wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
116 obserwujących
177 notek
445k odsłon
  3161   21

Czy Unia umrze za Tuleyę? Czyli Billy Ray Valentine w Brukseli

Sędziego Igora Tulei przedstawiać nie trzeba. To zaciekły bojownik o wolność i demokrację, obecnie prześladowany przez rządzący Polską reżim. Człowiek w todze i z zazwyczaj krzywo dyndającym na szyi orłem, bardziej kojarzący się z jakimiś niekoniecznie pozytywnymi bohaterami popkultury, niż z powagą sądu. Mniejsza z tym, bo został wzięty na sztandary. To symbol walki o "wolne sądy", bo  jak wiadomo takie właśnie w Polsce mają być. W żadnym wypadku sprawiedliwe, czy bezstronne - takich haseł nikt na demonstracjach nie wznosi. Zatem Igor Tuleya ciągany tu i ówdzie w charakterze personifikacji wolnego i apolitycznego polskiego sędziego, przez równie zajadłych bojowników jak słynna europosłanka Kwiatek von Podatek, czy jakoś tak, stał się postacią pomnikową. We wszystkich centrach europejskiej demokracji.

A kim jest Billy Ray Valentine? To persona fikcyjna, choć mająca znaną powszechnie twarz - to Eddy Murphy z filmu "Nieoczekiwana zmiana miejsc", choć dla potrzeb tej notki właściwszy byłby tytuł angielski: "Trading Places" . Bo te wszystkie Bruksele, Strasburgi i Luxemburgi to takie właśnie miejsca. Nieokiełznanego handlu wszystkim, zapewne też i ludzkimi indywidualnymi losami, jeśli ktoś ważny się o nie założy, jak owi bracia Duke w przywołanym filmie. O dolara, euro, czapkę śliwek, czy "przekonanie", byle się dobrze zabawić.

Obraz Johna Landisa zdobył swego czasu wielką popularność i nic w tym dziwnego, bo jest wyjątkowo sprawnie zrobiony, świetnie zagrany,  a niebanalny scenariusz, w wielu wątkach daje podstawy do rozważań daleko wykraczających poza to, do czego zwykle inspirują tego typu dzieła. Dlatego zostawmy główny wątek, też godny poważnego zastanowienia, zwłaszcza w czasach gdy potężne media stały się instrumentem do takich jak filmowa zamian. Owidiusz ze swoimi Metamorfozami może się schować, przy tym do czego zdolni są obecni władcy impulsów i jak szybko wczorajszy bóg staje się dzisiejszym żebrakiem. I na odwrót. Gdyby tak się przyjrzeć okrzyczanym wielkim sławom biznesu, to wcale nie mielibyśmy pewności, czy przypadkiem jacyś dwaj "senatorowie" ze współczesnych Olimpów, nie założyli się o dolara właśnie co do podstaw i przebiegu ich karier. 

Wróćmy jednak do owego czarnego włóczęgi/rzezimieszka Valentina. Nieoczekiwanie wyniesiony na wysokie stanowisko w firmie brokerskiej - sprawdza się jako handlowiec. Bezbłędnie łapie trendy i w krótkim czasie staje się guru dla wszystkich inwestorów. Ryba w wodzie nieustającej spekulacji. Dlaczego nie pudłuje w swoich przewidywaniach? Bo jako człowiek z nizin potrafi myśleć zupełnie innymi kategoriami niż "analitycy". Prosta obserwacja, że nadchodzące Boże Narodzenie zmusza farmerów do zamiany mięsa na gotówkę, niezbędną do obłaskawienia żon i dzieci, pozwala na właściwe odczytanie trendu cen wieprzowiny. Poczekajmy - i tak się musza wyprzedać. Valentine ma wrażliwe ucho , czujnie przyłożone do tego co w trawie piszczy i to ucho go nie zawodzi. Sukces. Dla siebie i firmy zarabia miliony, podczas gdy zdenominowany Dan Aykroyd jako Louis Winthorpe III coraz bardziej zapada się w rynsztok.

