Ignatius Ignatius
48
BLOG

Przymierze dorosłych dzieci: I am Morbid (Angel) / CETI - Relacja

Ignatius Ignatius Kultura Obserwuj notkę 0

(Tak to już) Piątą edycja Metal Doctrine Festival odbyła się 13.08 w katowickiej Fabryce Porcelany P23.

Tegoroczny lineup był stylistycznie urozmaicony i pełen wyjątkowych, repertuarowych sztosów, o czym sami się przekonacie czytając niniejszą relację.

Dotarłem na miejsce mniej więcej w połowie festiwalu. Niestety znów przegapiłem bytomski Offence nad czym wielce ubolewam... ale co się odwlecze...

Iperyt

Zacząłem od szwadronu śmierci, jednej z grup Warcrimera. nazwę noszącą od słynnego bojowego gazu musztardowego, zastosowanego na belgijskich polach Flandrii wokół Ypres podczas I Wojny Światowej. Pola, które pochłonęły życie ponad 500 000 żołnierzy...

To drugi, zarazem najbardziej ekstremistyczny z trzech projektów powołanych przez lidera Infernal War. Ostatnie lata terroryści skupiali się głównie na swej najmłodszej komórce organizacji wywrotowych - Voidhanger. Międzyczasie Iperyt wydał, udany, bardzo długo oczekiwany trzeci album pt. The Patchwork Gehinnom (2017), jednak o dziwo, w żadnej mierze nie przełożyło się to aktywność koncertową...

Tak się złożyło, że publiczna egzekucja w ramach Metal Doctrine Festival V była pierwszym od dziesięciu lat występem na żywo. Sam rozumiecie, że to okazja nie byle jaka aby móc obcować z takim dźwiękowym zwyrodnieniem na żywo i w kolorze.

Cold-blooded dominator
Antihuman hate generator

Niepokojące balaklawy, wraz z odbezpieczonym automatem (perkusyjnym). Owe urządzenie masowego rażenia, obsługiwane było przez Shockera, który postawił przytłaczającą dźwiękową ścianę nośną, dominując, (niemalże) niepodzielnie, rządząc sferą dźwięków. Odczłowieczone, na granicy absurdu tempo terrorcora, zindustrializowanego, uczernionego śmiercią metalu.

Uwagę przykuwało również intrygujące zachowanie sceniczne Shockera – zawodnik nie miał za dużo do roboty (nie licząc okazjonalnego programowania samplera i dodatkowych wokaliz) robił więc sceny. Najciekawszym motywem był boksowanie się z niewidzialnym przeciwnikiem przy serii bardzo szybkich stroboskopowych błysków.

Reszta składu, co oczywiste, nie pozostawała dłużna siejąc zamęt, śmierć i zniszczenie dławiąc spragnionych ekstremalnego hałasu z skutecznością tytułowego bojowego środku trującego. Wszystko w imię absolutnego braku miłosierdzia dla bliźniego, braku ludzkich odruchów, słowem czystej mizantropii stosowanej.

W tym projekcie przecież o to właśnie chodzi. To zdecydowanie za dużo może powiedziane, że posiadam „mieszane” odczucia albo jakieś wąty... bo bezkompromisowo poniewierali dźwiękiem aż miło było słyszeć jak puchnie... jednak, w tym szaleństwie, jakim jest Iperyt, duża rolę odgrywają klimatyczne sample, które zostały skutecznie stłamszone przez resztę akompaniamentu.

Dlatego nie widzę sensu za bardzo się rozwodzić na temat tego co grali. Program szybko stał się to kwestią drugorzędną. Był to nieprzerwany strumień nihilistycznej pogardy dla rodzaju ludzkiego. Wyrażanej ludobójczą pracą gitar likwidujące oznaki życia niczym wżynające się w szyje fortepianowe struny, szarpiące niczym drut żyletkowy typy concertina.

Tempo nadawało wspomniane bombardowania termobarycznymi beatami, zajadle dążące do wzniecenia całopalenia umęczonej Planety Ziemia.

