Dla Trumpa to korzystny rachunek.
Unia i wspólny europejski rynek dają Europie wpływ na warunki handlu. Wspólne regulacje ograniczają swobodę amerykańskich koncernów. Rozproszone państwa mają mniejsze możliwości oporu. Każdemu można zaoferować wyjątek, kontrakt albo polityczną przychylność. Każde można też osobno naciskać.
Interes amerykańskiej administracji można w tej logice zrozumieć. Trudniej uzasadnić postawę europejskich polityków prawicy, którzy pomagają osłabiać pozycję własnych państw. Poparcie Waszyngtonu może przynieść im doraźną korzyść. W dłuższej perspektywie grozi kompromitacją, jeżeli wyborcy zobaczą cenę tej protekcji.
Aktywność MAGA w Europie można nazwać próbą kolonizacji starego kontynentu. Ograniczenia jego samodzielności i zwiększenia zależności od amerykańskiej gospodarki. Europa miałaby przede wszystkim kupować, także uzbrojenie, i w mniejszym stopniu współdecydować o warunkach współpracy. Hasła powrotu do tradycyjnych wartości pomagają zdobyć poparcie dla tego projektu. Interesy gospodarcze tylko otrzymują ideologiczne uzasadnienie dla wyznawców prawicowych partii.
To nie pierwszy taki sygnał.
Kilka miesięcy temu ambasador Tom Rose zerwał kontakty z marszałkiem Sejmu po jego krytyce Trumpa i odmowie poparcia kandydatury do pokojowego Nobla. Osobista reputacja amerykańskiego prezydenta stała się kryterium relacji z przedstawicielem polskiego państwa. Na Węgrzech Vance wsparł Orbána tuż przed wyborami, jednocześnie zarzucając ingerencję Unii Europejskiej. Zagraniczny patronat najwyraźniej przestawał być dla prawicy problemem, kiedy pochodził z Waszyngtonu.
Relacja o domniemanym namawianiu PSL do zmiany koalicji nadal wymaga potwierdzenia. Pasuje jednak do kierunku, który administracja opisuje jawnie.
Moskwa i Pekin również zyskują, gdy europejskie państwa tracą zdolność wspólnego działania.
Różnią się narzędzia i skala przemocy. Podobna pozostaje korzyść z osłabienia europejskiej siły negocjacyjnej. Europa zajęta własnymi konfliktami ma mniej możliwości obrony swoich interesów.
Najbardziej uderza rola miejscowych rzeczników suwerenności.
Zagraniczny patron może pomóc im wygrać krajową rywalizację. Państwo poniesie koszty zobowiązań wynikających z tej pomocy. Przypomina to mechanizm znany z przedrozbiorowej polityki części magnaterii. Protekcja Petersburga wzmacniała stronnictwo, a osłabiała samodzielność Rzeczypospolitej. Historyczna analogia dotyczy zależności, w którą krajowe elity wprowadzały własne państwo.
Dziś dostęp do Białego Domu daje prestiż.
Za dwa lata kontakt z obecną administracją może stać się politycznym bagażem, którego nie da się udźwignąć. Patron zachowa swobodę zmiany swoich priorytetów. Jego europejscy partnerzy pozostaną z deklaracjami lojalności i odpowiedzialnością za jej skutki.
Mocarstwo może sobie pozwolić na porzucenie klienta. Państwo nie powinno pozwalać partii, by uczyniła je klientem.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)