Minęło już dziesięć lat, więc chyba najwyższa pora wrócić do pewnego balu.
Nie dlatego, że jestem szczególnym miłośnikiem tańców salonowych. Wręcz przeciwnie. Zawsze bardziej interesowało mnie to, kto z kim tańczy i po co, niż sam taniec.
Mam tu na myśli słynny International Polonaise Ball w Miami Beach, a konkretnie jego 43. edycję z 2015 roku, podczas której Lech Wałęsa — według relacji, które wówczas opisywałem — znalazł się w pierwszej parze poloneza z Lady Blanką Rosenstiel.
Dziesięć lat temu napisałem o tym tekst zatytułowany prowokacyjnie „Bal Konfidenta w Miami Beach na Florydzie ” - vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/697941,bal-konfidenta-w-miami-beach-na-florydzie
Prowokacyjnie — bo przecież od początku nie chodziło mi o sam bal.
Chodziło mi o salon. A właściwie o pewien mechanizm funkcjonowania salonu.
Kto z kim tańczy?
Bal był niezwykle elegancki. Miami Beach, luksusowy hotel Eden Roc, smokingi, suknie wieczorowe, dygnitarze, arystokratyczne nazwiska, przedstawiciele Polonii, dyplomaci, biznesmeni i oczywiście polski polonez.
Wszystko jak należy. Tylko że mnie od zawsze interesowało coś innego. Dlaczego akurat ci ludzie znaleźli się właśnie tam? Bo przecież w życiu publicznym nie ma nic za darmo. Jedni przynoszą pieniądze. Inni nazwisko. Jeszcze inni stanowisko.
Ktoś ma dostęp do ambasady, ktoś do biznesu, ktoś do polityka, ktoś do mediów, a ktoś posiada po prostu coś bezcennego — towarzystwo właściwych ludzi.
I wtedy zaczyna się taniec. Polonez jest tylko choreografią. Prawdziwy taniec odbywa się między nazwiskami.
Bal, na którym spotykały się bardzo różne światy
Z perspektywy czasu szczególnie interesująca wydaje mi się lista osobistości, które przewijały się przez kolejne edycje International Polonaise Ball.
Pojawiał się tam ambasador RP Ryszard Schnepf, reprezentujący oficjalną Polskę dyplomatyczną. Pojawiał się Rudolph Giuliani — były burmistrz Nowego Jorku, postać doskonale rozpoznawalna w amerykańskim życiu publicznym. Był Marcin Gortat, polski koszykarz, który zrobił imponującą karierę w NBA. Był Artur Chmielewski, polski inżynier pracujący w NASA, syn słynnego Papcia Chmiela — człowiek, którego obecność pokazywała, że polska emigracja może być reprezentowana nie tylko przez polityków, lecz także przez ludzi nauki i techniki. Pojawiała się Anna Maria Anders, córka generała Władysława Andersa, późniejsza senator i przedstawicielka polskich władz. Pojawiał się Mateusz Morawiecki, późniejszy premier Polski. Pojawiał się również Marek Magierowski, dyplomata, publicysta i późniejszy ambasador RP. Pojawił się także (Sic!) Adam Bielan.
I proszę zauważyć, co nam się tutaj nagle zrobiło. Mamy dyplomację, politykę, biznes, sport, naukę, emigrację i amerykański establishment. Wszystko przy jednym stole.
A czasami — jak przystało na bal — również w jednym korowodzie.
I właśnie dlatego określenie „bal” zaczyna nabierać znaczenia znacznie szerszego niż tylko taneczne. To był bowiem swoisty salonowy punkt styku różnych światów.
Giuliani, Gortat, Chmielewski...
Proszę sobie wyobrazić tę scenę.
Obok siebie może znaleźć się człowiek, który kierował największym miastem Ameryki, obok niego polski koszykarz z NBA, dalej inżynier NASA, następnie dyplomata, polityk, arystokrata czy przedstawiciel Polonii.
A wszystko to w scenerii Miami Beach. Trudno o lepszą ilustrację tego, jak działa amerykański polonijny kapitał prestiżu. Nie chodzi bowiem wyłącznie o to, kim jesteś. Chodzi także o to, kogo możesz spotkać. A jeszcze bardziej o to, kto może zobaczyć ciebie w towarzystwie tych ludzi.
Bo w epoce fotografii i mediów społecznościowych jedno zdjęcie może czasami zrobić więcej niż dziesięć przemówień.
Pierwsza para
W tamtym czasie najbardziej interesowała mnie pierwsza para. Bo pierwsza para nie jest przecież przypadkowa. Pierwsza para jest komunikatem.