Był to najbardziej skrajny występ tejże edycji festiwalu. Liczyłem może niepotrzebnie na większą selektywność poszczególnych instrumentów... ale jak już wspomniałem, w kontekście metodycznie zorganizowanego pozyskiwania ludzkiej mączki kostnej to nie ma żadnego znaczenia. Tym samym udało mi się zaliczyć koncert ostatniego z projektów Herr Warcrimera, z czego jestem niezmiernie rad. Mam tylko nadzieję, że na następną okazję nie przyjdzie czekać kolejnej dekady na kolejną próbę zaorania tego padołu łez.

Sceptic

Po zgotowanej przez Iperyt kaźni, pierwsze sekundy brzmiały wyjątkowo cywilizowanie i subtelnie - jak na death metalowe standardy rzecz jasna.

Co prawda delektowałem się występem krakowskich techników trochę ponad pół roku temu, jednak biorąc pod uwagę formę zespołu i programową propozycję obejmującą przekrój całej twórczości, po prostu nie można pozwolić sobie na przegapienie takiej okazji jak gig Sceptica.

Przypomnę, że zespół Jacka Hiro niedawno powrócił po zbyt długim stanie zawieszenia. Ów powrót, po kilkunastu latach, nie odbył się z pustymi rękoma: oprócz wznowienia całego katalogu, Sceptic wydał po siedemnastu latach Nailed to Ignorance (2022), album popełniony w niemal takim samym składzie co Blind Existence (1999) - co najważniejsze trzymającym poziom poprzednich czterech długograjów.

Dark depths of earth are hidden in secrecy
Which lies in door to another reality
Gate left here by an Ancient Entity
Preserved in time for all to see

To była dla mnie dokładna powtórka z programu z ubiegłorocznego występu w ramach XIII edycji sosnowieckiego Metalfestu. Sceptic niemal po równo częstował frykasami z poszczególnych płyt. Otworzyli „Ancient Portal”, z którego wypełzała dźwiękowa niesamowitość, zaklinana przez instrumentalistów o nieprzeciętnych umiejętnościach technicznych. Nastąpił przeskok do tytułowego utworu „Internal Complexity” z czwartego albumu, ostatniego przed przerwą w życiorysie Sceptica. Przypomnę, że płyta ta posiada dwie wersje wokalne z Werą (Totem) oraz z Marcinem Urbasiem, która jako dodatek została dodana zarówno w pierwszym wydaniu jak i wznowieniu. Od siebie dodam, że obu wersji warto posłuchać.

Przyszedł czas na świeższe mięsko, w tej roli treściwy kąsek pt. „Wolf as a Shepard” z obłędnymi gitarowymi solówkami. Jest to najlepsze świadectwo na to, że Jacek jest w formie i z niecierpliwością wyczekuję premiery debiutanckiego albumu zespołu Popiór powstałej na popiołach KATA i Romana Kostrzewskiego – wysokiej jakości sfery gitarowej jestem bardziej niż pewny.

Niezmiennie jak siedemnaście lat temu ciarki mam słuchając gitarowego motywu w „Unbeliver Script” – napisałem o tym już w relacji z sosnowieckiego koncertu ale nadal wciąż się dziwuję... dwadzieścia lat temu w naszym kraju, takie płyty dystrybuowane były za pośrednictwem czasopisma muzycznego.

Przyszedł czas na odkopanie debiutanckiego albumu... ile ja się naczekałem na reedycję tego mocarnego krążka (nie mogąc upolować pierwszego bicia za rozsądne pieniądze). Sięgnięto po „Interior of Life” - wydawać się mogło, że pod koniec ubiegłego stulecia stylistyka technicznego death metalu była dość wyeksploatowana, ale jednak Sceptic mimo oczywistych inspiracji potrafił zbudować swój styl. Wszystko dzięki nieprzeciętnemu talentowi lidera całego przedsięwzięcia – gitarzysty Jacka Hiro, który czarował swoimi wirtuozerskimi partiami solowymi. Dzięki lepszemu nagłośnieniu niż w Sosnowcu (któremu niczego nie brakowało) przeżywałem zapierającą dech w piersiach grę poszczególnych muzyków. Bez wyjątku: zarówno obłędna gra Jacka Hiro, czy nie do przecenienia praca sekcji rytmicznej: Jakuba Koguta (perkusja) a zwłaszcza Pawła Kolasy (bas).

