W aktualnej naszej historii III RP ewidentnie zabrakło takiej instytucji, być może z braku niewolników :-) Regularnie obserwujemy, jak najwięksi gracze w pewnym momencie popełniają zaskakujące błędy, czasem kończące ich triumfalną drogę, pełną sukcesów. Przyczyna jest jasna - tak się poczuli lepsi od otoczenia, że nie słuchają niczyich przestróg. Ten syndrom jest jednym z największych zagrożeń dla prawdziwych Liderów, wyjątkowo trudny do uniknięcia i powodują go dwa psychologiczne zjawiska.
Lech Wałęsa był wielkim, samorodnym talentem politycznym, przez wiele, wiele lat wygrywał z każdym przeciwnikiem, nic więc dziwnego, że uznał iż nie potrzebuje niczyich rad. W rezultacie w swojej kolejnej walce stanął wobec Kwaśniewskiego zupełnie sam i nie znalazł sie nikt, kto by mógł powiedzieć, jak mała różnica dzieli Siłę od Arogancji. Proponując rywalowi na Prezydenta nogę przegrał pierwszy raz w życiu i to wystarczyło, aby na zawsze wypaść z gry.
Donald Tusk był wielkim graczem, w końcu był najdłużej rządzącym politykiem w dziejach III RP, a jego formacja dominowała na scenie politycznej. Jednak odchodząc do Brukseli na stanowisko Prezydenta Europy przekazał władzę Ewie Kopacz, mimo że wszyscy orientujący sie w polityce ludzie wiedzieli, iż nie jest to mówiąc delikatnie najlepszy pomysł. Obecnie oglądamy efekty tej decyzji.....
Leszek Miller wielokrotnie udowodnił swój talent polityczny, wystarczy wspomnieć jego wielki "come back " po wyjściu z bagna Samoobrony na szefa SLD. Absolutnie nie byłem jego fanem, ale nie sposób było nie podziwiać jego sprytnych posunięć. Aż w końcu temu kutemu na cztery nogi graczowi zdarzyła się dr. Ogórek....aż zęby bolały, gdy się oglądało tę tragifarsę! I to był koniec kolejnego Lidera.
Ostatnim prawdziwym Liderem z pokolenia Magdalenki pozostał Jarosław Kaczyński, który po odejściu Tuska na Salony dominuje polską scenę polityczną. Nie ukrywam jednak, że czując sie nieco przybity ostatnią serią jego zwycięstw, z niejaką ulgą przekonałem się, że i ON stał sie ofiarą Syndromu Lidera.
Funkcja Prezydenta Polski, podobnie jak w całej Europie opiera się na klasycznym rozwiązaniu, gdy Głowa Państwa ( król ,prezydent ) posiada maksimum zaszczytów przy stosunkowo niewielkim potencjale politycznym. Decyduje o tym nasza Konstytucja, która została stworzona przez polityków ciężko przestraszonych przez Prezydenta Wałęsę.
Istotą błędu Prezesa było to, że zapomniał o otoczeniu Prezydenta. Tutaj znów kłania się ludzka psychologia. W końcu ja, jak chyba każdy człowiek, byłbym dumny, gdyby mój dobry znajmy, szef czy członek rodziny został Prezydentem Polski! byłoby czym się pochwalić i poczuć się trochę wyższym na drabinie społecznej. Tylko co zrobić, kiedy ten Prezydent okazał się Adrianem? Jak ja i cała reszta otoczenia Prezydenta mamy znosić ironiczne spojrzenia i komentarze "najlepszych przyjaciół", którym przecież wcześniej tyle razy zdążyliśmy się pochwalić?
Dlatego należy się dziwić, że tak późno doszło do kryzysu.
Można się domyślać, na ile ostatni kryzys rządowy ( bo wyrzucanie z posady najlepszego możliwie dla PIS-u i Prezesa Premiera jest Kryzysem ! ) został spowodowany przez Prezydenta i jego Kancelarię. Jest bardzo prawdopodobne, że bezpardonowa walka Prezydenta z min. MON Macierewiczem o władzę nad armią musiała się stać zapalnikiem tego kryzysu. Zaś wnosząc z już całkiem rozpaczliwego ruchu Macierewicza, który na podstawie kompletnie kretyńskiego powodu kazał aresztować gen. Pytla, Pałac Prezydencki przeszedł do udanej ofensywy.
Podsumowując - Jarosław Kaczyński sam sobie stworzył wielki problem, faktycznie ograniczający jego władzę, na własne życzenie. Popełnił poważny błąd polityczny i psychologiczny, a jego następstwa będziemy mieli możność obserwować w najbliższych miesiącach.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)