Szanowni Państwo!
Czytelnicy mojego blogu wiedzą, że kilka lat temu zaproponowałem Państwu pewien eksperyment publicystyczny.
Wziąłem napisany przeze mnie przed laty tekst i powiedziałem: zamieńcie Donalda Tuska na Jarosława Kaczyńskiego, „Gazetę Wyborczą” na „Gazetę Polską”, Adama Michnika na Tomasza Sakiewicza, jakość elit III RP na jakość śmietanki IV RP, „terror lewackiej poprawności politycznej” na gwałt pisowskiej poprawności politycznej, platformerską plagę nienawiści na pandemię nienawiści PiS, „Szkło Kontaktowe” na „W tyle wizji”, a ostracyzm jednych na ostracyzm drugich, - vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/969644,historia-kolem-sie-toczy-eksperyment-publicystyczny
I wiecie Państwo, co się stało?
Tekst nadal działał. Ba! W niektórych miejscach działał wręcz podejrzanie dobrze.
I wtedy pomyślałem sobie, że być może właśnie w tym tkwi jedna z największych tragedii posierpniowej Polski.
My się przez te wszystkie lata zmienialiśmy, zmieniały się partie, nazwiska, sztandary, telewizje, gazety i polityczne dekoracje, ale mechanizm pozostawał zadziwiająco podobny.
Historia posierpniowej Polski zaczęła więc przypominać karuzelę, która kręci się z ogromną prędkością, choć w rzeczywistości wciąż dowozi nas w to samo miejsce.
Kiedy w 1989 roku runął komunizm, wielu z nas uwierzyło, że rozpoczynamy zupełnie nowy rozdział. I rzeczywiście – zmieniło się bardzo wiele. Polska odzyskała suwerenność, powstały demokratyczne instytucje, pojawiła się wolność słowa, gospodarka zaczęła funkcjonować według nowych zasad, a Polacy otrzymali możliwość swobodnego wyboru swoich przedstawicieli.
Ale czegoś zabrakło. Zabrakło – i nadal brakuje – ostatecznego zerwania z mentalnością plemienną. Bo można zmienić ustrój, konstytucję, ordynację wyborczą, nazwę partii, logo telewizji, redaktora naczelnego i nawet całe pokolenie polityków.
Znacznie trudniej zmienić człowieka. A jeszcze trudniej zmienić jego sposób myślenia.
Przez lata obserwowałem więc niezwykle osobliwe zjawisko.
Najpierw mieliśmy podział na „komuchów” i „solidaruchów”. Potem na „postkomunistów” i „prawdziwych Polaków”. Następnie na „oświeconych Europejczyków” i „ciemnogród”. Później na „lemingów” i „moherów”. A wreszcie na „totalną opozycję” i „pisowski beton”.
Zmieniały się słowa. Zmieniały się proporcje. Zmieniały się role. Ale przedstawienie pozostawało to samo.
Jedna część Polski otrzymywała certyfikat moralnej wyższości, druga zaś była przeznaczana do politycznej kwarantanny.
I odwrotnie. W zależności od tego, kto akurat siedział przy władzy.
Przez pewien czas wydawało mi się, że źródłem problemu jest przede wszystkim jedna albo druga partia. Że wystarczy pokonać Platformę Obywatelską i Polska odetchnie. Potem wydawało mi się, że wystarczy pokonać Prawo i Sprawiedliwość. I Polska również odetchnie.
Dziś jestem znacznie ostrożniejszy. Bo zaczynam podejrzewać, że problem jest o wiele głębszy niż Tusk, Kaczyński, PO czy PiS.
Problemem jest system polityczny, który przez całe dekady nauczył miliony Polaków jednej prostej zasady: „Jeżeli oni wygrają, Polska przegra”.
I dlatego trzeba ich zwalczać za wszelką cenę. Nie argumentem. Nie programem. Nie lepszą wizją państwa. Lecz strachem. Pogardą. Ostracyzmem. Przyprawianiem gęby.
Kiedyś wystarczyło powiedzieć o kimś „komuch”. Potem „oszołom”. Następnie „moher”. Później „leming”.
Dziś wystarczy „pisior”, „lewak”, „faszysta”, „zdrajca”, „totalniak”, „agent”, „obciachowiec” albo dowolne inne słowo z politycznego słownika pogardy.