Mówi:
„Patrzcie Państwo, kto dziś jest najważniejszy ”.
A skoro obok siebie idą dwie osoby, fotografia wykonana w odpowiednim momencie może powiedzieć znacznie więcej niż półgodzinne przemówienie.
Można ją potem opublikować. Można pokazać znajomym. Można wykorzystać w biografii. Można powiedzieć: „Byłem tam”. A czasem nawet: „Znam go”.
I właśnie dlatego fotografia w świecie salonów jest walutą. Im bardziej znane nazwisko stoi obok nas, tym większa wartość naszego zdjęcia.
Polonez jako winda prestiżu
Można więc powiedzieć, że International Polonaise Ball był swego rodzaju windą prestiżu. Jedni wsiadali na parterze, inni na pierwszym piętrze, jeszcze inni jechali od razu na najwyższe piętro. A operator windy musiał oczywiście wiedzieć, kogo z kim umieścić w jednej kabinie.
Proszę sobie wyobrazić poloneza jako taką właśnie windę. Ktoś idzie pierwszy. Ktoś drugi. Za nimi następni.
A wszystkie oczy skierowane są na początek korowodu. Czy można sobie wyobrazić lepszą metaforę funkcjonowania salonu?
Dziesięć lat później
Dziś, kiedy patrzę na tamte wydarzenia z perspektywy dziesięciu lat, dochodzę do wniosku, że moja ówczesna intuicja była chyba ważniejsza, niż wtedy sądziłem.
Nie przewidziałem oczywiście wszystkiego. Nie jestem jasnowidzem.
Ale zauważyłem coś, co później stało się jednym z najważniejszych mechanizmów współczesnej polityki:
polityka coraz bardziej stawała się teatrem obrazów.
Nie wystarczyło już coś zrobić. Trzeba było jeszcze zostać odpowiednio sfotografowanym. Nie wystarczyło mieć znajomości. Trzeba było mieć fotografię potwierdzającą znajomość. Nie wystarczyło być w pobliżu władzy. Trzeba było znaleźć się w kadrze. A najlepiej — w pierwszym szeregu.
Wałęsa, Trump i fotografia
Kilka lat później ten sam mechanizm zobaczyłem przy okazji fotografii Lecha Wałęsy z Donaldem Trumpem - patrz mój felieton - "Kto do kogo pukał? Wałęsa do Trumpa, czy Trump do Wałęsy? " - patrz: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/735648,kto-do-kogo-pukal-walesa-do-trumpa-czy-trump-do-walesy
I znów pojawiło się pytanie: Kto do kogo przyszedł? Wałęsa do Trumpa? Trump do Wałęsy?
A może obaj znaleźli się w jednym miejscu, ponieważ ktoś inny uznał, że dobrze będzie ich tam razem sfotografować?
Dzisiaj brzmi to może banalnie.
Ale fotografia polityczna ma tę niezwykłą właściwość, że potrafi z przypadkowego spotkania zrobić „relację”, z relacji „znajomość”, ze znajomości „przyjaźń”, a z przyjaźni — niemalże historyczny sojusz.
Wystarczy odpowiednio wykadrować rzeczywistość.
A gdzie w tym wszystkim była Polska?
No właśnie. To jest pytanie, które po dziesięciu latach interesuje mnie bardziej niż sam Bal Polonaise. Bo można przecież zapytać:
co z tego wszystkiego miała Polska?
Czy chodziło o promocję polskiej kultury? O budowanie relacji polsko-amerykańskich? O integrację Polonii? O prestiż? O biznes? O politykę? O wszystko naraz?
Nie mam zamiaru udawać, że znam odpowiedź na wszystkie te pytania.
Ale wiem jedno: salony mają własną fizykę.
Kto posiada odpowiednią pozycję, ten przyciąga innych. Kto posiada pieniądze, ten przyciąga tych, którzy potrzebują pieniędzy. Kto posiada władzę, ten przyciąga tych, którzy chcą być blisko władzy. A kto posiada legendę — ten może zostać ozdobą każdego stołu.
I tutaj zaczyna się historia niewygodnych linków
Kiedy pisałem swoje teksty na ten temat, nie ograniczałem się do jednego artykułu. Jak to miałem w zwyczaju, podawałem linki do wcześniejszych publikacji. Czytelnik mógł więc przejść od jednego tekstu do drugiego i sam sprawdzić, o czym pisałem wcześniej.
To było ważne. Bo publicystyka bez pamięci jest tylko chwilową emocją. Dopiero możliwość zajrzenia do archiwum pozwala sprawdzić, co autor rzeczywiście napisał dziesięć lat temu.