A teraz uczulmy ucho i oko odrzucając cały medialny wrzask o wielkich wartościach bronionych przez Komisję Europejską, stanowiących fundament Unii. Spójrzmy na sytuację w jakiej znalazła się Polska przez pryzmat owych sutych imprezowiczów, omawiających przy kawiorze i szampanie wielkie interesy, których zza szyby obserwuje głodny i zmarznięty wczorajszy pupil. W co zainwestują? Kogo ograbią? Skąd wezmą na biżuterię swoich metres?

Rafał Woś napisał bardzo dobry tekst o kompradorskich elitach, chyba pierwszy z którym w całości mogę się zgodzić. Tylko te elity to symbol, a realny jest system instytucjonalny. Bardzo namacalny, a najczęściej przybierający szumne nazwy "Coś tam ( tu zazwyczaj nazwa jakiejś korporacji ) Polska Sp. z o.o. S.A. itp. System rozpięty do rangi wielkiego krwioobiegu, napędzany osławionymi unijnymi funduszami. Zasysa je, natlenia w Polsce i odprowadza do centrali. Stąd owe fantastyczne zyski, często szokujące swoją skalą. Różne firmy technologiczne, obsługiwane przez sieć doradców, prawników, księgowych dobrze wynagradzanych, a stanowiących klientelę dla kolejnych przedsięwzięć "Coś tam - Polska" Sp. z o.o.  Grupy medialne produkujące wrażenia i impulsy, fundacje z "aktywistami" zmieniającymi nasze wyobrażenia o świecie. Polska wielki projekt. Do dojenia.

Jednak ten system może funkcjonować tylko w oparciu o fundusze publiczne wtłaczane przez stanowiącą jego element biurokrację. Tu dla zmyłki wymyślono całą masę szumnych procedur, mających gwarantować uczciwość i transparentność. Nie przejmujmy się tymi zaklęciami, bo Sławomir N. najlepiej symbolizuje jak to w istocie działa, tylko zajmijmy się sygnalizacją świetlną, w rytm której ta zgraja funkcjonuje. A tu jest główny znak, o dźwięcznej nazwie "przetarg". Są środki, to są przetargi. Na inwestycje potrzebne lub nie, ale zawsze dochodowe dla systemu. Nie ma środków, to wisi czarna flaga, pali się czerwone światło, a menadżerowie z "Coś tam - Polska" Sp. z o.o. zaczynają nerwowo przebierać nogami. Pracownicy coraz częściej wychodzą na papierosa, albo bez uzasadnienia gapią się w monitory i wkurzenie rośnie. Stare inwestycje się kończą, a nowych przetargów brak. KPO Polski wstrzymany. Prawnicy w kancelariach od procedur przetargowych się niepokoją, fundacje tracą sponsorów, a "projekty" medialne pod tytułem "napompuj balon" nie są w stanie wystartować. Flauta. Zabójcza cisza na morzu. I nic bardziej wrogiego systemowi - bo istnieje poważna groźba obumarcia jego nieukrwionych elementów.

Billy Ray Valentine już by wiedział. Garkotłuk z KE i cała ta pomniejsza ferajna już czuje presję. Nie ma przetargów. Zróbcie coś, bo usychamy. Zaraz trzeba będzie zwalniać ludzi. Dajcie spokój z jakimś Tuleyą czy inną praworządnością. System musi pracować, zyski muszą być transferowane, a premie wypłacone przed Świętami. 

Mam nadzieję, że nasi rządzący też to wiedzą. Spojrzą na sprawę nie oczyma "analityków", zawsze podatnych na łapanie się na medialne i piarowe wędki. Tu trzeba być zwykłym cwaniakiem, głuchym na fanfary o o "wartościach". W trading places liczy się tylko jedna wartość - tego co się wyłowi z mętnej wody. Czekamy. Nikt nie umrze za Tuleyę, a szklane wieże muszą z czegoś żyć. 


Lubię to! Skomentuj198 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka