Zacznijmy od samej góry, czyli od prezydenta. Te kadencje prezydenckie są stanowczo za długie. Już nawet nie 4 lata, jak w przypadku kadencji parlamentarnych, ale 5. Nawet kadencja prezydenta USA, który ma o wiele większe uprawnienia, niż polski prez., trwa 4 lata. W czym polski prez.jest lepszy od amerykańskiego, że jego kadencja musi trwać aż 5 lat? Stanowczo za długo i nie ma to żadnego uzasadnienia w nowoczesnej demokracji, tym bardziej, że procedura odwołania prezydenta kraju jest obwarowana takimi przeszkodami, iż w praktyce jest to u nas niemalże niewykonalne. Już łatwiej odwołać prezydenta USA, gdyż do wszczęcia procedury impeachmentu wystarczy zwykła większość, co prawda w obu izbach Kongresu. Już o wiele łatwiej było pozbawić władzy niejednego króla i cesarza bez konieczności usuwania go z tego świata, niż współczesnego, wybieralnego w powszechnych wyborach prezydenta Polski. Współcześni, rzekomo demokratyczni przedstawiciele narodu obwarowali się przepisami tak ściśle, że niekiedy jeszcze trudniej odsunąć ich od władzy od monarchicznych władców. Urzędujący prezydent musiałby się chyba dopuścić się nie wiem jakiej zbrodni, żeby nawet najtwardsi jego zwolennicy i sojusznicy uznali, że rzeczywiście trzeba go odwołać. Ale to też wcale nie jest takie oczywiste.
Nie wystarczyłyby same oskarżenia, musiałby zostać skazany prawomocnym wyrokiem, a do tego, żeby mógł być w ogóle postawiony przed sądem, potrzeba Zgromadzenia Narodowego obu izb (Sejmu i Senatu), który dopiero większością 2/3 (374 głosów) decyduje o postawieniu prezydenta w stan oskarżenia przed Trybunałem Stanu/dopuszczeniu do postawienia go w stan oskarżenia przed sądem. Wówczas dopiero prezydent zostaje jedynie zawieszony na czas postępowania przed sądem/Trybunałem Stanu i zastępuje go marszałek Sejmu.
Nie trudno sobie wyobrazić, że nawet w przypadku poważnych podejrzeń i otwarcia postępowania przez prokuraturę trudno byłoby taką większość uzyskać w naszym Sejmie. Prezydent musiałby zostać praktycznie złapany na gorącym uczynku i to przez wielu świadków, a najlepiej nagrany na telefon w czasie popełniania przestępstwa. W przeciwnym razie nie byłoby o czym mówić. Obóz polityczny prezydenta i jego zwolennicy natychmiast, bez względu na ciężar oskarżeń i świadectwa świadków, okrzyknęliby dochodzenie jako sfingowane przez rządzących etc.
Nie może również dojść do odwołania prezydenta w drodze referendum, tak jak to jest w przypadku prez. miast (ostatnio sprawa prez. Warszawy, Rafała Trzaskowskiego). Tu już wystarczy zebrać głupie 100 tys. podpisów, żeby urządzić ogólne głosowanie nad jego odwołaniem. Wystarczy byle pretekst, a taki znajdzie się zawsze, żeby pod ich przykrywką zmobilizować przeciwników nie tyle samego prez., co obozu politycznego, z którego się on wywodzi.
Nie piszę tego akurat dlatego, że nie należę do zwolenników aktualnego prez. O konieczności wprowadzenia limitu kadencji dla posłów i senatorów do dwóch jak dla prez. kraju pisałem już wcześniej, a przecież uderzyłoby to we wszystkie partie bez wyjątku. Uważam jednak, że w naszym interesie, wyborców i państwa, jest odsunięcie tych wszystkich dożywotnich posłów i senatorów, wiecznych prezesów wiecznych partii, którzy odcinając kupony od raz już zdobytej popularności i zaufania trwają na stanowiskach bez względu na to, czy wciąż mają coś pozytywnego do zaoferowania spoleczeństwu, czy już tylko pilnują przysłowiowego koryta. Pisałem już czym to poza tym jeszcze grozi, z jakimi patologiami się wiąże:
IV. Kadencje wybieralnych urzędników państwowych
O ile w większości współczesnych demokracji kadencja prezydentów krajów jest ograniczona do dwóch, o tyle już posłowie czy senatorowie, czy inni wysocy urzędnicy państwowi, mogą je pełnić po wielokroć, a w teorii dożywotnio, o ile nadal będą wybierani.
Taki stan rzeczy rodzi mnóstwo patologii, walką z którymi społeczeństwo i kolejne rządy są coraz bardziej absorbowane. Klasa polityczna, która większość swojej uwagi, o ile nie całą, skupia na walce z generowanymi przez siebie samą patologiami - powinna zostać jak najszybciej wymieniona, gdyż to Naród i jego dobro jest nadrzędne, a nie dobro i trwanie za wszelka cenę tego czy innego ugrupowania politycznego.