I już niewolno z tym człowiekiem rozmawiać. Można go skreślić. Można go wyśmiać. Można go odsunąć. Można uznać, że jego argumenty nie wymagają odpowiedzi, bo przecież wiadomo, kim on jest.
To niezwykle wygodne lecz niezwykle niebezpieczne.
Bo demokracja zaczyna się kończyć dokładnie w tym momencie, kiedy przestajemy dyskutować z poglądami, a zaczynamy eliminować z rozmowy ludzi, którzy te poglądy mają.
I tutaj dochodzę do sedna mojego eksperymentu.
Jeżeli tekst napisany przeze mnie przed laty przeciwko mechanizmom funkcjonującym w jednym obozie politycznym można niemal bez wysiłku przepisać tak, aby opisywał mechanizmy funkcjonujące w obozie przeciwnym, to może problem nie polega wyłącznie na tym, kto jest przy władzy.
Może problem polega na tym, jak sprawujemy władzę i jak traktujemy tych, którzy jej nie posiadają.
Bo przecież można walczyć z polityczną pychą PiS, a jednocześnie samemu popaść w pychę antypisowską. Można demaskować propagandę jednej telewizji, a jednocześnie bezkrytycznie konsumować propagandę innej. Można krytykować „terror poprawności politycznej” jednej strony i jednocześnie ustanawiać własny terror poprawności politycznej. Można oburzać się na polityczny ostracyzm, a następnie samemu urządzać ostracyzm wobec ludzi myślących inaczej.
I wtedy – proszę Państwa – zwycięża nie żadna ze stron. Zwycięża mechanizm.
Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że kolejne pokolenia Polaków dziedziczą ten konflikt niczym rodzinną zastawę stołową. Dostają go w spadku. Uczą się go przy rodzinnym stole. Poznają go w mediach. Utrwalają w internecie. A później przekazują własnym dzieciom.
I tak oto młody człowiek, który urodził się już w wolnej Polsce, potrafi z autentyczną pasją nienawidzić człowieka, którego nigdy nie spotkał, tylko dlatego, że należy on do niewłaściwego politycznego plemienia.
To jest właśnie najbardziej ponury paradoks naszej wolności.
Komunizm odebrał nam możliwość swobodnego wyboru. Demokracja dała nam tę możliwość, ale nie nauczyła nas jeszcze, jak z niej mądrze korzystać.
Dlatego coraz mniej interesuje mnie pytanie: „Kto wygra następne wybory?”
Znacznie bardziej interesuje mnie pytanie: „Co z nami zrobi następne zwycięstwo?”
Bo jeżeli po każdym zwycięstwie jednej strony następuje festiwal upokarzania strony drugiej, jeżeli zwycięzca natychmiast przystępuje do rozliczania, odwetu i budowania kolejnej wersji własnej elity, a pokonany zamiast wyciągnąć wnioski zaczyna marzyć wyłącznie o zemście, to żadnego przełomu nie będzie.
Będzie tylko następne okrążenie. A potem następne. I następne.
Dlatego pozwolę sobie powrócić do słowa, którego użyłem w tytule.
Koło. Koło nie jest linią prostą. Nie prowadzi nas do celu. Ono zatacza krąg.
I mam coraz silniejsze wrażenie, że historia posierpniowej Polski właśnie tak wygląda. Najpierw jedni mówią drugim: – To wy jesteście problemem!
Po kilku latach drudzy odpowiadają: – Nie, to wy jesteście problemem!
Potem następuje zmiana władzy. I role się odwracają. Ci, którzy przed chwilą byli prześladowanymi, stają się prześladowcami. Ci, którzy przed chwilą domagali się pluralizmu, zaczynają domagać się „porządku”. Ci, którzy walczyli z propagandą, zaczynają produkować własną. Ci, którzy krzyczeli o tolerancji, przestają tolerować. Ci, którzy przestrzegali przed zemstą, zaczynają ją usprawiedliwiać. I wtedy koło wykonuje pełny obrót i wracamy do punktu wyjścia.
A przecież można inaczej. Można wreszcie przyjąć do wiadomości rzecz banalnie prostą:
Polska nie jest własnością ani Platformy Obywatelskiej, ani Prawa i Sprawiedliwości.
Nie jest także własnością żadnego redaktora, żadnej telewizji, żadnego komentatora, żadnego prezesa, żadnego premiera ani żadnego prezydenta.
