„Cóż powie — on? Co powie głos sumienia —
Ta zmora zmór, co za mną kroczy w ślad?”
Chamberlayne: Pharronida/Love’s Victory. tłum. Bolesław Leśmian (w: Edgar Allan Poe „William Wilson”)
Doszliśmy właśnie do tego punktu w historii naszego narodu, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko się jednoczyć. Świadomie nie napisałem „zjednoczyć”, gdyż jednoczenie się jest procesem, którego jeszcze nie rozpoczęliśmy i nie ma sensu aż tak się rozpędzać, nawet tylko semantycznie. Zwłaszcza, że wyspecjalizowani w graniu na podziały zimni, bezwzględni eksperci mają nadal mnóstwo narzędzi i możliwości na podorędziu. Zacząć jednak należy w tej chwili, bo to ostatni dzwonek. Wciąż możemy dać dojść do głosu naszemu instynktowi samozachowawczemu i uratować się przed katastrofą, której skutki dotkną nas na tak długo, że z perspektywy żyjących teraz pokoleń śmiało można użyć epitetu „na zawsze”.
Nie stać nas teraz na luksus złudzenia, że domykając system rządów w państwie prezydenturą, aktualnie rządzący kiedykolwiek oddadzą władzę lub choćby tylko dopuszczą do niej jakąkolwiek partię, mogącą jej – nawet tylko teoretycznie – zagrozić. Nie możemy również wierzyć w mrzonkę, że gdy tym razem przegną strunę, zrobimy z nimi porządek. Zbyt będziemy zajęci walką o codzienny byt, by bunt wykraczający poza wentylowanie się w gronie najbliższych miał szansę szybko zamienić się w potężną falę. Wygra podparty wieloma przykładami represji wobec faszystów/nazistów/narodowców/wywrotowców/wrogów demokracji (nie wiemy jeszcze, jaki jedyne akceptowalne media wypromują epitet) strach. To on, ten zawsze skuteczny bat na tych, którym nie chce się przygiąć karku, strąci nam z nogi but obnażając nędzę groźnie kiwających się pod nim paluchów.
Uwierzmy wreszcie w to co widzimy, uparcie łudząc się, że to niemożliwe.
Historia naprawdę przyspieszyła i za chwilę będzie za późno. Nie odbędą się żadne kolejne wybory parlamentarne ani prezydenckie. Nie odbędą się w tym sensie, że wprawdzie zostaną ogłoszone, ale wszyscy będziemy wiedzieć, że są tylko farsą. Co gorsza, mało nas to będzie obchodzić. Pozbawieni fundamentu jakim jest poczucie ekonomicznego i fizycznego bezpieczeństwa, stracimy zdolność do buntu. Szklany sufit możliwych do zrealizowania aspiracji obniży się do wysokości naszych oczu, a to co zobaczymy ponad nim wymagać będzie kompromisów nie do pogodzenia z sumieniem. Wielu z nas na nie pójdzie i nienawiść zatriumfuje.
Jeżeli mimo wszystko cały czas nie wierzycie w czarny scenariusz redukcji Polski do roli ekonomicznej pustyni przerobionej na jeden wielki obóz dla – nb. jak najbardziej legalnych, bo najpierw kilkoma pieczątkami i podpisami usankcjonowanych – imigrantów, rozważcie to w kategoriach prawdopodobieństwa. A prawdopodobieństwo tego, że duet premier – przewodniczący partii rządzącej i prezydent – wiceprzewodniczący tej samej partii, na to wszystko zezwoli, jest zdecydowanie wyższe niż to, że dopuści do tego nie ich człowiek.
Żeby była jasność: nie jest moją intencją straszenie, że jeżeli po wyborach rzeczywiście ta czarna wizja się zrealizuje, to będziemy pamiętać, kto przyłożył do tego rękę i im pokażemy. Nie będziemy, a jeżeli nawet, to nikomu z tego powodu włos z głowy nie spadnie.
To nie czas gróźb, ale apelów do sumień.
Zapytajmy wątpiących, czy są pewni, że rezygnując z opowiedzenia się przeciwko temu wszystkiemu – od legalnego zabijania nienarodzonych po otwarcie się na imigrację – mają pewność, że psychicznie udźwigną ciężar konsekwencji, gdy te nastąpią. Czy naprawdę wierzą, że zagłuszą sumienie wyparciem i zaprzeczaniem? Wobec ogromu namacalnych spustoszeń, nawet wspomagane wódą i pigułami może tym razem nie dać już rady.
Dlatego nie róbmy sobie tego wzajemnie. Na złość komukolwiek nie odmrażajmy sobie uszu.
Nie szukajmy zemsty, nie wpadajmy w pułapkę rozgoryczenia i indywidualnej satysfakcji kosztem interesu naszej zbiorowości. Schadenfreude, ta chora przyjemność z cudzego nieszczęścia, niczego nie osłodzi, bo to nie będzie nieszczęście cudze, ale nasze, zbiorowe. Nawet więc będąc głęboko przekonanymi, że ci którym powierzamy ten kawałek ziemi nad Wisłą są beznadziejni i nie zasługują na nasze zaufanie, to nadal beznadzieja ta jest niczym wobec tragizmu, jaki zgotują nam ludzie stojący już w blokach startowych, by przejąć nad nami kuratelę. Dlatego bądźmy wreszcie mądrzy przed szkodą i przestańmy się teraz choć na chwilę różnić. Po to, żebyśmy prawa do różnienia się nie stracili na zawsze. To ostatni moment na opamiętanie.




Komentarze
Pokaż komentarze (16)