Do głównych negatywnych konsekwencji możliwości nieograniczonego w czasie sprawowania państwowych funkcji przez polityków i wysokich urzędników można zaliczyć:
- tworzenie głębokich struktur, grup interesów, sieci zależności w celu zabetonowania i zawłaszczenia instytucji państwowych;
- skupianie się na dobru i interesie już tylko owych struktur etc. kosztem interesu spolecznego;
- stopniowe zawłaszczanie państwa przez wąskie środowiska skutkujące dryfem systemu demokratycznego w stronę autorytaryzmu.
Z tych m.in. powodów jest wskazane ograniczenie liczby kadencji dla posłów, senatorów i pełniących najwyższe stanowiska państwowe ministerialne i samorządowe, tak jak dla prezydenta kraju - do dwóch maksymalnie pięcioletnich kadencji.
https://www.salon24.pl/u/lasbirnamski/1517261,ogolne-zasady-demokracji-i-panstwa-demokratycznego
Nie widzę zatem problemu w skróceniu kadencji prez. kraju przynajmniej do 4 lat. W zasadzie nie widzę problemu w tym, żeby ta kadencja wynosił np. tylko 2 lata. W końcu to tylko jeden człowiek taki jak każdy inny, omylny itd. Dlaczego jego kadencja miałaby trwać dlużej, niż kadencja całego rządu? To absurd. Aktualna Konstytucja wymaga wielu zmian, nie tylko pod tym względem, gdyż większość toczących się przy okazji każdych kolejnych wyb. parl. i prez. debat dotyczy w istocie kwestii, które powinny być ostatecznie uregulowane poprzez samą Konstytucję, jak chociażby kwestia aborcji, związków nieheteroseksualnych, religii w szkołach etc. A nie jest. Konstytucja pod tym względem jest nieprecyzyjna i wielu wykorzystuje to do wszczynania na nowo ideologicznych dysput i budowania na nich politycznych karier nie mając w istocie nic kontruktywnego do zaoferowania społeczeństwu i żadnych innych sensownych pomysłów.
Sama zmiana Konstytucji (inaczej jak np. na Węgrzech) jest u nas obramowana, podobnie jak w przypadku odwołania prez. kraju, zbyt uciążliwymi warunkami, bo potrzeba uzyskania tzw. większości konstytucyjnej, czyli poparcia 2/3 Sejmu. W ten sposób blokuje się czasem na dziesięciolecia możliwość naprawiania prawa i doskonalenia systemu. To rodzi niepotrzebne konflikty i spory, które bez zmiany Konstytucji nie mają szans zostać zażegnane a my pójść wreszcie do przodu.
I tak koło się zamyka, a my w tym kole obracamy się jałowo już kolejną dekadę. Nic w tym kraju się nie zmieni, bo sami sobie narzucamy zbyt duże i blokujące nas ograniczenia, i z tym chomątem na szyi ciągnąc w dodatku wóz pełny siana chcielibyśmy przewodzić innym, być w jakiejś politycznej awangardzie, brać udział w światowym wyścigu, a ledwo jesteśmy w stanie dojechać do własnej stodoły. Zanim do niego staniemy, jest już po wszystkim a nam zostaje już tylko pokorne przyjęcie warunków stawianych przez innych. Tak było za PiS i tak jest teraz, i tak będzie dalej bez względu na to kto będzie rządzić :tzw. prawica, czy tzw. lewica, aż w końcu komuś nie uda się przekonać ludzi, żeby zaufali mu na tyle, aby takich koniecznych zmian dokonał. Niestety, nie widzę nikogo takiego na aktualnej scenie politycznej. A innych ci, którzy już na niej są, niestety nie dopuszczą. M.in. z tych właśnie powodów, które opisałem powyżej.
Dokoła robi się coraz niebezpieczniej, rosną zagrożenia, a my jeszcze sobie dokladamy niepotrzebnych wewnętrznych sporów bez szans na ich rozwiązanie, gdyż nigdy o to nie chodziło, a jedynie o robienie igrzysk, żeby odwrócić uwagę ludzi od naprawdę istotnych spraw, których rozwiązywanie wymagałoby już jednak zasiądnięcia do wspólnego stołu. Nasi politycy myślą jednak co najwyżej o wywracaniu stołu, a nie zasiadaniu do niego i kontruktywnej rozmowie.. Ale nawet to wywracanie nie za bardzo im wychodzi, bo być może chociaż dzięki temu udałoby się dokonać jakichś potrzebnych zmian. Ot, zwykłe niedorajdy i miernoty, które zmieniają się tylko po to, żeby sprzątać po sobie nawzajem bałagan, który robią. Zastąpić się nie pozwalają, bo ułożyli pod siebie prawo i Konstytucję, która bardziej służy ochronie ich tyłków, niż Narodowi. A miało być na odwrót.
rysunek: Karol KOSSAK (1896-1975), Koń [Nasza szkapa]


Komentarze
Pokaż komentarze (13)