24 obserwujących
451 notek
386k odsłon
  7093   0

Salon24 też jest szykanowany przez Facebooka

Facebook ogranicza dostęp portalu Salon24 do swoich usług. (Fot. Shutterstock; zakaz powielania)
Facebook ogranicza dostęp portalu Salon24 do swoich usług. (Fot. Shutterstock; zakaz powielania)

Sami jesteśmy sobie winny, że pozwoliliśmy w mediach na monopol wielkich korporacji. Ale nie zapominajmy, że to są prywatne firmy, a my jesteśmy ich klientami.

Podpisałam petycję do premiera Mateusza Morawieckiego o podjęcie działań przeciwko cenzurze w sieci. Problem dotyczy dużych mediów społecznościowych takich jak Facebook, Twitter, YouTube i Instagram, a także firm medialnych jak Google, Amazon i Apple. Według autorów petycji, firmy te cenzurują treści publikowane w Internecie – głównie konserwatywne, ograniczają ich dostępność w sieci, a tym samym wolność słowa.

Od kilku miesięcy także portal Salon24 ma problem z publikowaniem treści na Facebooku. Nie możemy udostępniać linków, a ostatnio nawet nie mogliśmy zamieścić posta ze słowem „Trump”. Mimo, że Salon24 jako ogólnodostępna platforma blogowa nie jest ani prawicowy, ani lewicowy, to gdy chcemy udostępnić treści użytkowników, algorytmy Facebooka uznają je za niepożądane i serwis jest szykanowany. Żeby było jasne, promujemy wyłącznie sprawdzone treści, niełamiące prawa, zawierające merytoryczne argumenty i napisane na potencjalnie ciekawe tematy. Admini Salonu to osoby wykształcone i z długim doświadczeniem redaktorskim.

Dodatkowo niedawno wszyscy pracownicy portalu niespodziewanie stracili dostęp do Facebooka i możliwość obsługi profilu Salonu24. Próby dowiedzenia się, dlaczego mamy takie problemy, spełzły na niczym. Na nasze zapytania nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Wykorzystujemy serwisy społecznościowe (Twitter, Facebook i Instagram) do promocji tekstów z Salonu24. Dzięki temu czyta je więcej osób.

Twitter, Facebook, YouTube i Instagram mają ogromne zasięgi, miliardy użytkowników na całym świecie. Ten potencjał dostrzegli politycy i zaczęli ich używać jako kanałów komunikacji ze światem i wyborcami. Twitter stał się miejscem informowania o decyzjach. Już nie strony internetowe, ale właśnie Twitter jest miejscem oficjalnych komunikatów. Korzystają z niego dziennikarze i redakcje, traktując jako wiarygodne źródło informacji. Na Twitterze publikują prezydenci, premierzy, ministrowie, rządowe instytucje, ważni urzędnicy unijni. Także polscy. Wszystko było dobrze, dopóki właściciele tych serwisów nie zamknęli kont prezydenta Donalda Trumpa.

Czy mieli do tego prawo? Tak, mieli. Są to prywatne biznesy i – choć brzmi to brutalnie – właściciele mogą zrobić z nimi, co chcą. To oni ustalają zasady i co chcą, a czego nie. Podobnie jak portal Salon24, udostępniają użytkownikom swoje platformy do publikowania treści. Użytkownicy, rejestrując się w tych serwisach, muszą wyrazić zgodę na regulamin, w którym są określone zasady korzystania z niego. To, jak administrujemy treścią, zależy od decyzji właściciela portalu. Moim celem – jako właścicielki Salonu24 - jest pluralizm opinii. Blokujemy tych, którzy łamią prawo i netykietę, ale nigdy za opinie. Nie cenzurujemy poglądów, z którymi się nie zgadzamy.

W dyskusji o cenzurze w mediach społecznościowych pada argument o wolności wypowiedzi i opinii. Jest nią przecież to, że mogą istnieć różne media, nie tylko te akceptowane przez władze. Jako użytkownicy korzystamy z wolności słowa na co dzień, wybierając „swoje” media i portale społecznościowe. Jedni zaglądają na gazeta.pl, inni na wpolityce.pl. Jedni publikują na Facebooku, inni na Twitterze, a jeszcze inni na Instagramie. W mediach społecznościowych można być aktywnym, ale nie ma obowiązku tam być.