I właśnie tutaj wydarzyła się rzecz osobliwa. Dziś część tych linków do artykułów amerykańskiej prasy polonijnej już nie działa. Klikam. I zamiast mojego tekstu widzę:
„404 Nie można odnaleźć wybranej strony ”.
No cóż... Internet ma długą pamięć. Ale czasami ma również bardzo krótką.
Czy to była cenzura?
Nie będę udawał, że posiadam dowód techniczny pozwalający stwierdzić, kto i dlaczego usunął poszczególne amerykańskie materiały o Balu Polonaise. Nie mam takiego dowodu.
Wiem natomiast coś innego.
Te teksty kiedyś były dostępne. Czytelnicy mogli je otwierać. Linki działały.
A dzisiaj część z nich prowadzi w pustkę. I właśnie dlatego zamiast wydawać wyrok, stawiam pytanie.
Czy był to zwykły los internetowych archiwów? Czy wynik zmian technicznych? Czy decyzje redakcyjne? Czy świadome usunięcie? A może po prostu ktoś uznał, że pewne stare teksty najlepiej będzie pozostawić historii?
Nie wiem.
Ale wiem, że kiedy człowiek po dziesięciu latach wraca do własnego archiwum i widzi, że zniknęły właśnie te amerykańskie materiały, do których kiedyś odsyłał czytelników, zaczyna się zastanawiać.
A dociekliwość — jak wiadomo — jest wyjątkowo niewygodną cechą charakteru.
Najzabawniejsze jest jednak co innego
Dzisiaj, rozpoczynając już mój 83. rok życia, sam muszę uważać, żeby nie pomylić 43. Balu z 44., roku 2015 z 2016.
I proszę bardzo: żywy człowiek może pomylić datę.
Archiwum natomiast powinno tę datę sprostować. Tylko co zrobić, kiedy archiwum znika? Wtedy pozostaje pamięć. A pamięć ma tę przewagę nad serwerem, że nie potrzebuje hasła administratora.
Po dziesięciu latach
Dzisiaj nie napisałbym już tekstu o „Balu Konfidenta” dokładnie tak samo jak wtedy. Wtedy przede wszystkim drwiłem. Dzisiaj bardziej mnie interesuje mechanizm. Bo przecież nie chodzi o jednego Wałęsę. Nie chodzi nawet o jedną Lady Blankę. Nie chodzi o jeden bal.
Chodzi o coś znacznie większego. O świat, w którym ludzie polityki, biznesu i mediów nieustannie próbują znaleźć się w odpowiednim miejscu, obok odpowiedniego człowieka, w odpowiednim momencie i — koniecznie — w odpowiednim kadrze.
A potem ten kadr zaczyna żyć własnym życiem. I nagle okazuje się, że fotografia jest ważniejsza od wydarzenia, legenda ważniejsza od faktów, a salon ważniejszy od rzeczywistości.
Polonez trwa
Dlatego po dziesięciu latach powiedziałbym tak:
Nie mam już szczególnej potrzeby zastanawiania się, czy tamten bal był rzeczywiście „balem konfidenta”. To była moja publicystyczna prowokacja.
Znacznie ciekawsze jest pytanie: czy cały ten mechanizm salonowego poloneza rzeczywiście się skończył?
Obawiam się, że nie.
Zmieniają się tylko tancerze. Zmieniają się nazwiska. Zmieniają się partie. Zmieniają się prezydenci, ambasadorowie i ambasadorki. Zmieniają się dekoracje. Zmienia się muzyka.
Ale parkiet pozostaje. I ciągle ktoś prowadzi. Ktoś podąża za nim w pierwszej parze. Ktoś stoi w drugim szeregu. Ktoś robi zdjęcie. Ktoś inny je publikuje.
A jeszcze ktoś inny za dziesięć lat kliknie w stary link i zobaczy:
404 — Nie można odnaleźć wybranej strony.
I wtedy być może zada sobie dokładnie to samo pytanie, które ja zadaję dzisiaj:
Czy zniknął tylko tekst, czy może komuś bardzo zależało, żeby zniknęła również pamięć o tym, co było w tekście?
Tego nie wiem. Ale jedno wiem na pewno.
Polonez trwa.
A ja, choć wkroczyłem już w 83. rok życia, nadal mam zamiar patrzeć, kto z kim tańczy i kto trzyma orkiestrę za batutę.
Krzysztof Pasierbiewicz, em. nauczyciel akademicki, niezależny bloger



Komentarze
Pokaż komentarze (3)