Niestety przyszedł czas na zakończenie transmisji z starożytnego portalu - równie wysmakowaną co śmiercionośną. Ostatnim utworem zagranym przez Sceptic w ramach piątej edycji Metal Doctrine Festiwalu był „Illusion Possessor” z Unbeliver Script (2003) – tak jak poprzednio czuć oczywiście niedosyt, mało by było nawet po dwugodzinnym secie... tak świetnie zrealizowany, koncert w połączeniu z wyśmienitym programem to gratka dla koneserów wysublimowanej niebanalnie melodyjnej metalowej ekstremy.

Impiety

Bezbożność made in Singapur. Okrutnie jadowita bluźniercza hekatomba w azjatyckim bezkompromisowym wydaniu. Oldschoolowy czarny kvlt śmierci, wyrażający nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat, bezbrzeżną wrogość wobec chrześcijaństwa.

Mocno odmłodzoną hordę prowadzi Shyaithan, jedyny ze starego składu, pełniący obecnie rolę zarówno wokalisty jak i gitarzysty (jak za starych dobrych czasów, gdy zespół zwał się Sexfago). Lider zespołu musiał być pewny i osobiście, niczym zbrojmistrz doglądał technicznych aby nie odwalili fuszerki (ci zaś nie kryli zniecierpliwienia).

To był najbardziej skrajny wyziew tego wieczora, z którym w szranki stanąć mógł tylko Iperyt. Z tą tylko, drobną różnicą, że za garami siedział opętany ale jednak człowiek - Dizazter.

Oprócz rasowego dosadnego image w sukurs przyszło zachowanie sceniczne pełne orientalnych gestów jak i całkiem uniwersalnych jak wywalanie języka przez gitarzystę Iszara, podkreślającego dramaturgię bądź moment kulminacyjny danego utworu.

Diabelskie nasienie lało się strumieniami, ale chyba najbardziej „przebojowe” okazały się spusty surówy pokroju np. „Christfuckingchrist” z Kaos Kommand 696 (2002) czy znacznie świeższy „Azazel” z ostatniego długograja Versus All Gods (2019). W każdym razie gawiedź bawiła się przednie, gotując wyborny mosh, gdzie w tańcu się zdecydowanie nie oszczędzano. Bez groźnie wyglądających kolizji, wywrotek a zatem idących kontuzji się nie obyło. Jak to mówią „metal to nie rurki z kremem”.

CETI

Mają jaja żeby wyjść po takim bezpardonowym zezwierzęceniu... ale przecież dwadzieścia lat temu Grzegorz Kupczyk razem z Turbo wyruszyli w trasę z Vader i wszystko grało i buczało.

Ambitne młodziki idealnie odnajdujące się w czystej heavy metalowej stylistyce w barwach CETI kontynuują historię jednego z czołowych wokalistów PRL/III RP. Umożliwiając przeżywanie kolejnej młodości 65. letniemu Grzegorzowi, o czym najlepiej świadczy wymierny sukces ostatnich albumów, w których na dodatek powrócił do tekstów w rodzimym języku.

To że lider zespołu jest sentymentalny dał na przestrzeni dekad nieraz słuszny wyraz. W postaci niezliczonych, specjalnych, jubileuszowych koncertów i wydawnictw. Celebrującymi bogaty dorobek twórczy i sceniczną aktywność pod różnymi szyldami.

Dorosłe dzieci mają żal,
Za kiepski przepis na ten świat.

