania. Wspomina się o mniej lub bardziej tajemniczych inspiratorach, lecz nie dotyka sedna problemu. A moim zdaniem nie tylko należy, ale bezwzględnie trzeba, przyjrzeć się nie tyle pierwszoplanowym aktorom nawołującym do fermentu, ale sięgnąć tam gdzie wzrok nie sięga, czyli do świata zmarłych.

Nie jest tajemnicą, że  aktywiści w rodzaju Biedronia, Nowackiej, Zandberga czy Czarzastego, to tylko najmici. „Dający” twarze, lecz poza tym nic więcej, gdyż bełkot przez nich prezentowany dowodzi, iż nie rozumieją nawet tego o czym mówią. Prawdę powiedziawszy to immanentna cecha lewactwa, które ochoczo podchwytuje wszelkie idee mogące podważyć istniejący porządek, ale nie jest w stanie pojąć ich sensu. Ten zaś, dla średnio bystrego obserwatora -  tj. rzadkiego osobnika w szeregach rewolucjonistów - jest oczywisty. Zamieszanie, podzielenie, tumult, drenaż mózgu, polaryzacja opinii, krew… Wszak w mętnej wodzie…

Wiadomo, że do przeprowadzenia rewolucji nie wystarczy zapał i głupota. Potrzebne są również pieniądze. Dziś wiadomo, kto wspiera ideologię LGBT i nie pozwala zemrzeć z głodu grupie kondotierów spod znaku tęczowej flagi. O tym zaś, kto dostarcza ideowego paliwa nie pamiętamy. Zadawalamy się już nawet nie pozorem, ale jego substytutem, wierząc, iż tak brutalny i antyspołeczny plan byliby w stanie wymyślić nadwiślańscy pseudo-politycy gardłujący na wyścigi o równości, wolności i  demokracji w różnych tzw. progresywnych mediach. To nieszczęsne zaniechanie, gdyż sprowadza dyskusję na manowce i poprzez to uniemożliwia danie skutecznego oporu chorej „tęczowej filozofii”. Przecież trudno uwierzyć, iżby maszerujący w  paradach nieszczęśnicy zdawali sobie sprawę z tego, że na wzór dawnych proletariuszy są specyficzną odmianą mięsa armatniego. Tym bardziej naiwnością byłoby założenie, że wiedzą - czyje idee propagują. Nie od rzeczy będzie zatem wskazanie spiritus movens zamieszania.

„Zygmunt Freud urodził się 6 maja 1856 roku w Příborze, pochodził z rodziny niezamożnych, nieortodoksyjnych Żydów. W 1873 roku rozpoczął studia medyczne na Uniwersytecie Wiedeńskim. Po zakończeniu nauki pracował w Laboratorium Fizjologii i Neurologii Uniwersytetu Wiedeńskiego jako asystent Ernsta Wilhelma von Brucke, następnie praktykował w Szpitalu Powszechnym w Wiedniu. Po wyjeździe do Paryża w 1885 roku, gdzie uzupełniał naukę pod kierunkiem Jeana Martina Charcota. Niezmącony, wyjątkowo płodny okres działalności naukowej Zygmunta Freuda trwa w najlepsze do początków dyktatury nazistowskiej w Niemczech. W międzyczasie nasz bohater publikuje dziesiątki książek i artykułów.  Zyskuje sławę światowego autorytetu z dziedziny psychologii, psychoanalizy i psychopatologii. Amerykański „The Time” z 1999 roku umieszcza Freuda wśród 100 największych umysłów stulecia na pierwszym miejscu!”

Jego prace stosunkowo szybko stały się obowiązkowymi lekturami dla studentów na całym świecie, a powstające niczym grzyby po deszczu gabinety psychoanalityczne zapełniały całe tabuny pacjentów. Rzesze adeptów nowej teorii usilnie propagowały ją w ośrodkach akademickich oraz wśród wpływowych i często zblazowanych elit. Ze szpalt popularnych gazet wylewało się morze zachwytów nad nową metodą zgłębiania tajemnic człowieczych. Wybuchła prawdziwa histeria. Freud zyskał status nieomal proroka, którego nauki miliony spragnionych spijały z ust. Niewielu podnosiło zastrzeżenia co do „naukowości” tez ponurego filozofa i wskazywało na tragiczne rezultaty diagnoz oraz stosowanych przez niego i jego uczniów terapii. Ich głosy nikły jednak żałośnie w przestrzeni publicznej niczym rozkazy bosmana podczas nawałnicy. Narodziła się freudowska „religia”. I tak jest zasadniczo do dziś.

Wykop Skomentuj66
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo