Wbrew tytułowi nie będzie to kolejna notka poświęcona Ryszardowi Petru, ani tym bardziej o złożeniu do grobu projektu polityczego pod nazwą nowoczesna.pl. Taka notka pojawi się, nie mam wątpliwości, ale jeszcze nie teraz. Paliwem przedsięwzięć czy projektów nie tylko politycznych są idee. Bezideowy twór Ryszarda Petru trafi dokładnie tam gdzie bliźniaczy projekt pod nazwą " Palikot " Można oczywiście - dysponując machiną medialną - zajwisko polityczne nadymać do rozmiarów boloneta ze sterowca " Hindenburg " można pudrować, można nawet trupa ożywić korzystając ze sztuczek rodem z podręcznika tanatopraksji. Przychodzi jednak nieubłagany moment, że trzeba wezwać karawan. Wtedy panowie w ciemnych okularach znajdują nowego Petru i gra zaczyna się od nowa. Taki rodzaj politycznego sportu.
Notka zatem nie o Ryszardzie, którego jest wszędzie tak pełno, że wczoraj biorąc z lodówki puszkę sardynek w pomidorach miałem wrażenie, że na puszce siedzi Petru i proponuje mi " chwilówkę " z Providenta.
Kiedy zjadłem kolację, małżonka moja Zofia zapytała mnie ni stąd ni z owąd
- Czy Petru jest Polakiem ?
- Chyba tak - odparłem zgodnie ze swoją wiedzą.
- To dlaczego w Parlamencie Europejskim nosi kartkę z napisem"Jestem Polakiem " ? To przecież bez sensu, to tak jakby żołnierz w pełnym rynsztunku maszerował przez miasto z kartką na piersi "Jestem żołnierzem "
- Kochanie wszystko ci się pomieszało. Tym Polakiem jest Czech, europoseł Petr Mach, a nie Petru Ryszard. Padłaś ofiarą zmasowanego informacyjnego ataku z użyciem bomb typu " Petru - 1 " przeprowadzonego przez medialne Luftwaffe.
Jeżeli problem nie zostanie rozwiązany to manipulacja jakiej uległa małżonka moja Zofia nie pozwoli na przeprowadzenie w Polsce jakichkolwiek badań socjologicznych, badań preferencji politycznych, czy choćby badań preferencji konsumenckich. Na każde pytanie ankietera CBOS ankietowany będzie odpowiadał standardowo - Ryszard Petru ! To szaleństwo, choć w tym szaleństwie jest metoda.
- To jest wreszcie tym Polakiem, czy nie jest ? - żona nie dawała za wygraną.
- Jest Polakiem, ale jest jednocześnie bankowcem i to źle wróży. Znowu lemingów wyportkują. Ci ludzie żyją w świecie ratingów, money launderingów, shark loans, saving ratio, mortgage' ów i tym podobnych rzeczy. Podążają za forsą ich ojczyzną jest cash. To ludzie bez ziemi, jak Jan, brat Ryszarda Lwie serce, bohatera dzisiejszej notki.
Miałem pisać notkę o Ryszardzie Lwie serce, o tym angielskim królu, który wygrywa plebiscyty na ulubionego brytyjskiego władcę, choć nie mógłby o swoich plebiscytowych zwycięstwach przeczytać w angielskiej prasie, bo choć to ulubiony angielski władca to języka Szekspira ni w ząb. Mama Francuzka, przepiękna i mądra Eleonora z Akwitanii, tata Henri d' Anjou, to po jakiemu miał mówić ? Miałem napisać notkę, ale nie napiszę, bo specjalnych superlatywów znaleźć nie potrafię. Daleko mu było do Edwarda I, bohatera wczorajszej notki. Awanturny był chłop, wagabunda i zabijaka, choć niewątpliwie człowiek odważny, dzielny i wspaniałomyślny. Bo trzeba siły charakteru i wspaniałomyślności, aby z własnych pleców wyjąć strzałę i pogratulować łucznikowi oka. Niestety resztę zrobiła gangrena. Dziś rozczłonkowany Ryszard Lwie serce spoczywa, aż w trzech miejscach. Serce spoczywa w katedrze w Rouen i tam naprawdę warto pojechać, nie ze względu na Ryszarda - bo nie wszystkie Ryśki to fajne chłopaki, jak się okazuje - ale ze względu na Joannę d'Arc, której każdy krok można jeszcze śledzić, chodząc uliczkami starego Rouen.
PS. Czytelnik może czuć się zdziwiony i zawiedziony, że na blogu zapanował chaos jak wśród ciurów obozowych z PO, po szarży Beaty z Brzeszczy. Miesza się historia ze współczesnością Ryszardowie ze średniowiecza z nowoczesnym Ryszardem Petru, jakieś wspominki z podróży, jakieś landszafciki. Kompletny misz - masz. Jednak i w tym szaleństwie jest metoda. W redakcji wywieszono już grafik wyjazdów, blog będzie zamknięty, więc musimy gonić z materiałem. Dodatkowo na początku kwietnia wyruszamy z małżonką moją Zofią śladami Vaśki da Gamy, a potem w Pireneje, znowu jakieś tematy się pojawią. Greckie reminiscencje nie skończone, po Hiszpanii z listopada ledwośmy się prześliznęli. Francja z grudnia praktycznie nie ruszona, a ciągle pojawiają się jakieś sprawy wymagającego profesjonalnego skomentowania. Beata za dwa tygodnie leci do Berlina, dzieje się. Sam już nie daję rady pisać, a pomocy od redaktora naczelnego się nie spodziewam, bo sporo ostatnio pije.
Może zatrudnimy kogoś - za niewielkie pieniądze - na " śmieciówkę " kogoś od czarnej dziennikarskiej roboty. Spodziewam się na dziennikarskiej giełdzie sporej podaży dziennikarzy po ogłoszeniu bankructwa najbardziej opiniotwórczej gazety, której nie jest wszystko jedno. Zobaczymy.


Komentarze
Pokaż komentarze (48)