W tym duchu postanowiono uczcić trasą koncertową, jedną z pionierskich dla polskiego heavy metalu płyt. Z tytułowym hymnem pokolenia Stanu Wojennego - Dorosłe dzieci (1983), albumu, który powstałby szybciej, gdyby nie zbrodniczy reżim komunistyczny.
Przedsięwzięcie jak najbardziej uzasadnione, lecz nie mogę pojąc dlaczego nie odbywa się w ramach zespołu Turbo?

Owszem w 2020-21 odbyły się specjalne Koncerty Turbo z okazji czterdziestolecia powstania zespołu. W rodzimym Poznaniu zagrano nawet koncert specjalny, gdzie zaproszono m.in. Henryka Tomczaka, Andrzeja Łysówa, Grzegorza Kupczyka.

Aż prosiło się, żeby pociągnąć to dalej, choćby w ramach uczczenia czterdziestolecia wydania pierwszego albumu... ale jak się nie ma co się lubi...

Faktem jest, że zasilany świeżą krwią instrumentalistów (jedynie gitarzysta Bartek Sadura trzyma się w składzie od 2004 roku, niestety nadal zespół występuje bez grającej na klawiszach Marihuany) , Grzegorz potrafi oddać namiastkę klimatu początku lat 80. Brzmienie instrumentów idealnie współgrało z repertuarem, który niestety ostatecznie nie obejmował odegrania w całości pierwszej płyty Turbo...

Niepokojące intro, niebieskie światła (milicyjnych suk), w tle wplecione przemówienie Spawacza obwieszczające wprowadzenia Stanu Wojennego. Intrygujący wstęp nakreślający realia powstawania jednego z najważniejszych polskich metalowych, szerzej rockowych debiutów wszechczasów.

Tak wielu Ikarów się rodzi od nowa, a lot ich szaleńczy wciąż trwa,
wciąż trwa, wciąż trwa.

Wystrzelił „Szalony Ikar” i trudno chyba o lepsze otwarcie, wspaniały, rozpędzony epicki heavy metalowy hymn. Bardzo pozytywnie nakręcający kawałek, który widocznie udzielał się nie tylko szalonemu Tommiemu Roxxowi – chociaż to mało miarodajny przykład bo basista CETI skłonny jest popadać w egzaltację nawet w trakcie wykonywania „Dorosłych dzieci” – zastanawiam się, jakby się zachowywał podczas „51” TSA...

W zapowiedzi „Mówili kiedyś” Grzegorz żachnął się na temat tego, że rzekomo „kiedyś było lepiej”... Doceniam to wydawałoby się oczywiste stanowisko – konsekwentne zwłaszcza ze względu na antykomunistyczne przesłanie albumu, za który odpowiadał m.in. autor tekstów ś.p. Andrzej Sobczak.

Jak nadmieniłem na wstępie niestety zabrakło czasu na wykonanie w całości albumu na żywo. Miast tego sięgnięto po niewiele młodsze kawałki: „Wszystko będzie O.K”. z Smaku ciszy (1985) i najlepiej przyjęte killery w postaci dwóch części „Kawalerii szatana” – na których sztuką jest nie zdarcie sobie gardła. To bezapelacyjne standardy polskiego metalu. Szkoda, tylko, że nie wykonali mniej znanej, wydanej już pod szyldem CETI trzeciej części...

Swoją drogą przypadek Turbo jest jednym z najbardziej jaskrawych jeżeli chodzi o patologię prlowskiego przemysłu fonograficznego. Wystarczy prześledzić (koniunkturalną) rewolucję stylistyczną trzech pierwszych albumów. System literalnie nie nadążał za turbo tempem narzuconym przez zespół. Łaskawie ukazał się heavy metalowy hołdzik dla Iron Maiden - Smak ciszy (1985) a zespół na koncertach jechał już z thrashem...