Polska należy do wszystkich swoich obywateli. Także do tych, których poglądów nie znosimy. Także do tych, których uważamy za naiwnych. Także do tych, których uważamy za zacofanych. Także do tych, którzy głosują inaczej niż my.
I właśnie dlatego wolność słowa musi obejmować również prawo do powiedzenia rzeczy, których nie chcemy słuchać.
Inaczej nie jest wolnością. Jest jedynie przywilejem własnego plemienia.
Po kilkudziesięciu latach obserwowania polskiej polityki dochodzę więc do dość smutnego, ale zarazem wyzwalającego wniosku.
Nie potrzebujemy kolejnej wielkiej wojny. Nie potrzebujemy kolejnej krucjaty. Nie potrzebujemy kolejnego zbawcy narodu. Nie potrzebujemy także kolejnego politycznego demiurga, który obieca nam, że po usunięciu „tamtych” wszystko stanie się nagle piękne, uczciwe i sprawiedliwe.
Potrzebujemy nowej jakości politycznej. Takiej, która zamiast pytać: „Jak pokonać przeciwnika?” zapyta: „Jak urządzić państwo, w którym przeciwnik polityczny również będzie mógł godnie żyć?”
To ogromna różnica. Bo demokracja nie polega na tym, że wszyscy myślą tak samo. Demokracja polega na tym, że potrafimy żyć razem mimo tego, że myślimy inaczej.
I dlatego dzisiaj, po tylu latach, powiedziałbym coś jeszcze.
Nie mam już ochoty być ani „pisowcem”, ani „platformersem”, ani „lewakem”, ani „prawicowcem”, ani członkiem jakiegokolwiek politycznego plemienia.
Chcę być po prostu Polakiem, który ma prawo myśleć samodzielnie.
Raz przyznać rację jednym. Innym razem drugim. A czasem – wszystkim naraz.
I jeśli za to ktoś przyprawi mi gębę „oszołoma”, „zdrajcy”, „pisiora”, „lewackiego idioty” czy jakiegokolwiek innego politycznego stwora, to trudno. Przeżyję.
Bowiem po tylu latach wiem już jedno:
największym zagrożeniem dla wolności człowieka nie jest to, że ktoś ma inne poglądy. Największym zagrożeniem jest sytuacja, w której człowiek zaczyna bać się własnych poglądów.
Dlatego mój eksperyment z zamianą nazwisk nie był żartem. Był ostrzeżeniem.
Jeżeli bowiem po zamianie Tuska na Kaczyńskiego, „Gazety Wyborczej” na „Gazetę Polską”, Michnika na Sakiewicza, III RP na IV RP i PO na PiS tekst nadal brzmi wiarygodnie, to znaczy, że nie rozliczyliśmy jeszcze mechanizmu, który od lat produkuje nasze polityczne wojny.
My tylko zmieniamy aktorów. Dekoracje. Kostiumy. Hasła.
A scenariusz pozostaje ten sam.
I dlatego historia posierpniowej Polski kołem się toczy.
Jedni wyrzucają drugich z salonu. Potem drudzy wyrzucają pierwszych.
Jedni przyprawiają drugim gębę. Potem drudzy przyprawiają gębę pierwszym.
Jedni tworzą własną „elitę”. Potem drudzy tworzą swoją.
Jedni mówią: „my jesteśmy Polską”. Drudzy odpowiadają: „nie, to my jesteśmy Polską”.
A Polska?
Polska stoi pośrodku i coraz bardziej zmęczona patrzy, jak jej własne dzieci od pół wieku próbują udowodnić sobie nawzajem, które z nich jest bardziej polskie.
Może więc najwyższy już czas, żebyśmy wreszcie zatrzymali tę karuzelę.
Bo jeśli tego nie zrobimy, historia wykona następny obrót.
A my znowu z zachwytem odkryjemy, że znaleźliśmy się dokładnie tam, skąd – jak nam się przed chwilą wydawało – właśnie wyszliśmy.
Na koniec powiem jeszcze, iż mam świadomość, że tym esejem naraziłem się jednym i drugim. No cóż. Wciąż piekielnie trudno jest być blogerem niezależnym troszczącym się o przyszłe losy Polski.
Krzysztof Pasierbiewicz
emerytowany nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa


Komentarze
Pokaż komentarze (8)