Książkę o takim tytule trzydzieści lat temu napisał kolumbijski noblista Gabriel Garcia Marquez. Jest o porwaniach kolumbijskich dziennikarzy przez kartel Escobara, wtedy już walczący z rządem tylko o warunki poddania się wymiarowi sprawiedliwości, w istocie o to, aby nie było ekstradycji do USA.
Z tym, co do dzisiaj wiemy o porwaniu Maduro miałoby to bardzo niewiele wspólnego, ale przecież historia nie musi się powtarzać całkiem dokładnie.
W tej kwestii jest tylko niejasne, czy amerykańskiemu "blitzkriegowi" sprzyjał sam Maduro, będąc - pewnie słusznie - przekonanym, że lepiej pożyć w amerykańskim areszcie niż zginąć z rąk bądź swoich byłych współpracowników lub opozycji, która wygrała ostanie wyboru i to chyba ze sporą przewagą.
W ostatnim czasie modna się stała mapa, na której Grenlandia jest w centrum. Gdyby nie to, że Trump regularnie deklaruje swoje zaufanie do Putina, można by się w zamiarach Trumpa jakiegoś militarnego sensu doszukać, ale z tej mapy wynika, że rakiety lecące z Chin do USA będą leciały nad Rosją, więc de facto musi ufać, że Putin na to nie zareaguje.
Na dziś bilans porwania Maduro wygląda tak, że o sytuacji w Wenezueli prawie nic nie wiemy, Putin, zamiast się wystraszyć, poczuł się zachęcony do wzmożenia ataków na Ukrainę, Xi, jak zwykle, się nie spieszy a w Iranie i na Kubie Amerykanie już byli.
Amerykańska agresja na Grenlandię spowoduje rozpad NATO a w dalszej konsekwencji być może zupełnie inny układ sojuszy, co zdają się już widzieć niektórzy republikanie. Na pewno widzi to Putin, ale on na razie nie ma interesu o tym mówić.
Trzeba mieć nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo to tylko Trump przypomniał się światu w sytuacji, kiedy coraz więcej mówiło się o pokoju w Ukrainie.
___________________________________________________________________


Komentarze
Pokaż komentarze (7)