Wracając do debiutu Turbo cieszyła mnie zwłaszcza obecność „Toczy się po linie” i oczywiście finał w postaci utworu tytułowego – pal licho, że bez Wojciecha Hoffmana na gitarze - chłonąłem chwilę obcowania z wybitnym głosem, zwłaszcza, że Grzegorz pozwolił sobie na fenomenalny popis wokalnych umiejętności. A, że nasz wybitny Głos ma szczęście do instrumentalistów, to zaprawdę można trasę 40 lat Dorosłe dzieci, potraktować jako międzypokoleniowy hołd dla korzeni polskiego metalu.

I am Morbid (Angel)

22.06.1993 roku, dzień, który przeszedł do historii jako ukoronowanie death metalu. Dzień, kiedy death metal wkroczył (umazanymi posoką buciorami, ciągnącymi za sobą poplątane zwoje parujących jelit) w mainstream. Wówczas ukazał się trzeci album długogrający Morbid Angel: Covenant (1993) Pierwszy album death metalowy, który został wydany przez wytwórnie fonograficzną typu major.

Żeby było ciekawiej tego samego dnia ukazała się również piąta płyta Death: Individual Thought Patterns (1993).

23.11 2014 roku, w katowickim (nieodżałowanym) MegaClubie byłem na koncercie Morbid Angel z okazji dwudziestolecia Covenant (1993). Gdy coś się rozpatruje w kontekście historycznym – wydaje się prostsze. Wówczas był jeden Morbid Angel z Treyem Azagthothem ale za to bez Pete'a 'Commando' Sandovala. Była również wojna na Ukrainie ale jeszcze w wersji light. Jako ciekawostkę przypomnę, że powodem wyrzucenia z zespołu wieloletniego perkusisty stanowiło jego nawrócenie na chrześcijaństwo.

Minęła dekada, są dwa Morbid Angele a wojna na Ukrainie w wersji pełnoskalowej.

Trudno mi z perspektywy czasu jednoznacznie orzec, który koncert był lepszy... zdecydowanie były inne pod wieloma względami. Pominę nawet analizę setlist. Pewnym jestem, że śmiało można traktować funkcjonujący od 2016 roku I am Morbid jako kanonicznych dziedziców Morbid Angel. Byłem tego pewny w 2022r., i po niniejszym koncercie tylko mnie w tym przeświadczeniu utwierdzili. Nieraz w swoich relacjach to podkreślałem ale trochę boli, że wielkie zespoły się małostkowo rozmieniają na drobne ale należy brać co dają i się z tego cieszyć.

Podobno od samego początku coś się organizacyjnie sypało. Faktycznie w momencie przybycia na festiwal opóźnienie sięgało ~20 minut. Nie ominęło to samej gwiazdy wieczoru. Żywej historii death metalu...

Po kolejnych dwudziestu minutach obsuwy, jeden z technicznych, z świeczkami w oczach bąknął (bardziej do siebie), że przygotowywany dla Peta Sandovala stołek się zepsuł... co skutkowało kolejnymi minutami opóźnienia.

Z kwestii technicznych i organizacyjnych, oprócz opóźnień, doskwierały warunki klimatyczne wewnątrz obiektu - była taka gehenna, że goście rodem z Florydy i Brazylii wymiękali... niebyli wcale w tym odosobnieni – Grzegorz Kupczyk w pewnym momencie stwierdził, że jest chyba 80. stopni... infernalne warunki jedynie Azjatom nie dawały się we znaki.
Wreszcie jednak się ziściło Dave Vincent z Petem Sandovalem przybyli i zdetonowali piekło...

I'll take your soul and You'll
Be like me
In emptiness, free
Just bow to me faithfully
Bow to me splendidly

Nastąpiło to rzecz jasna dopiero, gdy Commando uznał, że można zasiąść na swoim stanowisku artyleryjskim. Szybko zaatakował demonstrując swe mistrzostwo, niekwestionowaną pozycję w światowej czołówce perkusistów. Nieprzeciętne umiejętności techniczne jednego z innowatorów ekstremalnego bębnienia (jeden z pionierów stosowania blastów), wspierane przez potężne nagłośnienie dało piorunująco druzgocący efekt.