Korzystając z prawa do wolności, każdy z nas może założyć własne medium - stronę internetową lub portal. Tylko tu pojawia się problem z finansowaniem, utrzymaniem i zasięgami. Kilka inicjatyw na wzór Salonu24 szybko się zamknęło. Ci, którzy uznali, że zrobią to lepiej od nas, nie podołali. Prowadzenie portalu to jest duże wyzwanie i finansowe i organizacyjne. Jestem pracodawcą, płacę podatki, poszerzam przestrzeń debaty publicznej, daję ludziom miejsce do wyrażania opinii i dbam o to, by dotarły one do czytelników. Założenie własnej strony internetowej to stosunkowo proste i tanie, łatwiejsze niż portal, ale tu problem jest zasadniczy: jak zdobyć czytelników? 

Idziemy więc do większego, korzystamy z jego infrastruktury. Zyskujemy zasięgi i rozpoznawalność. Salon24 istnieje od 14 lat. Stał się w tym czasie trampoliną dla wielu komentatorów obecnych dziś w „dużych” mediach.

Ale jeśli chcesz korzystać z czyjegoś portalu, jego infrastruktury, promocji, musisz zawrzeć z nim umowę, zaakceptować warunki. Ty masz możliwość darmowego publikowania, satysfakcję i „fame” (ang. sławę), a portal w zamian ma odsłony i statystyki, dzięki którym może pozyskiwać pieniądze na utrzymanie serwisu, a czasem nawet zarobić. Układ jest jasny i fair: obie strony wygrywają, win-win.

Jaka jest moja reakcja na szykany Facebooka wobec Salonu24? Uznałam, że skoro nie jestem tam mile widziana, nie będę się narzucać. Przestałam publikować i lajkować na moim prywatnym profilu, zamykam po kolei różne strony, które wcześniej prowadziłam. Da się bez nich żyć. Wcześniej dość regularnie kupowałam kampanie reklamowe dla moich serwisów. Ale skoro moje produkty są na Facebooku niemile widziane, zrezygnowałam z wydawania tam pieniędzy. Jako klient i konsument mam władzę. Każdy użytkownik Internetu ma tę władzę.

Istota obecnego problemu z serwisami społecznościowymi tkwi w ich skali. Twitter, Facebook, Instagram czy YouTube są światowymi monopolistami. Błędem było to, że im na to pozwoliliśmy. Tu możemy mieć pretensje do naszych rządów i do... siebie samych. Nie upomnieliśmy się o to, aby to zmienić, ograniczyć. Nie zadbaliśmy o własne bezpieczeństwo. Nie zadbaliśmy o regulacje na poziomie krajowym. Krzyczymy dopiero teraz, gdy ich właściciele niektórym z nas pokazali drzwi.

Czy coś się w tej sprawie zmieni? Wątpię. Trochę pogadamy, pooburzamy się (nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg), a za jakiś czas sprawa ucichnie i wrócimy na swoje stare pozycje. Twitter i Facebook nadal będą towarzystwem wzajemnej adoracji, w którym dyskusja nie będzie możliwa. Dyskusja, a nie wymiana uprzejmości z tymi, z którymi się zgadzamy. Wrócimy do tego, bo nie ma alternatywy.

Korporacje są skuteczne w blokowaniu niekorzystnych dla nich zmian. Pamiętacie, co działo się wokół unijnej dyrektywy o prawach autorskich? Agencje PR-owe wynajęte przez koncerny przeciwne nowym przepisom nazwały jest ACTA2, co od razu chwyciło społecznie, wszyscy uznali, że projekt jest szkodliwy i ostatecznie przepisy nie weszły. A internetowy gigant, najbardziej zainteresowany ich nieprowadzaniem, współpracuje dziś z instytucjami polskiego państwa przy cyfryzacji usług. Tak się dziś robi biznes.


Lubię to! Skomentuj439 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura