Byłem dziś w naszej miejskiej bibliotece. Nie ma w tym niczego dziwnego, jestem tam codziennie. Proszę sobie jednak nie pomyśleć, że zwariowałem. Ja książek nie lubię bo są nierówne: jedne grube, drugie cienkie inne wysokie, a jeszcze inne niskie. Kiedy się to wszystko postawi na półce to bałagan się robi, trudno też zetrzeć kurz. A ja lubię porządek. Kiedy byłem magazynierem w grupie remontowo - budowlanej naszej spółdzielni mieszkaniowej " Przyszłość " to u mnie " kobyłki " na kartotekach stały jak przedwojenny szwadron na Saskim Placu. Bo pan Gacek mawiał, że porządek musi być nawet w burdelu. Sorki, nasz pan kierownik mgr Wincenty Gacek. Ja w burdelu nie byłem, ale z tego co mówiły dziewczyny z księgowości, zorientowałem się, że pan mgr Wincenty Gacek chodził do burdelu. Niestety jemu było wolno bo był z żoną w separacji. Kasety VHS - tak, te to lubiłem. Mogę nawet zdradzić, ale tylko panom, że miałem trzy niemieckie kasety z paniami w oryginalnej wersji językowej, z tym że niewiele się nauczyłem bo zwrot : Noch ein mal, znałem wcześniej. Kasety VHS są równe, więc kurz się łatwo wyciera, jest porządek i kropka. A ja jak wspomniałem lubię, żeby był porządek. A do biblioteki chodzę bo tam jest sucho i ciepło, mogę się wysuszyć i ogrzać.
Kiedy cały dzień człowiek chodzi po skupie złomu sortuje co się trafi : miedź, mosiądz, żeliwo czy metale ziem rzadkich, ale to rzadko, no to człowiek przemoknie i wymarznie. Przerwę na lunch mamy u Pakistana, potem chłopaki palą fajki i włóczą się po mieście. Ja nie palę, więc idę do biblioteki. Palenie szkodzi i może być przyczyną raka, albo i czegoś gorszego. Ja osobiście wolę alkohol, bo po nim jest przynajmniej śruba. Nasza miejska biblioteka jest bardzo stara i bardzo ładna, powstała jeszcze w czasch kiedy nie było elektryczności i betoniarek, a mimo tego chłopaki się postarali i całkiem ładna im wyszła. Do biblioteki prowadzą kamienne schody, w pierwszym hallu są po dwóch stronach schody spiralne wiodące do muzeum przyrody oraz muzem historii miasta, drugimi schodami dostaniemy się do muzeum egiptologicznego. Spiralne schody w dół wiodą do sal wykładowych miejscowego uniwersytetu oraz do miejskiego akwarium, gdzie studenci ichtiologii każdego roku badają czy ryby są żyworodne czy może rozmnażają się z ikry. Jakby nie można było sprawdzić na Wikipedii.
W dzisiejszych czasach - kiedy jest Wikipedia - zdobywanie wiedzy jest czystą stratą czasu. W drugim hallu znajdują się punkty Check - in, ponieważ od jakiegoś czasu nasza biblioteka jest biblioteką samoobsługową. Znajdujemy książkę w katalogu, idziemy pod wskazany regał, potem skanujemy kartę biblioteczną, a na koniec kod kreskowy z książki, to wszystko. Potem bierzemy wydruk. Zwrot książki wygląda identycznie, kładziemy książkę na skanerze i po zeskanowaniu książka odjeżdża na konwejerze. Tyle moich codziennych obserwacji. W przejściu między drugim hallem a czytelnią jest tzw. powietrzna kurtyna i to tam się ogrzewam i suszę. Biorę krzesło, a ze stojaka gazetę na kiju - najlepszy jest The Guardian, bo spora płachta - siadam, rozkładam gazetę, udaję że czytam i tak steruję strumieniem ciepłego powietrza, że po 10 minutach jestem suchy. Znam się na przepływie powietrza, ponieważ montowałem w Niemczech przepustnice gorącego powietrza w piecach gazowych. Sądzę, że w obecnej chwili efektywne przechwytywanie strumienia mam w granicach 78 - 85 %. Gdyby gazety były drukowane na kartonie ten wynik byłby jeszcze lepszy.
Kiedyś chciałem zaimponować jednej Zuzi - bibliotekarce, że taki erudyta jestem, wziąłem więc arabską gazetę i zacząłem niby czytać, niestety na drugiej stronie okazało się, że głowa Muamara Kadafiego jest skierowana w dół, a to było oczywiście dużo wcześniej zanim go powieszono, zaliczyłem więc wtopę. Od tego czasu biore tylko gazety angielskie z naszymi polskimi literami, przynajmniej wiadomo gdzie góra, a gdzie dół. Zauważyłem, że większość bibliotekarek cierpi na tzw. syndrom " Siłaczki " Taka bibliotekarka widząc takiego proletariusza jak ja - człowieka, który z zacięciem sylabizuje trudny tekst w angielskiej gazecie - natychmiast chciałby krzewić wiedzę i oświatę. A może taki proletariusz chciałby krzewić zupełnie co innego ? One chciałyby podnieść moją świadomość na wyższy poziom, podsuwają lektury, pytają o jakieś głębsze zainteresowania. Jedna tak Zuzia - bibliotekarka posunęła się nawet do tego, że zaproponowała mi pomoc w zapisaniu się na kursy wieczorowe w celu podniesienia kwalifikacji, co umożliwiłoby mi znalezienie lepszej pracy. Może nawet i w jakimś biurze ? Tylko co ja jej miałem powiedzieć ? że byłem już zapisany do dwóch wieczorówek, żadnej nie skończyłem, a alimenty płacę do dziś. Trzy lata mi jeszcze zostało. To co działo się u nas na wieczorówce - w szatni - na długiej przerwie o 19:30 woła o pomstę do nieba. Oczywiście był i alkohol, bo bez tego nie ma dobrej zabawy. Najgorsze były jednak ferie zimowe, kiedy trzeba było rozprowadzać starsze koleżanki z klasy do domów. Niektóre koleżanki z klasy nie bały się już rodziców, bo same były rodzicami, mąż w delegacji, a dzieci na zimowisku. Odprowadzanie takiej koleżanki po lekcjach to była zgroza dla 17 - latka, ucznia szkoły wieczorowej. Zgroza bo wiadomo było, czym to się skończy... i nie chodzi tylko oto, że trzeba było iść do piwnicy po węgiel, żeby podnieść temperaturę uczuć oraz w pokoju z kuchnią.
CIĄG DALSZY NASTĄPI.
PS. Czytelnicy odwiedzający to miejsce już wiedzą, że taka długa notka oznacza, iż blog będzie nieczynny z powodu wyjazdu za granicę czyli do Polski. Najbliższe 6-7 godzin spędzę na różnych aerodromach i w wagonach kolei żelaznych. Wspomniane miejsca to miejsca niezwykle inspirujące, miejsca gdzie pióro pisze bez niczyjego udziału, więc na pewno, tę mrożącą krew w żyłach, historię, która wydarzyła się w naszej miejskiej bibliotece spiszę. Jeśli na Wielkich Jeziorach Mazurskich będzie dostęp do gniazdka z prądem oraz netu to oczywiście, co rychło, zamieszczę wszystko tu na tym blogu. Do usłyszenia. Przechodzę na odbiór.


Komentarze
Pokaż komentarze (58)