W zeszłym roku, w Prima Aprilis, w tym samym miejscu uczcili rocznicę Blessed are the Sick (1991) i wówczas też była to mieszanka A,B,C,D. Obecna trasa poświęcona jest albumowi na literkę C i w ostatecznym rozrachunku świadczy to o dość kosmetyczna różnica, polegająca na zmianie proporcji – i bardzo dobrze, im więcej pretekstów do organizowania tras, a co tym idzie okazji do obcowania z esencjonalną twórczością Morbidów na żywca tym lepiej.

Toż to death metalowe, ultra standardy, adorujące przedwiecznych: „Immortal Rites”, „Fall From Grace”, „Maze of Torment” żeby wymienić raptem kilka z nich, dla unaocznienia skali zagęszczenia sromotnych miazmatów, wikłających w maniakalnym amoku wszystkich zgromadzonych pod sceną. Jedynie czego mi brakowało względem poprzedniej trasy to absencja „Dead Shall Rise” z repertuaru Terrorizer...

W kwestii wykonania zastrzeżeń mieć nie można, wszystko było na tip-top, zwłaszcza nagłośnienie Sandovala, który zdecydowanie jest najmocniejszym ogniwem przedsięwzięcia – co między słowami dał zrozumienia sam Dave Vincent w trakcie zapowiadania jednego z utworów.

W I Am Morbid na wiosłach szyje dwójka „młodych gitarzystów”, którzy zdecydowanie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi i godnie czynią swą powinność. Tyczy się to zwłaszcza Brazylijczyka Billa Hudsona, który przyszedł na świat w roku kiedy Morbid Angel został powołany do życia... Warto sobie prześledzić z kim dzielił deski scen na całym świecie, dzięki temu jego obecność w składzie I am Morbid staje się na wskroś uzasadniona. O tym, że sroce spod ogona nie wypadł świadczył bardzo dobry popis solowy podczas którego dał odsapnąć kolegom z zespołu. Również Ritchiemu Brownowi (który zastąpił Kellego Mclauchlina) niczego zarzucić nie można (ostatnio zasila również skład Terrorizera). Razem z Billem wprawnie szyli prastare riffowe inkantacje.

O ile głos Dave'a jest bez zarzutów to już mu się niechce tak bardzo wczuwać jak przed laty – 10. lat temu kapitalnie interpretował poszczególne utwory niepokojącą mimiką, gestem, tak teraz jakby bardziej na chłodno i z dystansem podchodzi do występów (wyjątkiem był hicior „God of Emptiness”, którego nie da się poprawnie wykonać choćby bez krzty aktorstwa).

W dodatku nie wiem czy to kwestia mikroklimatu wewnątrz P23 ale o co mnie zaskoczyło Dave nie rozpuścił włosów – co w metalu, zwłaszcza w przypadku takiego zespołu jest na tyle osobliwe, że postanowiłem się podzielić tym spostrzeżeniem.

Jednak to oczywiście są nic nieznaczące niuanse Dave, Pete, Bill i Ritchie dają z siebie wszystko godnie oddając hołd kolejnemu legendarnemu kamieniu milowemu metalowej ekstremy. Ciekawe, której płycie będzie poświęcona trasa: 35. lecie A ? Czy może jednak trzydziestka D ?

To był intensywny festiwalowy skład pełen naprawdę wyjątkowo kozackich sztuk. Podziwiam wszystkich tych co wytrwali od początku do końca, w tych (oględnie rzecz ujmując) niesprzyjających warunkach.

Ignacy J. Krzemiński

Zobacz galerię zdjęć:

Iperyt
Iperyt Sceptic Impiety CETI I am Morbid
Ignatius
O mnie Ignatius

♤Everything louder than everyone else♤ Entuzjasta hard'n'heavy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura